niedziela, 9 lutego 2014

80. Bichees rlly be like life.

(Przeczytajcie notkę pod postem, postaram się rzeczowo)

*Alice*
    Siedziałam między nogami Zayna, plecami przytulona do jego klaty, bo inaczej bym upadła. Byłam wykończona, a te dzieci myślały tylko o jedzeniu. Brakowało tu jeszcze teściowej, która gadałaby, że mam złe cycki, źle trzymam syna, czy że powinnam ją obudzić, a ona powiedziałaby mi jak to zrobić. Fajnie. Chyba bym ją zabiła, bo już jestem pełna frustracji.
-Spokojnie, kochanie, zaraz usną.
-A weź mnie nawet nie denerwuj…-mruknęłam, ziewając przeciągle.
-To nie moje wina.
-Oczywiście, sama se te dzieci zrobiłam.
-Och, i tak cały czas mówisz, że to nie moja sprawka.-zaśmiał się krótko, bo również był wyczerpany.
-Odłożysz Jamesa do łóżeczka? Nie mam siły się ruszyć.
-Już idę…-puścił mnie i odebrał synka, aby go opatulić do snu.
Popatrzyłam na niego. Jej, rodzicielstwo naprawdę musiało mu się podobać. Był taki podekscytowany, że z chęcią sam zajmowałby się nimi 24h na dobę. Trzeba również uwzględnić fakt, że Zayn kocha spać. Nigdy nie można go dobudzić. A tu nagle wstaje, pełen optymizmu.
-Kocham cię najbardziej na świecie.-mruknęłam, wtulając się w niego i kołdrę.
-Wiem, Alice. Zdarza się.
    Nie wiem która godzina. Nie wiem. Może trzecia w nocy, a może to już południe? Wstawaliśmy co dwie godziny, bo tak jadają dzieci. Teraz chyba znów zgłodniały, skoro coś mnie obudziło. Starałam się wyszukać ręką Zayna, żeby powiedział mi co i jak, tyle że on spał jak zabity. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Wobec tego, niewiele myśląc, przytuliłam się do niego najmocniej jak potrafiłam.
-Chyba nie ma dzieci…-usłyszałam ciche mruknięcie.
-Jak to nie ma?
-Płakały, ale już nie płaczą. Więc albo uspokajały siebie nawzajem, albo ich po prostu tu już nie ma.-mówił to tak spokojnie, a ja zaczynałam denerwować się coraz bardziej.
Nie ma, nie ma… Więc gdzie są? Liczyłam, że Malik doprowadzi mnie do porządku, ale jego seksowny, poranny głos jeszcze bardziej mnie rozproszył. Nie mogłam się ruszyć, sama nie wiem czy z bólu, czy ze zmęczenia, ale wobec tego postanowiłam chociaż ogarnąć myśli.
    Okej. Dzieci prawdopodobnie zniknęły. Muszę być silna i wstać. Zobaczę czy są w łóżeczkach, a jak nie, to poszukam na dole. I tak już nie usnę. Otworzyłam jedno oko intensywnie je mrużąc. Więc… Na raz dwa trzy wstanę. Raz… Dwa… Trzy… I bum! Jak szybko wstałam, tak szybko opadłam z powrotem na materac. Ten gnojek nawet nie drgnął. Westchnęłam tylko i spróbowałam jeszcze raz. Gdy już udało mi się ustalić, że będę zmuszona wyruszyć w długą, ciężką i karkołomną podróż byłam przerażona. Jak uda mi się tam trafić na ślepo i z bólem towarzyszącym przy najmniejszym ruchu? W sumie mieszkam tu już tyle lat, że znam tą drogę na pamięć.
    Dojście do schodów dodało kilka siniaków do mojej pięknej kolekcji, a zejście po nich trwało chyba kilka dni. Jednakże, byłam tam! I co dalej?
-Jest tu kto?-spytałam, próbując rozszerzyć powieki za pomocą rąk.
Zero odzewu. Gdzie się wszyscy podziali? Porwali moje dzieci i tak po prostu wyszli sobie, nie zostawiając żadnej wiadomości! Dobra, nie wiem czy nie zostawili, ale jakby była, to bym ją zauważyła. Zdesperowana usiadłam na schodku i zaczęłam lamentować. Rozbudziłam się już do reszty i wbiegłam na górę zanim o tym pomyślałam. Obleciałam jeszcze wszystkie pomieszczenia, w nadziei, że gdzieś się znajdą, lecz wszystko na nic. Wleciałam do naszej sypialni i zaczęłam intensywnie trząść Zaynem.
-Wstawaj idioto! Zgubiliśmy dzieci!
-Uspokój się, do cholery! Nie mogliśmy ich zgubić… Na pewno się znajdą…
-A jeśli… A jeśli je porwali?!
-Dom jest obstawiany przez ochroniarzy, pamiętasz?
