poniedziałek, 27 stycznia 2014

79. Babieees madness! cz.II.

*Alice*
    Kiedyś myślałam, że jestem wykończona po koncercie, czy całonocnym nagrywaniu. Albo po sprzątaniu po imprezie na kacu. Wtedy przyszło mi rodzić. I poznałam nową definicję tego słowa. Lecz poród to pikuś w porównaniu do opiekowania się bliźniakami. I użerania z teściami i ojcem.
    Oczywiście nasz nowy dom nie był jeszcze skończony. Wszyscy musieliśmy się zmieścić w jednym. To znaczy w zasadzie Niall zaoferował, że będzie pomieszkiwał u Chris. Liam powoli przeprowadza się do swojego nowego, przytulnego mieszkanka, ale widzę, jak opornie mu to idzie. Jeszcze nigdy nie mieszkał sam. Najpierw z rodzicami, a potem od razu z chłopcami. Nie dziwię się , że ciężko mu tak po prostu wejść do pustych czterech ścian. To chyba jeszcze za wcześnie, aby zamieszkał z Dianą.
    Dzień powrotu był zdecydowanie najgorszy… Przed szpitalem czekały miliony dziennikarzy, prawie jak przy Royal Baby! Wszyscy próbowali się na nas rzucać, mimo ograniczających bramek i ochroniarzy. Krzyczeli, śpiewali, a niektórzy nawet pluli, w niewiadomym dla nas celu. Może chcieli je ochrzcić, na swój sposób…
-Dzieci mi zaraz zdziczeją, rusz ten tłusty tyłek!
-Nie mogę iść szybciej, potknę się.-zwrócił się do mnie Zayn, który dumnie niósł owiniętego w kocyki Jamesa.
    Niektórzy chyba zaczynali się mnie bać, bo na nich warczałam. Normalnie na nich warczałam. Malik śmiał się, że jestem jak lwica broniąca swoich kociąt, ale to nie było zabawne. Nie wtedy, gdy nie mogłam dostać się do samochodu i bezpiecznie przewieść ich do domu. Do domu w którym pożrą ich nasi ‘bliscy’.
-Czuję się jak Michael Jackson. Kiedy urodził się Blanket pokazał go całemu światu, wszystkim fanom, będąc niesamowicie dumnym.-mruknął, gdy już wtopiliśmy się w skórzane fotele jakiejś limuzyny. Lans musi być nawet pod szpitalem, eh…
-Po pierwsze, nie pokazywałeś im dzieci. Sami przyszli i je zobaczyli wbrew naszej woli. Ah i Michael był wtedy oskarżony o to, że chciał wyrzucić dziecko przez okno, a nie go pokazać.-prychnęłam, przeciągając się.
    Czuję, że to będzie naprawdę ciężkie kilkanaście lat. Już nic nie będzie takie jak kiedyś. Nieprzespane noce, czy przebieranie śmierdzących pieluch są niczym przy wychowaniu. Nie mam o tym zielonego pojęcia. Mój ojciec również. Nawet moja mama. Chyba musiałabym doradzić się jednej z moich licznych nianiek, które były kiedyś wszystkim. Ja się do nich przywiązywałam, pokochiwałam i traktowałam jak rodzinę. Ale w chwili zerwania kontraktu, zrywały też ze mną wszelkie kontakty. Odchodziły, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby nie były moimi przyszywanymi mamami.
    Nigdy nie było lekko. Ale to jest właśnie życie.
    Westchnęłam. Stanęliśmy przed domem, dzwoniąc dzwonkiem. Co tam zastaniemy? Na podjeździe stały jakieś samochody, nawet nie wiem, który był czyj. Okej, spokojnie. Jeśli ja zachowam spokój, dzieci też. A przynajmniej mam taką złudną nadzieję…
-Już są! Już są! Mike, bierz ten tort!-wyrwało się zza drewnianej powłoki.
-Ja… Ja nie wiem. On stał na blacie. Przecież pamiętam, stał tu…
-Schowałam go do lodówki. Szybciej!-rozbrzmiał kolejny damski głos.
