sobota, 18 stycznia 2014

79. Babieees madness!

*Alice*
-Okej, mamy je. Mamy ją. To dziewczynka!-rzekł doktor.
    Moje powieki odcięły mnie od rzeczywistości. Poczułam niesamowitą ulgę. Oczywiście ból nie przeszedł tak od razu. Ale najgorsze mam już za sobą. Dałam radę. Uśmiechnęłam się w duchu. Dałam radę!
    Poczułam jego usta na czole. Momentalnie wróciłam myślami do tej sali i spojrzałam na niego. Trzymał naszego synka. Właściwie zdołałam zobaczyć tylko niebieski kocyk, a resztę sobie dopowiedziałam. Czy to naprawdę moje dziecko?
-Kochanie, trzymaj Jamesa.-szepnął słodko.
-Zaraz… Jamesa?
-Tak mi się jakoś powiedziało… Oczywiście możemy go nazwać inacz…
-Nie, jest świetnie.
Podniosłam się na łokciach, by być w stanie go utrzymać. Wyciągnęłam ręce i poczułam jego ciężar. A właściwie zaledwie 2kg. Był malutki i taki... Znajomy?
-Jest podobny do ciebie…-stwierdziłam.
-Jasne, oczywiście. To jest ten tekst, aby uśpić czujność faceta i odwieść go od podejrzeń, że dziecko jest listonosza.-zaśmiał się cicho.
-Spójrz w jego oczy. One mówią wszystko.-zignorowałam jego żart.
    Znów odpłynęłam, tym razem do naszego świata. Mojego i mojego synka. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek. Jego duże ślepia powoli się zamknęły, a oddech spowolniał. Czułam bicie jego serduszka. Więc to on mnie tak kopał! James był niepojęcie śliczny. Króciutki meszek pokrywał jego główkę. Podejrzewam, że będzie blondynem, jak ja. Włoski są bardzo jasne, niemalże niewidoczne. Paluszki są jak zapałki! Takie malutkie, cieniutkie... Na wszelki wypadek je przeliczyłam. Zdarzają się różne przypadki, w których nie jest ich równo… Pięć wszędzie! Odwinęłam lekko tkaninę, żeby zobaczyć go dokładniej. Nie miał za wiele ciała, był maciupki. Nie zdążył jeszcze do końca się rozwinąć, ale mimo tego jest najpiękniejszym stworzeniem jakie w życiu widziałam.
To niesamowite. To dziecko. Mieszanka Zayna i mnie. Która połączyła nas na resztę życia. Łzy zamajaczyły w moich oczach. Nie wiem, co się dzieje. Mam pustkę w głowie. Ważne, że on jest przy mnie.
    Jednakże, to nie koniec! Mam jeszcze córeczkę. I już nie mogę się doczekać, kiedy tylko ją przytulę. Wtedy z powrotem nadszedł lekarz z asystą pielęgniarek.
-Wszystko wskazuje na to, że chłopiec jest zdrowy, jednak zabieramy go jeszcze na podstawowe badania.-wyjaśnił, a jedna z długonogich kobiet zaczęła się ze mną szarpać o Jamesa.
-Możemy wreszcie zobaczyć córeczkę?-uśmiechnął się, mój… Zayn.
-Właśnie… Ona jest bardzo słaba. Leży teraz w inkubatorze. To dla niej za wcześnie… Jest o wiele mniejsza od chłopca. Musimy podtrzymywać jej czynności życiowe, sama nie dałaby rady…
-Co jej jest?-warknął i mocniej ścisnął moją dłoń.
-Po prostu jest wcześniakiem. I prawdopodobnie ma drobne problemy z żołądkiem. Przez najbliższy tydzień będzie żywić się z kroplówki, a potem zobaczymy.
-Ale… Jak to? Chcę ją natychmiast zobaczyć!-również się zdenerwowałam.
-Teraz jest na badaniach, a pani powinna się przespać. Urodzić bliźniaki, to trochę męcząca sprawa. Będziemy informować.-posłał mi uprzejme spojrzenie i odszedł.