-Ale jakoś teraz ich nie widzę!-krzyknęłam dramatycznie, spoglądając za okno.
-Może porywacz wyświadczył nam przysługę i zabrał je żebyśmy się wyspali… Chodź tu…
-Ciebie do końca popierdoliło! Wyprowadzam się stąd, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! Dzwonię na policję!-wyszłam, próbując trzasnąć drzwiami, lecz miałam za mało siły nawet by je zamknąć.
-Ej, czekaj!-wołał za mną, ale olałam go totalnie.
    Biegałam z góry na dół i w kółko każdego pomieszczenia łącząc się z centralą. Byłam przerażona, ale jednocześnie sama nie ogarniałam co się dzieje. Podejrzewam, że nawet nie byłabym w stanie określić bieżącego miesiąca.
-Dzień dobry, słucham.-usłyszałam miły kobiecy głos.
-Moje dzieci!
-Co się stało?
-Zniknęły! Nigdzie ich nie ma! Ale były! A ten palant śpi! A one były i płakały, ale już ich nie ma!
-Słucham?
-Nie ma! Porwali je! Ochroniarzy też porwali! Wszyscy zniknęli! Zostałam sama! Nie ma ich! Gdzie mam ich szukać?! Pomóżcie mi!
-Spokojnie, proszę powiedzieć po kolei co się wydarzyło.
-Jak ja mam być kurwa spokojna! Byłam spokojna kiedy nie mogłam odebrać mojej pierwszej i najważniejszej nagrody Brit! Byłam spokojna kiedy Demi Lovato chciała mnie zabić! Teraz nie mam zamiaru, bo chodzi o moje dzieci, okej?!
-Więc co się wydarzyło?-spytała ponownie, jak gdyby nigdy nic.
-Nie spałam całą noc, bo dzieci ciągle się budziły i płakały. Parę minut przed pobudką również słyszałam ich płacz, ale nagle ucichł, bo one po prostu zniknęły!
-Niech się pani upewni, że nikt z rodziny się nimi nie zajął.
-Macie ich po prostu poszukać!
-Niech się pani upewni, mamy swoje procedury…
-Mam wyjebane na wasze procedury!-darłam się do słuchawki.-O, chyba właśnie wróciły… Dowidzenia pani.
    Widząc Range Rovera podjeżdżającego pod dom poczułam ulgę, ale też wstyd. Jednak po minucie wszystkie uczucia przemieniły się w złość. Wybiegłam z domu na boso i w samym szlafroku. Z samochodu wysiadali Louis, Harry i Trisha, którzy zaśmiewali się, trzymając nosidełka z Jamesem i Jessicą.
-Wchodź do środka, przeziębisz się!-poleciła mi teściowa, co tylko wzmogło moje zdenerwowanie.
-Jak mogliście?-wykłócałam się, stąpając po mokrym trawniku. Wtedy zorientowałam się, że przez cały ten czas byłam zbyt zszokowana, żeby uronić łzę. Za to teraz to nadrobiłam…
-Ej, spokojnie.-Harry zbliżył się do mnie z zamiarem przytulenia, czy coś, lecz od razu go odepchnęłam.
-Porwaliście moje dzieci. Dzwoniłam na policję i prawie umarłam ze strachu!
Cała trójka spojrzała po sobie ze zdziwionymi minami.
-Pogadajmy w środku, nie jest zbyt ciepło.-zaproponowała Trisha.
-Nigdzie nie idę!
Kłóciłam się bezsensu, właściwie nie wiedząc co się dzieje. Poczułam tylko, że Hazz wnosi mnie na siłę do mieszkania, zatrzaskując drzwi.
-Zabije was wszystkich, kurwa!
-Nie krzycz, bo ich obudzisz… Może najpierw nas posłuchaj.
-Okej, słucham. Byle było to coś sensownego.
-To bardzo sensowne. Nie spaliście całą noc, a oni ciągle płakali, więc zabraliśmy ich na przejażdżkę. Mówiliśmy o tym Zaynowi, miał ci przekazać.
-Gdzie mój tata?
-Musiał coś załatwić w pracy, tak jak Yaser.
-A kiedy wraca?
-Na obiad już będą, a co?
-Tata kiedyś powiedział mi, że jak jakiś facet zrobi mi coś strasznego to mam mu powiedzieć. I on wtedy się nim zajmie albo pokaże mi chwyt, który zaboli bardziej niż kastracja.-odpowiedziałam spokojnie.
I faktycznie już byłam w miarę opanowana… Do momentu w którym ów zły mężczyzna nie zszedł do salonu. Nie wiele myśląc rzuciłam się na niego z pięściami.
-Ty idioto! Jakim prawem mnie tak okłamałeś?! Nigdy ci tego nie zapomnę!
-Cicho, kobieto!-w odpowiedzi przycisnął mnie mocno do siebie, co miało postać przytulenia.-Idź i się po prostu wyśpij, co?