Kopnęłam w drzwi ze zniecierpliwieniem. Gdybyśmy oboje nie mieli na rękach dzieci, już dawno byśmy tam weszli. No pospieszcie się do cholery!
-Kochanie, nie bulwersuj się.-zaśmiał się chłopięco, co było budujące w tym momencie.
    Nareszcie się doczekałam i mogliśmy wejść do środka. Ale od razu chciałam stamtąd wyjść. Taak… Pełno jakiś balonów, ozdóbek, jedzenia i oczywiście ludzi. Cały dom w ludziach. Do naszego ogromnego stołu w jadalni dołączono jeszcze mniejszy, aby pomieścić wszystkich. Naprawdę przegięli. Nie prosiłam o żadne przyjęcia powitalne! Co najwyżej poszłabym spać…
-O mój Boże, jakie maleństwa!-pisnęła Trisha, przyglądając się nam z bezpiecznej odległości. Chyba wyczuwała moją niechęć, wynikającą ze zmęczenia. Dobra, może powinnam wyluzować. Fajnie, że możemy się wszyscy spotkać. Napiję się jakiejś kawy i będzie okej.
-Upiekłam tort waniliowo-malinowy.-zaćwierkała moja przyjaciółka.-Mogę potrzymać?
Oddaliśmy dzieci, a wszyscy przekazywali je sobie z rąk do rąk. Larry, Niall, Liam, Chris, Diana, rodzice i siostry Zayna, mój tata i Alex… Co się tu dzieję?!
    Po jakiejś godzinie rodzinnych rozmów, Zay szepnął mi coś do ucha i pociągnął w stronę schodów.
-Dzieci są chyba głodne i senne. Zaraz wracamy.-rzucił w stronę gości, zabierając nas na górę.
    Gdyby kurczowo nie ściskał mojej dłoni, raczej nie weszłabym tam tak szybko. Prawdopodobnie w ogóle bym nie weszła i zaczekała, aż zamontują windę.
    Z każdym krokiem byłam coraz bardziej ciekawa, jakie kupił im łóżeczka. Mam nadzieje, że jednak nie od je wybierał, bo jeśli nikt mu nie doradził, to może być katastrofa. Otworzył przed nami drzwi naszej sypialni i… było dobrze. Było naprawdę dobrze. Drewniane i solidne z niebieskimi czy różowymi elementami na pościeli. Uśmiechnęłam się do niego lekko, opadając na wyprofilowany materac.
-Sam je składałeś?
-Wiesz… Nie, nie powiem ci, będziesz się śmiać.
-Nie będę! No weeeź!-jęknęłam przeciągle.
-Bo… Planowałem je złożyć od razu po kupnie, ale stwierdziłem, że to zbyt czasochłonne i zostawiłem rozgrzebaną robotę, wracając do szpitala. Dni mijały, a ja wciąż nie miałem wolnej chwili. Wszyscy zjechali się tu wczoraj wieczorem. Kiedy poszłaś spać, wróciłem do domu, a nasi ojcowie i Alex zdecydowali się pomóc. Zresztą tak jak Louis i Hazz. O trzeciej w nocy dalej nic nie było ruszone. Czuliśmy się jak ostatni debile, nie mogąc dać sobie rady z kilkoma deskami. I wtedy przyszła moja mama, przyniosła nam kawę. Gdy na to zerknęła, uświadomiła nam, że kilka elementów wynieśliśmy na dół, robiąc sobie coś do jedzenia… Siedzieliśmy z tym kilka ładnych godzin, a nad ranem wróciłem, żebyś się nie zorientowała.
-Oj, nic dziś nie spałeś, biedaku.-zaśmiałam się, kończąc karmić zniecierpliwionego Jamesa.-Uśpij go. Zaśpiewaj jakąś kołysankę, czy coś.
-Dlaczego nie mogłaś nakarmić dwoję na raz?-spytał, ostrożnie chwytając syna w silne ramiona.
-Odpieprz się.-warknęłam.-Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób!