*Zayn*
    Miałem wielką gulę w gardle i zmagałem się z połknięciem jej. Jak to w inkubatorze? Nie zdawałem sobie sprawy z konsekwencji zbyt wczesnego porodu. Dłonie zaczęły mi dygotać. A do tego wszystkiego, musiałem ukrywać to przed Alice, która była już wystarczająco wykończona psychicznie i fizycznie.
-Połóż się koło mnie.
-Nie, posiedzę na krześle, albo wyjdę na korytarz, musisz się wyspać, kochanie.
-Połóż się koło mnie.
-Dobrze.-westchnąłem, układając się bokiem i przytulając jej plecy do swojego torsu. Brzuch zniknął. Niesamowite…
-Boję się.-pociągnęła nosem.
-Przestań, wiesz ile dzieci po porodzie przeżywa takie coś? To codzienne realia.
Nie odezwała się już. Zostawiła mnie z tą sprawą samego, odlatując gdzieś w swoją krainę wewnętrznego cierpienia, której doprawdy nienawidzę. Walczę z nią każdego pieprzonego dnia, odkąd ją poznałem. Chciałbym, żeby jeszcze bardziej się otworzyła, zaufała mi, nie wiem.
-Bardzo cię bolało?-zmieniłem temat.
-Ja po prostu nie chcę o tym gadać.-mruknęła oschle, nakrywając nas kołdrą.
Okej, przyznaję, mogłem go zmienić na jakiś inny. Ale po prostu chciałem, żeby się wygadała. Powiedziała cokolwiek, żeby troszkę jej ulżyło. Sam nie wiem, co robić. Przytuliłem ją mocniej, czule odruchowo masując brzuch.
-Tak, bolało. Bardzo bolało. Nigdy nie zrozumiesz, jak matki poświęcają się dla swoich dzieci.-zdecydowała się odpowiedzieć, chyba wyczuwając moją konsternację.-Dalej wszystko mnie boli, nie jestem w stanie się ruszyć.
    Tym razem ja zamilkłem. Co miałem jej odpowiedzieć? Nie, nie zrozumiem. A ona nie zrozumie miłości ojca do dzieci. Ale gdybym to powiedział, mógłbym już odejść. A w zasadzie oddalić się w bardzo szybkim tempie. Nie była wkurzona. Ale smutna. Albo i była wkurzona. Na siebie samą. Tylko, że teraz gdy powiem, że to nie jej wina, to pomyśli, że pomyślałem, że ona pomyślała, że to jej wina, więc przeszło mi przez myśl, że to mogła być jej wina. W życiu nie pomyślałbym, że kiedykolwiek zacznę tak analizować każde słowo…
-Która godzina?
-Dochodzi trzecia w nocy. Chłopcy przyjadą nad ranem i przywiozą ci jakieś rzeczy. Teraz idź spać, naprawdę.
-Zdajesz sobie sprawę, że nie zdążyliśmy nic kupić? Musisz jutro pojechać do sklepu. Nie mamy nic. Nawet żadnych ubrań, ani pieluch. Nie wspominając o łóżeczkach i takich tam…
-Nie zaprzątaj sobie tym teraz głowy. Wszystkim się zajmę.
-Ale wiesz, że jeszcze trzeba wziąć coś dla mnie. Nie wiadomo ile tu spędzimy. Może ja zrobię ci li…
-Śpij. Wiem, że jesteś śpiąca. Musisz rano mieć siłę, żeby zobaczyć się z…
-Jessicą.
-Tak, właśnie. Ładnie.
-Wiem. Ona pewnie też jest śliczna.-szepnęła, a głos jej się załamał.
    Zamyśliłem się na chwilę. Hej, mam dwójkę dzieci. I to już nie są żarty. Póki siedzą w brzuchu, to człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy. Ale teraz tu są! Zmaterializowały się na ten świat! A ja… Muszę się nimi zająć. Począwszy od przebierania pieluch, poprzez uczenia mówienia i chodzenia, skończywszy na zapewnieniu im należytej przyszłości.
Boże, ja mam dzieci… Poczułem dziwne ściśnięcie w brzuchu, a moje oczy zaczęły nieprzyjemnie piec. To wszystko nie mieściło mi się w głowie. Liczyłem chociażby na kwadrans snu, ale chyba na marne… Chyba nie usnę póki nie wydorośleją i nie wyprowadzą się z domu. Myślę już o ich wyprowadzce, podczas gdy nawet się tam nie wprowadzili! Zapowiada się ze mnie świetny ojciec!
    Gdy wróciłem myślami, tam, na sale, zdałem sobie sprawę, że chyba usnęła. Nie dawała 'znaków życia', a jej oddech znacząco zwolnił. Nareszcie chwilę odpocznie. Po 8 miesiącach… Radzę jej się dobrze wyspać, bo przez następne kilkanaście lat będzie miała mnóstwo roboty…