*Louis*
    Mama Zayna obiecała zrobić coś dobrego do jedzenia, ale zabrakło jej kilka produktów w związku z czym wysłała nas do sklepu. Lecz ja obstawiam, że po prostu chciała się nas pozbyć na moment, żeby nikt jej nie przeszkadzał, więc wyruszyliśmy do marketu położonego kawałek drogi od domu. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo kochałem jeździć autem ze Stylesem. Tam było jakoś tak… fajnie. Nikt nam nie przeszkadzał, wykrzykiwaliśmy teksty piosenek, oczywiście nie do rytmu i myląc się co chwile, a najlepsza była zabawa w zaskakiwanie ludzi. Otwieraliśmy okna i machaliśmy do wszystkich, a kiedy staliśmy na światłach, pukaliśmy im w szyby. Ich miny były bezcenne, szczególnie jeśli mieliśmy do czynienia z fanami.
    Ale dziś było jakoś tak poważniej… Najpierw rozmawialiśmy o pogodzie, potem o harmonogramie nadchodzących koncertów czy też o tym kto będzie wiózł wózek w sklepie. Zawsze była o to kłótnia z niemałymi docinkami, lecz dziś po prostu mi ustąpił. Coś było nie halo.
-Naprawdę mi przykro, Loui.-Harry nagle przerwał ciszę.
-Dlaczego?
-No wiesz… Ja zawszę będę chciał twojego szczęścia i byłbym gotów dać ci nawet gwiazdkę z nieba, ale jest jedna rzecz której zwyczajnie dla ciebie nie zrobię.
-O co chodzi?-zastanawiałem się co właściwie jest na rzeczy i o co powinienem być obrażony.
-Nie urodzę ci dziecka i dobrze o tym wiesz.
-Gadaliśmy już o tym.-odpowiedziałem, tracąc resztki humoru.
-Ale ty nadal masz o to żal.
-Czy coś mówiłem? Nie wspominałem ani słowem!
-Tym gorzej. Masz żal i nawet nie możesz mi tego powiedzieć.
-Może ci o tym nie mówię, bo nie mam żadnego żalu!-zdenerwowałem się. Dlatego, że miałem żal.
-Zastanawiam się czy to kłamstwo w słusznej sprawie, czy raczej powinienem się zdenerwować.
-Po prostu powiedz, czego chcesz.
-Widziałem jak na nie patrzysz. I wiem, że chciałbyś mieć kiedyś dziecko. To twoje marzenie. Być ojcem. A najlepiej to mieć syna, prawda?
-To nie ważne. Wybrałem ciebie i nigdy nie będę tego żałować.
-Masz jeszcze szanse na normalne życie.
-Dobrze, masz rację. Chciałbym móc nauczyć go chodzić, mówić, grać w nogę, a potem oglądać jego pierwsze mecze. Na święta składalibyśmy kolejkę z ciuchcią w zestawie, a gdy dostałby pałę na semestr to groziłbym szlabanem na konsole i fife. Ale zaraz sam chciałbym w nią grać i to właśnie z nim, więc to ty musiałbyś być tym srogim i odpowiedzialnym ojcem. Ale życie nie jest po to, aby wszystko układało się po naszej myśli. Czasem trzeba dokonać wyboru.
-Mylisz się. Gdy nie masz tego, co chcesz, zwyczajnie musisz o to zawalczyć.
-Jak mam zawalczyć o dziecko, które nie ma prawa zostać poczętym?
-Może zawalcz o dziecko, które już jest poczęte.
-Co? Co ty właśnie powiedziałeś?-zamarłem w bezruchu, tępo wpatrując się w zielonego gruchota, który wlekł się przed nami.
-To co usłyszałeś.
-Czy to znaczy…
-Byłbym skłonny zaadoptować dziecko. Albo dwunastkę dzieci. Nie mówię, że od razu teraz, w tej chwili… Mamy dopiero po dwadzieścia parę lat…
-Kiedy ktoś śmieje się, że jestem gejem, mam ochotę opowiedzieć mu o tobie. O całym tobie. Zrozumiałby, że nie jestem gejem, ale szaleńczo zakochany w drugim facecie, który jest najcudowniejszy na świecie.
-Masz w zanadrzu jeszcze jakieś komplementy?-spytał, gdy zatrzymaliśmy się na sklepowym parkingu.
-Żeby cię za bardzo nie rozpuścić, dodam, że nie umiesz nawet prosto zaparkować auta.-zaśmiałem się wskazując na kąt ustawienia wszystkich pozostałych wozów i naszego, który różnił się znacząco.
-Zamknij się, to może kupię ci lizaka.
-Ale jeśli mi go nie kupisz, stanę na samym środku, przy dziale z warzywami i krzyknę, że gdy ściągasz buty, twoje stopy tak śmierdzą, że trzeba używać wentylatora!
-Tyle że wszyscy wiedzą, że to twoje stopy śmierdzą!-wytknął mi, gdy już zbliżaliśmy się do wejścia.
-Ale za to jeszcze nikt nie widział filmiku w którym biegasz nago, udajesz małpę, a na koniec dławisz się bananem. A ja mogę zmienić ten fakt.-odgryzłem się z satysfakcją, że mocno go zagiąłem.
-Wtedy nie pograsz z synem w fife. Bo już nigdy nie zobaczysz tej gry na oczy!
-Nie boje się ciebie, panie ‘udaje, że mam dużego’.
-No tak, ty przynajmniej jasno przedstawiasz smutną prawdę.
-Mów do ręki!-rzuciłem dość głośno zagłębiając się w regał ze słodyczami.