-Ja mówię tylko… Myślisz, że po co ci dwie piersi, hm?
Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Co za debil! Nawet nie byłam wstanie zdobyć się na porządną ripostę.
-Faceci mają jednego penisa, żeby trzymać się jednej kobiety. Jak już pewnie zauważyłeś, też olewają te znaki od matki natury.
Również się zaśmiał, mimo że to dodatkowo miało wydźwięk ‘uważaj sobie!’. Popatrzyliśmy na siebie. My chyba nigdy nie dorośniemy do bycia poważnym. Powaga jest dla sztywniaków, którzy są jedną nogą w grobie od chwili narodzin.
    Trochę odetchnęłam z ulgą, gdy oboje smacznie spali w nowych łóżeczkach. Powinniśmy już iść na dół, bo usypianie dzieci zajmuję nam zdecydowanie za dużo czasu. Złapałam go za rękę, ciągnąc lekko w stronę wejścia. Jednak spotkałam się z oporem.
-Nie. Czekaj.-szepnął.
Przycisnął mnie do drzwi, jednocześnie zatrzaskując je, z charakterystycznym szczęknięciem.
-Ej, bądź ciszej.-skarciłam go w obawie, że znów czeka nas kołysanie.
-To ty się wreszcie zamknij.-nieoczekiwanie złożył pocałunek na moich ustach.
Również musnęłam go delikatnie, po czym poczułam jak wsuwa swój język. Uśmiechnęłam się mimowolnie, ginąc w jego objęciach. W nim. Wsunęła ręce pod szary podkoszulek, czując ciepło jego wyrzeźbionego ciała. Lecz gdy tylko on chciał zrobić to samo, powstrzymałam go.
-Wydaje mi się, że musisz jeszcze trochę poczekać.-mruknęłam, wtulając się w zagłębienie jego szyi.
-Dobrze.-pocałował mnie w ucho, co zawsze budziło motyle w mojej wątrobie. Czy innym narządzie.-Ale dlaczego nie mogę cię dotknąć?-zapytał z wyczuwalną pretensją w głosie.
-Nie wiem…-odparłam, sama zastanawiając się nad odpowiedzią.
-Więc mogę?
-Nie.
-Dlaczego?-ponowił pytanie.
-Może dlatego, że teraz wyglądam okropnie i nie chcę, żebyś to widział.-rzekłam z bólem i łzami majaczącymi w oczach.
Po prostu wyrwałam się z jego objęć i ruszyłam w stronę schodów, zostawiając go bez możliwości szczerej rozmowy, na którą zwyczajnie nie mam ochoty.
    Dotarłam do jadalni, gdzie dalej panowała radosna atmosfera. Spojrzałam na każdego po kolei, siadając powolnie. Doprawdy, nie wiem, jaki był powód mojego doła. Kompletnie nie miałam ochoty na jakieś integracje społeczne. Miałam ochotę na płakanie przy pudełku lodów czekoladowych, co z reguły nie było w moim stylu.
-Kogoś mi tu brakuje…-stwierdziłam ochryple i smutno.
Wszyscy przetwarzali moje słowa, zastanawiając się, kogo mam na myśli. Z chwilą nadejścia tej złotej myśli, milkli. Atmosfera zrobiła się ciężka jak głaz, wszystko dzięki mnie. Nie mieli pojęcia, jak się zachować. Trisha szukała w głowie odpowiednich i mądrych słów, ale wahała się z wygłoszeniem czegokolwiek.
-Więc… O kogo chodzi?-Safaa odezwała się niespodziewanie.
-O moją mamę.-rzuciłam jak gdyby nigdy nic. Głosem bez wzruszenia emocjonalnego. Tak bardzo emocjonalnego, które teraz siedziało we mnie. Głęboko w środku. W zasadzie to nie wiem, jak głęboko można schować uczucia. Ale robiłam to znakomicie, gdy tylko przyszła potrzeba.