    Wtedy usłyszałem coś niepokojącego. Ciemny pokój rozjaśnił się, lecz raczej nieznacznie. Lekki skrzyp podłogi i już wiedziałem, że ktoś tu wtargnął bez pukania. Jednakże nie raczył się odezwać. Fajnie…
-Przepraszam, ja… Przeszkadzam?-usłyszałem cieniutki i cichy głosik.
Nie miałem za bardzo możliwości zobaczyć oblicza tej pani, bo leżałem tyłem do drzwi, wtulony w Lene. Zmiana pozycji byłaby trudna…
Mimo tego ostrożnie poluzowałem uścisk, wysuwając swoją rękę i nogę. Omal nie spadłem na podłogę, ale ostatecznie stanąłem na równe nogi przed drobną blondynką.
-Nie, skądże. Nie spałem.
-Jeśli pan chce, zorganizujemy jeszcze jakieś łóżko…-uśmiechnęła się, co sprawiło, że poczułem się lepiej w tej całej sytuacji. Tacy ludzie są potrzebni w szpitalach. Jak cholera. Gdybym miał zatrudniać kadrę, nie patrzyłbym na kwalifikację, ale na to, czy jest miły i samą swoją osobą umie pocieszyć pacjenta, lub jego bliskiego. Okej, może luknąłbym na kwalifikacje, ale nie zatrudniłbym jakiejś wrednej rumpy.
-Nie, jest dobrze. Coś się stało? Co z Jessicą?
-O córce jeszcze nic nie wiadomo. Przychodzę w sprawie syna. Płaczę, bo…
-Co się stało? Gdzie on jest?-podeszłem bliżej niej, spinając wszystkie mięśnie ze zdenerwowania.
-Jest głodny.
-Pójdę po niego.-pewnym krokiem wyszedłem z sali.
-Nie!-zaśmiała się lekko, łapiąc mnie za łokieć.
Rzuciłem pytające spojrzenie.
-Lepiej będzie, jeśli ja po niego pójdę, a pan obudzi…
-To moja dziewczyna.-dopowiedziałem przygaszonym głosem.
-Tak, właśnie. Niech pan obudzi pańską dziewczynę.
Skinąłem, wracając z powrotem.
Nie chcę tego robić. Dopiero co usnęła. Urodziła dwójkę dzieci, do cholery! Dajże jej trochę pospać, mały. Nie da się nakarmić go jakoś bez niej? Nawet jeśliby się dało, to nie chcę wysłuchiwać o poranku jej wrzasków na cały korytarz, z pretensjami, że jej nie obudziłem w takim znaczącym momencie.
    Usiadłem powoli obok niej. Nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Odkąd sypiamy razem, budziłem ją różnorako. Oblewając wodą, łaskocząc ją, dmuchając w nią, śpiewając coraz głośniej jak najgorzej umiałem, czy układając jedzenie na brzuchu lub twarzy. Lecz w takim momencie, muszę zrobić to jakoś delikatnie, nie wiem…
-Kochanie…-szepnąłem.-Kochanie, obudź się na chwilę.
Nawoływałem ją, ale ani drgnęła. Dołączyłem do tego lekkie szturchanie w ramię, też na nic. W końcu zdecydowałem złożyć mały pocałunek, na jej policzku. Odetchnęła tylko głośniej. Jeśli jest zmęczona, to ma tak głęboki sen, że nie wiem jak zdołam to zrobić. A syn się zbliża…
    Usłyszałem jakby trochę tłumiony płacz. Właściwie nie płakał tak strasznie jak potrafią płakać dzieci. Może to kwestia wieku. Ale to było takie trochę ciche, takie jakby nie chciał budzić mamy. Jednak jemu jedynemu udało się tego dokonać…
-Co się dzieje?-podniosła się na łokciach, rozglądając nerwowo.
-Dziecko ci płacze, chce jeść. Tak mówi ta pani.-wskazałem z uśmiechem na pielęgniarkę, która właśnie podawała mi dziecko.
Mimo zmęczenia, dawno nie czułem czegoś takiego. Prawdopodobnie nigdy. Trzymałem właśnie swojego syna. Okej, Malik, przywyknij do tego, stary…
-Serio?-również starała się unieść kąciki ku górze, lecz było jej ciężko. Widziałem to. Gdybym to ja coś chciał, opieprzyłaby mnie nieźle.
-Mam pani jakoś pomóc? To pierwsze karmienie…
-Tak, proszę zostać. Ale ty wychodzisz.-wskazała na mnie.
Spojrzałem lekko urażony, chwiejnym krokiem opuszczając pomieszczenie. Pff. Niech sama se wyjdzie.
-Zayn!-zawołała, na co obróciłem się szybko.-Oddawaj Jamesa, ciołku.
Mruknąłem niezadowolony.
-Zaraz cię zawołam.-dodała na odchodne.
    Stwierdziłem, że tę chwilkę wykorzystam na tweetnięcie czegoś. Pewnie wszyscy usychają z ciekawości. Ha, dobrze im tak, ale nie będę aż taki chamski. Ze zdjęciem czy bez? Nie no, nie będę szaleć. Bez.