*Zayn*
    Odetchnąłem z ulgą, gdy ta sfrustrowana dziewczyna wreszcie poszła się wyspać. W dodatku do mini pokoju gościnnego, wielkości garderoby, który był umieszczony na strychu. Tak w razie czego, żeby nikt jej nie przeszkadzał. Ale z drugiej strony… Mama gotuje, Larry na zakupach, Niall u Chris, a Liam prawdopodobnie z Dianą w zoo, wnioskując po jego tweecie, który w ciągu sekundy obiegł cały Internet. Cóż, zdjęcie gdy karmił czymś delfina przy tabliczce „nie dokarmiać” było dość kontrowersyjne. Podejrzewam, że nie jeden zajmuję się właśnie zgłaszaniem tego do władz.
    Wracając do lekko stresującej sprawy, jestem sam na sam z bliźniakami. Od ich urodzenia, do tej pory chyba jeszcze tak nie skończyłem. Póki co śpią, ale czuję, że za chwilkę Jess się obudzi, bo wierci się niemiłosiernie od 15 minut, a gdy ona zacznie ryczeć, obudzi brata. Podejrzewam, że ten dźwięk byłby w stanie obudzić niedźwiedzia ze snu zimowego, będąc od niego jakieś kilka bilionów lat świetlnych… Cóż, taka jest cena rodzicielstwa.
    Siedząc i wpatrując się w śpiące z pozoru aniołki, obmyśliłem plan działania. Będąc przezornym wziąłem już córkę w ramiona i bujałem ją trochę, podśpiewując coś cicho. Wtedy, jeśli się obudzi może od razu się nie rozpłacze, ja ją nakarmię i będę mógł spokojnie zająć się Jemmym, który też będzie głodny. Okej, to nie może być takie trudne. Słyszałem o przypadkach z ośmioraczkami, więc dwójka to jeszcze nic…
    Szczerze mówiąc byłem już trochę zmęczony czekaniem na ich pobudkę. Ręce mi odrętwiały, a w gardle zaschło od ciągłego koncertowania na mojej najważniejszej trasie-Lullaby Tour (Lullaby czyli kołysanka jak coś c;). I wtedy stało się coś na co oczekiwałem. No, tak jakby… Usłyszałem ostry płacz. Tylko… nie dochodził od Jessici, lecz od jej brata. Szybko odłożyłem ją do łóżeczka, wyjmując Jamesa. Podtykałem mu butelkę pod nos, ale chyba nie do końca ogarniał. Tym samym obudził młodszą siostrę. Zajebiście.
    Zdecydowałem się odłożyć go na materac, a wziąć drugiego krzykacza. Na szczęście ona szybciej załapała i zaczęła ciągnąć co nie co ze swojej butelki. Ale ten drugi nie dawał za wygraną. Nie uspokoił się ani trochę, a wręcz miałem wrażenie, że pogłębił swój płacz. Do tego, chyba próbował się przemieścić i bałem się, że spadnie. Musiałbym zostawić na chwilkę Jessy i odłożyć go do łóżeczka, lub rozwiązać problem, czyli prawdopodobnie przebrać pieluchę. Robiłem to już. Raz. Nie jest tak źle…
    Opanowałem taki chwyt, że jedną ręką podtrzymywałem dziecko i butelkę, a drugą uspokajałem drugie. I takim oto sposobem zdołałem nakarmić córkę. Również położyłem ją na łóżku. Pieluchy… Zaraz… Gdzie one są? Ah, leżą pod łóżeczkiem. Boże, jak oni to napychają, że nie da się wyciągnąć? Debile, chyba nigdy dzieci nie mieli. Gdy się z tym rozprawiałem, Jessica wyprostowała rączkę, uderzając Jamesa, co tylko go podkręciło. Ale ja nadchodziłem z pomocą. Rozpiąłem mu body, jak i przemoczoną pieluchę. Myślałam, że jest tylko przemoczona. Jednak smród roznoszący się po całym pomieszczeniu był tak okropny, że chciałem umrzeć. I chyba miałem to gwarantowane, gdybym się nie sprężył.
-Stary, musiałeś mi to zrobić?-jęknąłem, czego i tak nie było słychać w towarzystwie członków klubu kochamy głośno ryczeć.
    Tego się naprawdę nie spodziewałem. Muszę do wszystkiego podejść spokojnie i profesjonalnie, inaczej wszyscy polegniemy. Przygotowałem sobie kilka, bądź kilkanaście chusteczek nawilżanych, jakiś krem i zabrałem się do roboty. Wstrzymywałem oddech, a powietrze wciągałem co jakiś czas ustami, co i tak nie było przyjemne. Nie pocieszał mnie fakt, że… Nie będę owijać w bawełnę; miałem całe ręce w kupie! Boże, za co?! Przepraszam, będę dobry, ale oszczędź mnie następnym razem!
    Mimo braku śmierdzącej bomby, mojemu kochanemu dziecku dalej coś nie pasowało. Zresztą oboje miało jakieś sapy co do mnie. Wtedy kolejno; nakarmiłem syna, uśpiłem Jessicę, potem jego i na końcu, po dokładnym umyciu rąk, walnąłem się plackiem na brzuchu, mając wszystko w dupie. Czułem się jak bohater. Właściwie to byłem bohaterem. Pierwsza poważna akcja za mną! Dałem radę, zdałem test! Test wstępny, oczywiście. Jeszcze jakieś kilkanaście lat. Szybko zleci…