    Po jakimś czasie dom opustoszał. Opustoszał, ale w dalszym ciągu było w nim sporo osób, jak dla mnie. Nasi rodzice, oraz Larry, którzy planowali wyjście do kina.
    Pstryk. I już ich nie było. Ale starsi zostali, oczywiście.

*Zayn*
    Więc, tak. Pierwsze kąpanie. To dopiero wyzwanie. Wykąpać dwójkę dzieci. Położne starały się dawać nam jakieś wskazówki, ale nie wiele to pomogło. Potrzebne jest doświadczenie, którego nie posiadamy za grosz.
-Sądzę, że zrobimy to w łazience na górze. Bezsensu tłuc się jeszcze po tych schodach.
-Tak, skarbie, tyle że w łazience na dole jest cieplej. Tam będzie lepiej.-odezwała się moja mama. Może trochę to wkurzyło Alice, lecz tylko przytaknęła, nie gubiąc sztucznego uśmiechu.
    Gdy już wszystko było przygotowane, oczywiście po kilkunastu minutach szukania każdej osobnej rzeczy, nie mieliśmy pojęcia, jak się do tego zabrać.
-No, więc… Kto?-spytałem.
-To ty jesteś ojcem.-prychnęła moja dziewczyna.
-A ty matką!
-Tak, a my jesteśmy dziadkami…-zaśmiał się tata.
-Ciągniemy słomki czy wyliczanka?-spytała Lena.-Albo może jednak znajdzie się ochotnik…
-Niech sami zdecydują!-zwróciliśmy się do dzieci.
W odpowiedzi mogliśmy tylko usłyszeć coś na kształt ‘mgh’ od Jessici, bo James już trochę przysypiał.
-Pospieszmy się, woda już stygnie.
-Właśnie, woda…-mruknąłem.-Kochanie-słowo które wyrwało się z moich ust, zmroziło ją na moment.-mogłabyś przynieść gazetę, którą czytałaś w szpitalu?
-Ale…
-Proszę. To jedyne i dość nierozsądne rozwiązanie naszego problemu.-uśmiechnąłem się nieśmiało. Jej ulubionym uśmiechem. Wyglądałem reakcji w mimice twarzy, lecz ponura aura nie opuściła jej na krok. Cholera, to coś poważniejszego.
    Gdy już dostałem kawałki papieru w swoje ręce, zacząłem bawić się w orgiami, ku zdziwieniu wszystkich obecnych. Nie domyślali się, co zamierzam zrobić. Pewni spodziewali się po mnie większego ilorazu inteligencji… Cóż, to właśnie ja!
-Będziemy puszczać statki. I w nie dmuchać.-wyjaśniłem głupkowato, nie mogąc pozbyć się pustych i zabawnych myśli.
-I… kto ostatni ten kąpie?
-Nie. Nie zgadzam się.-wygłosiła Lena srogim tonem.-Nie chcę żeby kąpanie ich, było karą.
-Więc kto pierwszy, ten kąpie.
-Nie. Nie może tak być.-wtrącił jej ojciec.-Wtedy nie będziemy się starać i to będzie bezsensu.
-Dobra, spokój.-uniosłem otwartą dłoń politycznym gestem.-Kto trzeci ten kąpie. To moja gra i moje zasady.
    Statki mimo że papierowe, to solidnie złożone, były już gotowe do walki. O… każde miejsce oprócz trzeciego. Wszyscy bowiem mieli ochotę to zrobić, szczególnie ja, lecz strach wyrósł ponad wszystko. Nie chciałem myśleć co by było, gdyby przez moją nieuwagę, wyślizgnęły się do wanienki.
    Pięć karteczek już dryfowało po tafli wody. Zaczęliśmy w nie dmuchać i mogę przysiąc, że jeśli wtedy ktoś by nas na tym nakrył, wezwał by miłych panów z kaftanami. O ile wcześniej nie musiałby wrzucić tego na You Tube, by pośmiać się z moich żałosnych pomysłów w większym gronie.