„Spać mi się chce.”

Zaśmiałem się, przyglądając się temu tweetowi. Cały świat czeka na jakąkolwiek informację o dzieciach. A to się zdziwią. Dobra, w konsekwencji i tak wyszedłem na chama. Może coś jeszcze dopisać…
-Proszę pana, może już pan wejść.-usłyszałem Panią Jestem Uprzejma.
-Chwilkę, mam pytanie.
-Słucham?
Zapewne była przygotowana na coś o dzieciach. Jak ja dziś zadziwiam ludzi!
-Myśli pani, że ta z rejestracji ma Twittera?
-Nie wiem.-nie kryła ubawienia.-Mogę zapytać.
-Nie, nie… Tak sobie tylko wcześniej myślałem, że… Nie ważne. A czy jest miła?-„Jej kitka na pewno jest”-dodałem w myślach.-Nie, nie ważne. Wracam do rodziny…-mruknąłem pod nosem, odchodząc. I właśnie zdałem sobie sprawę, że chyba upiłem się tym dzisiejszym szaleństwem, bo nawet już nie byłem w stanie przejść prosto i uderzyłem w futrynę.
-Ałć!-syknąłem, ale szybko uciszyłem się, widząc, jak Alice jeszcze go karmi. A mały w zasadzie zasypia przy jej piersi…