*Alice, miesiąc później*
    Gdy otworzyłam oczy, on był koło mnie. Wpatrywał się, myśląc o czymś. Zdziwiłam się trochę faktem, że nie usłyszałam płaczu, ani nic takiego, ale nie narzekałam.
-Długo spałaś.-stwierdził cicho.
-Byłam wykończona.
-Jutro czy pojutrze będzie to samo.
-Chcesz mi powiedzieć, że powinnam się ogarnąć i przestać myśleć tylko o sobie? Wiem, ty też nie spałeś całą noc i pewnie teraz się nimi zajmowałeś.
-Rozumiem cię.
-Och, nie, nie rozumiesz. Ty radzisz sobie lepiej. A ja czuje się jak nastolatka. Ciężko mi nagle przestać być egoistką, byłam nią całe życie! Wygląda na to, że musisz sam wychować trójkę dzieci. Tak mi przykro!
Chciałam jeszcze coś dodać, ale poczułam jego usta na moich.
    To dziwne, ale w tym momencie przypomniało mi się nasze pierwsze spotkanie. Płakałam, bardzo mocno. To miał być dzień w którym spotkam swoich idoli. Bilet na koncert od kilku miesięcy wisiał w ramce nad łóżkiem. Zaraz obok wielkiego plakatu. Był tylko jeden, ale wyjątkowy i czasem nawet do niego gadałam.
Szalałam. Dosłownie krzyczałam do utraty tchu. Nie czułam się osamotniona, było ich tam pełno. Wszystkie takie podekscytowane. Każda wyglądała inaczej. Jedna miała piegi, druga okulary, jeszcze inna, to dziewczyna o blond włosach sięgających za tyłek. Ale one były dla nich takie same. Ja też. To trochę dołująca myśl, ale dało się przetrwać. Tym bardziej, że posiadałam bilet M&G. A w ciągu tamtej minuty na zdjęcie, uświadomiłam sobie bardzo ważną rzecz. Mianowicie to, że to zwykli ludzie. Nie są nieosiągalni. Nie ma rzeczy niemożliwych.
    Dzisiaj leże obok jednego z nich. I jestem dumna z siebie, bo potrafiłam w to uwierzyć.
-Tęsknie za tobą.-szepnął kilka centymetrów ode mnie.
-Ciągle tu jestem.
-Jesteś tu, ale nie dla mnie.
-Bo mam też dzieci.
-I masz też mnie.
-Ale kim ty dla mnie jesteś?-warknęłam, choć nie miałam prawa. Skoro nie chce się żenić to nie. To jego wybór. Nie powinnam się tym tak przejmować.
    Chyba trochę go zatkało. Korzystając z tego wstałam i poszłam do kuchni, wcześniej przelotnie zaglądając do dzieci. Chciałam sobie zrobić kawę, ale przytrzymał moją rękę.
-Zbudowałem ci dom.-odpowiedział lekko zirytowany.
-Tak, jest ładny.-potwierdziłam, rozglądając się wokół.-Dorzuć jeszcze drogi samochód, to będzie prawie jak sponsoring.
-To będzie jak sponsoring, bo jesteś ze mną, choć wcale nie masz na to ochoty.
-Na nic nie mam tak wielkiej ochoty jak na ciebie!-krzyknęłam, chcą dalej się kłócić, ale najpierw powiedziałam, a potem pomyślałam.
-Mam to traktować jak propozycję?-zachował powagę, lecz śmiał się w duchu.
-Właściwie to… tak.-rzekłam, ściągając bluzkę.
-Okej.-odpowiedział, robiąc to co ja.
-Kiedy jadły dzieci?
-Tuż przed twoją pobudką.
-Czy będziesz obrażony aż do momentu, w którym pierwszy raz krzykniesz moje imię?-spytałam, składając usta w lekki dziubek, by się nie roześmiać.
-Sądzę, że dopiero zadowoli mnie fakt, kiedy to ty będziesz krzyczeć moje.
-Więc gdzie idziemy?
-Może do mini Sali kinowej?
-Dobrze, to… Kto pierwszy ten lepszy!-pisnęłam i rzuciłam się biegiem w stronę schodów prowadzących na dół.