    Moje płuca miały chyba mały powietrzny kryzys, lecz mimo tego nie poddawałem się tak szybko. Pragnąłem być pierwszy, co zapewniłoby mi spokój. Niestety, to nie było takie proste…
    To była chwila, ale miałem wrażenie, jakbym wracał z 30 letniej wojny. Wyłoniliśmy zdobywcę brązu, którym okazał się mój kochany teść. Sam nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej miał w ręku bobasa, lub coś na kształt.
    Wyprostował się, poprawiając rękawy koszuli. Wyglądał bardzo pewnie, co trochę nas uspokoiło. Jego córka najwyraźniej odebrała to jako odwrotną emocję. Nic bardziej mylnego.
-Okej, tato, koniec żartów, ja to zrobię.
-Sądzisz, że sobie nie poradzę?
-Proszę cię, to nie króliki doświadczalne, tylko moje dzieci!
-Właśnie dlatego nie powinnaś na nich testować swoich umiejętności. Które są zerowe, zgadłem?
-A ciekawe jakie są twoje…-mruknęła niezadowolona. Jak zbuntowana nastolatka.
-Pozwólcie, że przytoczę wam pewną historię, sprzed dwudziestu paru lat.-zatarł ręce i wpatrywał się przez chwilę w ziemie, jakby szukał tam początku swojej wypowiedzi.-Otóż pierwsze kąpanie Alexa. Wszystko było gotowe, tak jak teraz, brakowało tylko kogoś, kto się podejmie. Twoja matka odpadała. Kochała go, ale niepewnie podchodziła do każdej podstawowej czynności. Nie dorosła do tego. Też byłem szczylem, ale musiałem chronić swój honor. I między innymi dlatego, twój brat nie poszedł spać brudny. Chwyciłem go, zanurzyłem w ciepłej wodzie, posmarowałem mydłem, opłukałem i wyciągnąłem. Wszystko trwało dwie, góra trzy minuty.
-Okej, okej droga wolna.-odetchnęła głęboko, oddając mu w opiekę syna.
Na jego twarz wkradł się uśmiech zwycięscy i postąpił zupełnie tak samo, jak w swojej opowieści. Wszyscy przypatrywali się z szeroko otwartymi oczami, czy aby nie popełni jakiegoś błędu. Ale, kurwa, to przecież tylko kąpanie. Czekają mnie jeszcze takich miliony.
-Czekaj tato… A mnie? Kto mnie kąpał?
-Ja. Pierwszy i ostatni raz.-rzucił trochę ozięble.-Proszę córeczko, wykąpany i gotowy do spania.-wręczył jej Jamesa, całując obojga w czoło.
-Wiecie co… To nie może być takie trudne… Dajcie mi Jessicę.-wyrwało się mojemu ojcu, co trochę nas zadziwiło, lecz ja tylko się roześmiałem. Nie wiem, czy naprawdę chciał to zrobić, czy to tylko taka manifestacja i jeśli nie pokazałby jaj, to by umarł.

***

    Słowa do Little Things wypływały z moich ust, skierowane do córeczki wielkości… Małej wielkości. Tak dobrze znałem każdy wers, a tak dziwnie było śpiewać kwestie chłopców. Jej mama siedziała w łazience. Zbyt długo jak na mój gust, ale nie chcę być zasztyletowany, więc lepiej nie będę pytał ile jeszcze jej to zajmie. Mam przynajmniej nadzieję, że zanim padnie wykończona życiem, zdołamy porozmawiać. Bo coś czuję, że przez następne kilka, jeśli nie kilkanaście dni, czeka nas zero prywatności. Może nawet w naszej sypialni. Ziewnąłem, zastanawiając się nad kolejną piosenką. Zanim pomyślałem o Your Song Eltona Johna, pierwsza zwrotka rozbrzmiała w pokoju, tworząc przytulny nastrój. Ciekawe, czy noworodki czują takie rzeczy. Bezpieczeństwo… Myślę, że tak. Może i cały czas śpią, ale gdybym teraz nie opatulał jej mocno moimi ramionami, nie usnęłaby tak chętnie.