*Alice*
    Są różne rodzaje poranków. Takie zwykłe, w których musisz wstać, umyć się, przegryźć coś szybko i lecieć do pracy czy szkoły. Albo takie leniwe, gdzie leżysz pół godziny po przebudzeniu. Chyba najlepsze to te, gdy budzisz się z ukochaną osobą u boku. Myślałam, że będzie tak też tym razem. Ale nie było. Ze zdziwieniem rozejrzałam się wokół. Łóżeczko, które wczoraj tu dostawili, było puste. Co jest, do cholery?
-To jest drzewo. Widzisz je? Hej, jak masz widzieć, skoro znów usnąłeś! Och, kiepski z ciebie uczeń…-usłyszałam głos Zayna, lecz nie potrafiłam skojarzyć faktów. Z kim on gada?
    Chciałam to sprawdzić, ale gdy tylko podjęłam próbę siadania, poczułam ból. Wszędzie. Policzyłam do pięciu, po oddychałam głęboko i spróbowałam jeszcze raz. Moje nogi teraz zwisały z dość niewygodnego łóżka, a ja przecierałam oczy, nie mogąc nic zobaczyć.
    Mój wzrok nareszcie się wyostrzył. Stał przy oknie. Dalej nie wiedziałam o co chodzi. Wtedy się obrócił, wszystko mi objaśniając. Gadał z Jamesem. Ziewnęłam, uśmiechając się.
-Dzień dobry, kochanie! Byłem w drogerii naprzeciwko i kupiłem ci kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Idź do łazienki. Chłopcy będą za moment i dowiozą resztę.-wytłumaczył mi wszystko, jednak trochę zajęło mi układanie tego w głowie. Mam po prostu iść i się umyć, tak? Więc idę.
    Wstałam delikatnie, zważając na to, że prawie nie mogę się ruszyć. Przeciągnęłam się i podeszłam do nich na chwilę.
-Mam jeszcze jedno pytanie.-zaczął.-Co wczoraj działo się z Chris?
-Nawet nie wiem, gdzie jestem. Odpowiem ci za jakieś 15 minut.-miauknęłam, odbierając kosmetyki i gnając do łazienki.
    Wszystko łączyło się w logiczną całość. Wczoraj urodziłam. Jamesa i Jessicę. Właśnie, co z nią? Ukróciłam przyjemność, czyli prysznic ciepłą i kojącą wodą, aby jak najszybciej się tego dowiedzieć. Wytarłam się w duży flanelowy ręcznik i ubrałam w szlafrok, który otrzymałam wczoraj. Boże, czuję się trochę jak bezdomna, przygarnięta przez jakiś ośrodek… Nie ważne.
    Wróciłam do pokoju, z trochę mniej naburmuszoną miną. Trochę. Ale nie mogłam wyprzeć się tego, jak coś ściskało mnie w sercu, gdy widziałam Malika bujającego śpiącego, małego… Malika!
-Chris tu ze mną przyjechała. Potem wzięli mnie na moment na badania, a jak wróciłam… Właśnie wtedy zniknęła. Bez słowa. Nie wiem, może musiała gdzieś jechać? Albo kazali jej gdzieś pójść… Boże, serio, nie wiem. Nie myślałam wczoraj o tym, gdzie się podziewa. Zaraz po tym ty przyjechałeś…
-Przyleciałem.-poprawił mnie.-Helikopterem. I lądowałem tu, na dachu.-rozpromienił się, wciąż chodząc w kółko.
    Coś miałam zrobić… Zaraz… O Matko. Jak mogłam zapomnieć o własnej córce? Dałam sobie mentalnego liścia i bez słowa ruszyłam do jakiegoś lekarza. Pełno tych okropnych bab. Takie wychudzone, wypindrzone i po prostu ładne… Pielęgniarka nie powinna być zbyt ładna. Wkurza mnie ich perfekcja na tyle, że wole poszukać sama tego lekarza. Na moje szczęście, jeden z ‘białych’ stał na recepcji. Podeszłam najszybciej jak mogłam, czyli w mojej sytuacji bardzo, bardzo wolno.
-Co z Jessicą?-spytałam drżącym głosem.
-O, ładne imię. Jej stan jest stabilny. Śpi teraz w inkubatorze.
-A ten żołądek?
-No jest z nim mały problem, to się czasem zdarza u wcześniaków. Przynajmniej przez tydzień musi leżeć pod kroplówką. Potem się zobaczy.
-Ale… To… My też tu mamy zostać?
-Myślę, że będzie pani mogła wyjść z synem najwcześniej pojutrze, ale to też może się przedłużyć. Szpital nie jest taki zły…-uśmiechnął się uprzejmie.
Był ok. pięćdziesiątki i wyglądał na świetnie wykształconego i doświadczonego w swoim fachu. Do wszystkiego podchodził z takim spokojem… Podobało mi się to. Mówił do mnie powoli, popijając kawę, co mnie też troszkę uspokoiło.
-Więc mogę teraz ją zobaczyć?-spytałam podekscytowana.
-Zobaczyć. Niestety nie dotknąć. Prosto i po prawej będą przeszklone drzwi.
     Podziękowałam mu, ruszając przez siebie, lecz zatrzymałam się po dwóch krokach. Chyba powinnam iść najpierw po Zayna. Zastanawiałam się dosłownie 10 sekund, gdy moją uwagę przykuł głos jednej z tych dziuni.
-To winda tylko dla pacjentów i personelu. Jeśli już musieli panowie skorzystać z windy, trzeba było wejść do tamtej.-wyjaśniła, lekko poirytowana.-Poza tym, lepiej byłoby nie odwiedzać w tyle osób.
-Dziękuję za cenne rady.-do moich uszu dotarł lekko zachrypnięty i chłopięcy dźwięk.
Odwróciłam się powoli, spodziewając się kogo za chwilę ujrzę. Lou niby powiedział coś grzecznego, ale i tak wiem, że to wyrażało ‘spierdalaj’. Oto cały Louis!