-A kto drugi ten szybciej majtki zgubi!-odparł głupkowato i ruszył za mną.
_______________________________________________________________________

Więc dotrwaliśmy do tego momentu, tak? To chyba czas na małe ogłoszenia parafialne:

1. To ostatni rozdział, ale pierwszej części bloga. Za jakiś czas (może jakiś miesiąc, idk) pojawi się druga część, która będzie o wiele krótsza od tej. 
2. Druga część będzie pod innym adresem, oczywiście podam tu link.
3. W ramach niespodzianki dla was, co tydzień, tak jak dodawałam rozdziały, będę wstawiała jakieś dodatki. Nie wiem, może imagin, jakiś konkurs, zobaczymy ;)
4. Poza tym, dla zabicia czasu, właźcie na mojego drugiego bloga theblackcup.blogspot.com
5. Każę wam tęsknić. 

Kocham was, dziubki. A teraz idę na mały urlop, choć ferie mam dopiero za tydzień. Właśnie, co robiliście/robicie/będziecie robić w ferie? Ja jadę do babci, do Kielc, bo to jedyne miejsce na świecie, w którym wypocznę na maksa.

Postnę coś w przyszły weekend, więc będziemy w kontakcie.

Love ya xx

3 komentarze:

  1. Szkoda że w takim momencie. Będę tęsknić i to bardzo. Chcę już żeby ten miesiąc szybko zleciał ;__________;

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mogę jeszcze jasno myśleć po rozdziale, przykro mi ;D
    Robisz je za zajebiste!
    Na ferie byłam w Hogwarcie!
    Czekam ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. O jejku... dlaczego die on skończył w takim momencie?? Ja chcę więcej!!!
    No ale to nic trzeba czekać na kolejna część bloga.
    Każesz nam tęsknić i wiesz co? Na pewno będziemy !! :*

    OdpowiedzUsuń