    Mrugała coraz częściej i wolniej. Już nawet wypluła smoczka, który był dla niej ciut za duży i przez to pewnie niewygodny. Pocałowałem ją w główkę, kończąc wieczorne koncertowanie. Ślicznie pachniała. To pewnie to mydło, które wybrał dla niej Styles.
On tak bardzo chciałby mieć swoje dziecko. Może jeszcze nie teraz, ale myśl, że to nigdy nie nastąpi, niesamowicie go przytłacza. Nawet nie wiem, jak powinienem go pocieszyć. Nie ma takich słów. Nie istnieje chyba też taki uścisk. Być może chodzi o uśmiech, lub spojrzenie. Sam nie wiem.
    Od chwili odłożenia maleństwa do łóżeczka, siedziałem na swoim, z twarzą skrytą w dłoniach. Podniosłem się, nie do końca zdecydowany. Chyba jednak powinienem sprawdzić co się z nią dzieje. Ruszyłem chwiejnym krokiem, w kierunku łazienki i zapukałem lekko. Nic nie odpowiedziała, lecz wyszła stamtąd, twierdząc, że właśnie miała taki zamiar. Może nie brzmiała zbyt wiarygodnie, ale nie to miałem teraz w głowie.
-Jesteś tak bardzo wykończony jak ja?-spytała, rozkładając się na materacu.
-Tak… Ale czekaj. Musimy pogadać.
-Koniecznie teraz?-koniecznie to ona chciała zmienić temat, licząc na to, że o nim zapomnę.
-Tak. Mamy 5 minut spokoju, więc warto byłoby to wykorzystać.
-O co chodzi?
-O to co mi dziś powiedziałaś.
-Mianowicie?
-Nie udawaj. Nie chcę się kłócić, dobrze wiesz.
Coś ścisnęło mnie w gardle i nie mam pojęcia co powiedzieć dalej. Ale muszę to zrobić. Teraz.
-Nie wiem co cię dziwi.
-Zapewne twoje słowa.
-Kiedy mnie poznałeś byłam szczupła. Chyba dobrze to pamiętasz. Teraz nie jestem. Mimo że nie mam już dzieci w brzuchu, on nie powrócił do normy. A zapewne spodziewałeś się, że w chwili porodu stanę się taka sama jak przed ciążą.
-Może to cię zdziwi, ale wiem jak to działa.-burknąłem, bojąc się spojrzeć jej w oczy.
-Więc czemu jeszcze mnie nie rzuciłeś?-powiedziała pół żartem, ale zabrzmiało dość dramatycznie.
-Kochanie, nie przeginaj. Jeśli ty nie chciałabyś na mnie spojrzeć, gdybym przytył parę kilo to mi przykro.
-Faceci są inni.
-Nie wyjeżdżaj mi tu z feministycznymi tekstami.-zaśmiałem się lekko, próbując rozładować napięcie.
-Dobra, ale ja sama nie chcę na siebie patrzeć, więc tym bardziej nie rozbiorę się przed kimś innym.-stwierdziła, nakrywając się kołdrą. Chyba uznała rozmowę za zakończoną. Ale ja tak szybko nie odpuszczam…
-Dziwne, bo jesteś najpiękniejsza na świecie.
-Mhm.
-Każdy ma prawo do własnego zdania. I wiesz? Patrzyłbym na ciebie do końca życia. Ale wtedy zabrakłoby mi czasu na rozmowę z tobą, przytulanie, czy całowanie…
-Ale z nas dwojga to ty jesteś bogiem seksu, a ja jestem tym czymś co się do ciebie przypałętało.-odparła, już bardziej pogodnie.
-Okej, masz rację. Jestem bogiem seksu.-westchnąłem.
Oboje wybuchliśmy śmiechem, natychmiast przyciszając go do „szepczącego śmiechu”, ze względu na maluchy 2 metry obok.
-A każdy bóg ma swoją boginię, prawda?
-Która potem rodzi mu dziecko. I oboje są spróchniałymi dziadami.
-Którzy kochają się jak nigdy wcześniej.-dodałem.