    Podbiegłabym do nich, ale… No, nie mogłam. Więc stawiałam tip-topki, by dotrzeć bliżej. Natomiast oni ruszyli jak w maratonie, gdy tylko mnie rozpoznali. Kto pierwszy ten lepszy… Najpierw wtuliłam się w Harrego, który był na drugim miejscu najlepiej przytulających ludzi, oprócz Zayna.
-Ślicznie wyglądasz.-rzucił mi do ucha.
-Kocham nieszczere komplementy o poranku.-zaśmiałam się krótko.
-To, prawda. Prawda, chłopcy?-czekał na potwierdzenie od reszty, z którą witałam się po kolei.
-Tak, jasne.
-A jak się czujesz?-zagaił Liam.
-Źle.-jęknęłam.-Powiedzcie, że w tej torbie są jakieś normalne ciuchy, które mogłabym włożyć, zamiast tego czegoś!
Wskazałam na szlafrok, a oni zarechotali. Bardzo śmieszne. Naprawdę. Ha, ha, ha. Wlekliśmy się wzdłuż korytarza, milcząc. Czułam, że mieli tyle pytań, że aż nie wiedzieli od czego zacząć.
-A fajnie było?-rzucił Lou.-Ciekawe jak to jest rodzić…
-Wyrwę ci jądra, potem będę boksować podbrzusze, a penisa wcisnę do środka. Wtedy zobaczysz.
Chyba moja z deka chaotyczna wypowiedź, zrobiła na nich wrażenie. Albo wszyscy wyobrażali sobie, jak można by zrobić to ostatnie. Eh…
Po pozornie długim spacerze (niecałe 10m), nareszcie stanęliśmy przed moją salą.
-Dobra, teraz poznacie dziedzica nazwiska.-westchnęłam głęboko, otwierając drzwi.
Dziedzic nazwiska aka kulka zawinięta w koc, dalej spoczywała na rękach taty. Ten widok był budujący, po informacjach z przed chwili. Mogło być gorzej. Oboje mogli być chorzy. A to by było serio ciężkie. Zbyt ciężkie.
    Wtedy zaczęły się jakieś gratulacje, krzyki szeptem, żeby nie obudzić Juniora i jakieś męskie rozmowy, a ja odpłynęłam w swój świat. Znowu. Uhm, chyba powinnam przygotować tą listę zakupów, bo on kompletnie stracił głowę…
-A gdzie drugi syn?-spytał Horan, gotów szukać go pod łóżkiem, czy też w szufladzie.
-Nie mamy drugiego syna.-odpowiedziałam z lekkim zdziwieniem.
-Jak to… Przecież mieliście mieć bliźniaki… Oszukaliście mnie czy… Tak mi przykro!
-Niall, oboje żyją.-Lou przewrócił oczami i pokręcił głową.-Mają syna i córkę. Córkę. Rozumiesz?
-Dość logiczne…-przyznał ciszej.
-To znaczy… Żyją, tak?-spytał Loui, co nie byłoby zbyt delikatne, w razie jakiejś tragedii.
Zayn spojrzał na mnie jakby pytająco, doszukując się jakiś informacji.
-Jessica na razie leży w inkubatorze. I nie może normalnie jeść, przynajmniej przez tydzień.-odpowiedziałam, właściwie tylko do niego, ale to oczywiste, że oni też słyszeli. I zaraz posypały się pytania… „Jak to?” „Co jej jest?” „Dlaczego?”. Ale najlepsze było pytanie Nialla; „Kto to ta Jessica?”. Zachichotałam cicho. Chyba mało spał. Zwykle jest trochę bardziej rozgarniętym dzieckiem…
-Możemy nareszcie ją zobaczyć?-spytał z nadzieją w głosie Zay.
-Jeszcze jej nie widzieliście?
-Ale możemy iść z wami?
-Jejku, pewnie jest jeszcze mniejsza…
-Ale o kim mówimy?-dopytywał Irlandczyk.
Wybuchnęłabym śmiechem, gdybym miała siłę na takie rarytasy…
    Mieli rację. Była tycia. Wielkością przypominała może arkusz a4. Malutka. Przyjrzałam jej się dokładnie. Również miała włoski. Ciemne. Byłam ciekawa oczu, lecz skoro śpi, nie będę jej przeszkadzać. Na rączce widniała różowa opaska z nazwiskiem „Collins” co trochę uraziło dumę Zayna. Zaczął się zamartwiać, widziałam to po jego wyrazie twarzy.
-Dlaczego tu nie ma mojego nazwiska…?
-Zawsze w szpitalu dają nazwisko matki. Potem możesz to zmienić, nie martw się.
-Mogę to zmienić, prawda?
-Spokojnie, twoje dzieci będą się nazywać Malik.
„Szkoda tylko, że ja nie.”-pomyślałam, lecz szybko skupiłam się na czymś innym. Nie mogę ciągle o tym myśleć. To bezsensu.
    Boże, to dla mnie za wiele… I naszło mnie jakieś takie dziwne uczucie. Pierwszy raz od śmierci mamy tak bardzo zapragnęłam, żeby tu teraz była. Pomogła mi udźwignąć to wszystko. Powiedziała, jak mam być matką. Skąd miałam wiedzieć takie rzeczy? Nawet nigdy w życiu nie przebierałam dziecku pieluchy! Poczułam się niesamowicie żałośnie. Mogłabym się z nią nawet pokłócić, ale niech tu wpadnie. Na momencik. Może nawet nic nie mówić, ale mnie przytulić i tym wyrazić wszystko, co potrzebne.
    Oczy zaszły mi łzami, a Zorro przycisnął mnie do swojego rozgrzanego ciała, co było przyjemne.
-Powinniśmy przenieść się do prywatnej kliniki.-stwierdził.
-Oh, pieprzysz głupoty.
-Wcale nie. Czemu mamy tego nie robić? Tam są lepsze warunki. Zresztą tak planowaliśmy, nie pamiętasz?
-Plany uległy zmianom. I zostajemy tu. A ty sobie idź do prywatnego szpitala, proszę!
-Ej, nie wkurzaj się. Dobrze, jak wolisz.
-Wybierz ty się lepiej po zakupy, bo dzieci nawet nie mam w co ubrać. Chłopcy ci pomogą. Zapisałam ci najpotrzebniejsze rzeczy na telefonie.
-Gdzie mam jechać?
-Skąd mam wiedzieć? Wymyśl coś!