-Racja…
-Więc mogę cię po prostu przytulić?-odważyłem się odezwać i oczekiwałem na potwierdzenie.-Oh, no proszę, widziałem cię bez makijażu. Skoro mimo tego, dalej tu jestem, to zniosę już wszystko!-zażartowałem, co kosztowało mnie kuksańca w bok.
-Na szczęście ty dbasz o make-up dzień i noc, więc oszczędziłeś mi tego widoku.-rzekła z odsieczą.
Oplotłem ręce wokół jej talii, wtulając głowę we włosy. Pachniały niesamowicie. Zresztą jak zawsze. Moje dłonie znalazły się na jej brzuchu. Który był taki jak kiedyś. I ta cała afera była o to, że zniknął jej zarys kaloryfera? Prychnąłem z uśmiechem. Choć to wcale nie było zabawne, bo wiem kto wpędził ją w te kompleksy. Ta cała sława. Show biznes. I moi fani, którzy oczekiwali, że skoro już mam z nią być, to powinna być idealna. W każdym calu. Jeśli tylko przytyłaby kilogram, obrzucono by ją surowym mięsem. Dobra, może nie dosłownie surowym mięsem. Ale wszelkimi wulgaryzmami.
-Zayn, jest jeszcze coś?-szepenęła tak cicho, że wywołała u mnie złudzenie, jakby tylko to pomyślała.
-Hm?
-Nie zostawisz nas?
-Kocham cię najbardziej na świecie. A do tego dałaś mi dwójkę wspaniałych dzieci. Nie odważyłbym się o tym pomyśleć. Musiałbym umrzeć.
-Ale nie umrzesz, prawda?
-Nie, na pewno was nie zostawię.

***
    Zerwałem się na równe nogi, z nieznajomych dla mnie przyczyn. Rozejrzałem się w konsternacji, lecz nie byłem wstanie ujrzeć prawie nic, ze względu na egipskie ciemności. Było coś jeszcze, o czym mój mózg nie potrafił mnie poinformować. Jeszcze nie teraz.
-Więc?-usłyszałem niewyraźnie. Jej głos zagłuszał taki hałas, taki straszny dźwięk.

    Ah. Tak. Dzieci. Starałem się jakoś ogarnąć, klepiąc po nieogolonym policzku. Wymacałem w końcu włącznik lampki nocnej. Więc które się tak drze? O ile nie oboje. Właściwie to było bardzo prawdopodobne. Bo jeśli jedno się obudzi, jego niesamowity ryk zaprosi do siebie drugiego. Nie wiele myśląc przetransportowałem oboje do naszego dużego małżeńskiego łoża, mając nadzieję, że to zadziała kojąco. Nadzieja matką głupich, czy jakoś tak…
__________________________________________________________

Nie wymyślę nic mądrego czy sensownego bo padam, a jutro do sql.
Napiszę tylko, że to przedostatni rozdział. Jeszcze 80 i koniec tej części.
Co do drugiej części bloga dowiedzie się pod następnym postem, czy cuś.
Ah i nie wiem czy pojawi się ten 80 za tydzień czy za dwa, bo nie może być on napisany od czapy. 
W razie jakiś pytań nie krępujcie się. 
Kocham was.
Dobranoc xxx

2 komentarze:

  1. To powinno być zakazane! Wytłumacz co ty mi robisz, że ja się cały czas szczerze do monitora? Oczywiście wtedy kiedy prawie nie płaczę...
    Jest Jessica i James oni są tacy słodcy! Tylko jeszcze spać się nie nauczyli... Niech ich mnie oddadzą, ja już tą dwójkę nauczę co to znaczy święty spokój w czasie snu... Chociaż lepiej nie... Po dwóch minutach bym latała przerażona po całym domu...
    Będzie chamsko jak napiszę, że ja mam teraz ferie? No to tego nie napiszę...
    Wyczekując osiemdziesiątki ;)
    Pataxxon ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudny :))))) Brak mi słów

    OdpowiedzUsuń