*Zayn*
    Błądziłem między regałami, szukając ubranek dziewczęcych, rozmiar… bardzo mały. Tak. Najmniejszy jaki jest. Dla Jamesa już coś wybrałem, ale Harry od razu to odrzucił, warcząc coś, że to brzydkie, niemodne, albo niepraktyczne. Więc zdałem się na niego. I widząc ogrom wyboru tych bluzeczek, spódniczek i sukieneczek chyba też poczekam na niego.
    Stojąc tak bezczynnie, kilka rzeczy zwróciło na mnie swoją uwagę, więc bezmyślnie wpychałem je do koszyka. To różowe coś, świetnie komponuje się z dżinsową spódniczką. Może Hazz nawet będzie dumny. Albo też skrytykuje to, że pasek ozdobny jest zbyt wyzywający jak na dziewczynkę która ma kilka godzin. Boże…
-Co ty robisz?-wskazał na koszyk.-Planujesz swój strój na kolejny koncert?
-Nie, to dla Jess.
-Oszalałeś?-chwycił je do rąk, oglądając lepiej.
-No co ci znów nie pasi?-zirytowałem się lekko. To moje dzieci. Niech się zajmie swo… Okej, może zająć się moimi, skoro tak mu zależy…
-Miałeś kupić coś praktycznego, do szpitala. Nie na roczek, czy dwa latka. To rozmiar 86*! Och, co ty byś beze mnie zrobił.
-Prawdopodobnie zakupy w 15 minut. A siedzimy tu już dobrą godzinę. Muszę tam wracać, Hazz…
-Jeszcze moment. Chcesz pozwolić na to, żeby córka wyglądała jak…
-Jak?-uniosłem jedną brew.
-Jak w jakiejś beznadziejnej komedii o modzie! Kilka dodatkowych minut cię nie zbawi!
    Tiaaaa… Kilka dodatkowych minut, które z pewnością zamienią się w godzinę. Albo kilka dodatkowych godzin. Westchnąłem głęboko, uśmiechając się mimo wszystko. No, bo hej! Co ja bym bez nich zrobił?
    Kwestie ‘ubraniowe’ zostawiłem im, a sam aby się nie nudzić przeszedłem na łóżeczka i grzechotki. Nawet fajny sklep… Duży, ale wszystko jest w jednym miejscu. Teraz, jako ojciec, będę myślał tylko o tym. Boże, w co ja się wpakowałem! Zaśmiałem się sam do swoich myśli, nucąc wesoło jakąś piosenkę.           Wtedy coś przyprawiło mnie o dreszcze. Mianowicie… Ten głos. Głos którego najmniej bym się teraz spodziewał. Przez chwilę mogłem połudzić się, że coś mi się uroiło, lecz nagle wyszła zza regału z wózkami i fotelikami samochodowymi. Miałem ochotę jak najszybciej uciec, ale gdzie? Rozejrzałem się nerwowo, co tylko pokazało mnie w gorszym świetle.
-Gratuluję!-pisnęła, ściskając moją rękę, obiema dłońmi.
-Co tu robisz?-warknąłem, nawet nie próbując patrzeć jej w oczy.
-Tak jakoś przechodziłam i pomyślałam, że pewnie robisz tu zakupy. Wiesz, te paparazzi… Czasem są uciążliwi, ale czasem też się na coś przydadzą, prawda?
-Po prostu wyjdź, bo zadzwonię na policję.-odwróciłem się na pięcie, by odejść i szukać chłopców.
-Czekaj. Pogadajmy. Chłopcy, dziewczynki? Zdrowe? Jak się nazywają? Wiesz, może chodźmy lepiej na kawę, tu jest mało kameralnie i źle się rozmawia. Za rogiem jest kawiarnia. Więc?-krzyczała za mną, ale ja zlałem ją zawodowo.
Udając, że nie istnieje, nie odwracałem się, grożąc jej, czy coś. Tylko na to czekała. Więc nie, to byłoby głupie. Nie mogę pozwolić wplątać się w te gierki.
-Okej, zostawię cię w spokoju. Ale tylko wtedy, jeśli będę wiedziała, że jesteś zaręczony, bądź żonaty. Póki co, formalnie jesteś wolny. Równie dobrze mój. Pamiętaj o tym.
    Powoli przetwarzałem każde jej słowo. Ona coś wie… Cały czas mówi mi o ślubie. Zupełnie jakby wiedziała i chciała mnie podrażnić. Poza tym, cała reszta wskazuje na jej chorobę psychiczną. Mam dziewczynę, więc jestem wolny, więc jestem jej. Aha. Pozdrawiam jej psychiatrę, ale nie radzi sobie z tą fuchą.
    Przyspieszyłem kroku, gdy usłyszałem śpiew Louiego. To było coś w stylu „Zayn, Zayn, tato, gdzie jesteś? Gdzie jesteś? Tatusiu, gdzie jesteś? Szukamy cię. Szukamy cię. Gdzie jesteś, tatusiu?”. Zaśmiałem się głośno, słysząc to. Czy on zawsze musi wymyślać głupie pioseneczki, zamiast po prostu mnie zawołać?
Za to kocha się Louisa Tomlinsona.

I gdybym nie miał Alice, sam mógłbym zostać gejem dla tak cudownego człowieka.

***
(10 dni później)
-Mamuuuś!-krzyknąłem z góry.-Widziałaś gdzieś komplet tych ręczników? Tych kolorowych. Nigdzie nie mogę ich znaleźć... 
-Zayn, przecież tyle razy ci powtarzałam, żebyś mnie słuchał! Schowałam je do najniższej półki w waszej szafie w sypialni. Sam mnie o to prosiłeś...-odpowiedziała moja rodzicielka, lekko poirytowana. 
Zbiegłem na dół, z ręcznikami w dłoni. Lecz gdy już się tam znalazłem, zapomniałem, że miałem wziąć jeszcze jakiś balsam, czy coś dziwnego, w żółtawym opakowaniu. Nie wiem. Wiem tylko, że bardzo długo nie spałem i kolejny raz muszę pokonywać tę odległość. Wywlokłem się na górę. Zgarniając potrzebny płyn, chciałem już wracać gdy coś mnie tknęło. Jeszcze coś miałem wziąć. Tylko co... Aha! Wanienki, no tak. Ale gdzie one...?
-Tatoooo!-zawołałem.
-Co?-odezwały się dwa męskie głosy z dołu. 
Od dziś mieszkam w cyrku. Z poważaniem, Zayn Malik.
______________________________________________________________

*tą rozmiarówkę wzięłam polską, bo nawet nie wiem jakie dzieci mają rozmiary w UK, ale wut ewa prawdaa?

W ogóle to jak myślicie, o co chodzi z tymi zaręczynami i ślubem?

PS Będzie jeszcze 79 rozdział cz. II i 80 i koniec (tak przy najmniej mi się wydaje). Tzn nie koniec, ale koniec tej części bloga ;)

PS2 Kiedy macie ferie, kotki? Ja ostatni termin aka 15.02-03.03 ;) Pewnie wtedy dopiero będzie normalna zima i potrwa sobie do Wielkanocy ;oooo ;) 

5 komentarzy:

  1. Świetny! tak na niego czekałam..kiedy next? ;*
    ~Daria ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowny, jak zawsze kochanie. *o*
    Nie mogę się doczekać kolejnego. ♥
    A ferie... od 03.02 i już nie mogę się doczekać. xx

    OdpowiedzUsuń
  3. James i Jessica!!! Pieknie! <3 Boze jak ja czekalam na ten rozdzial! ohhh jest swietny! nie moge sie doczekac nastepnego.

    aaa ferie zaczynaja mi sie w ten poniedzialek :D ~Pozdrawiam goraco Ola <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest drugie dziecko! Jej....
    Jak dobrze, że bd 2 część...
    Ferie już mam ;D I nawet śnieg jest ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny tylko szkoda mi Jessici. Ha a ja już mam Ferie XDDDD

    OdpowiedzUsuń