wtorek, 7 stycznia 2014

78. Baby born.

*Alice*
    Mimo całego szumu, takiego jak krzyków z widowni i panikowania organizatorów, słyszałam tylko bicie mojego serca. Chyba mojego. Biło równomiernie. Może troszkę za szybko, ale bez przesady. Gdy usłyszałam nad sobą znajomy głos, głos mojej menedżerki, zdecydowałam się otworzyć oczy. Była naprawdę przerażona, co raczej się jej nie zdarza. Mówiła bardzo szybko, chciała przekazać mi milion informacji w ciągu sekundy.
-Powtórz.-rzekłam prawie bezgłośnie. Nie miałam siły, jednak zdecydowałam się zrobić to jeszcze raz, głośniej.
-Pogotowie już jedzie.-odetchnęła ciężko.
-Nie chcę pogotowia, chcę Zayna.
-Gdzie on je…
-Właśnie leci do Paryża. Załatwisz to, prawda?-spojrzałam na nią, jakbym miała zaraz umrzeć.
-Jasne.-odparła i rzuciła się biegiem, wykonywać niezliczone telefony.
    Gdy poszła, leżałam tam sama. Na wizji. Choć w sumie może puścili reklamy… Co nie zmienia faktu, że właśnie robię aferę na cały świat. Ponownie moje powieki oddzieliły mnie od rzeczywistości. Starałam się liczyć, co jaki czas są skurcze, tak jak powiedział mi lekarz, lecz nie mogłam się skupić. Może coś sobie zaśpiewam? Nie przed całym społeczeństwem, ale tak sama, dla siebie. Będzie weselej.
-Hi I just met you
And this is crazy
But here’s my number
So call me maybe-podśpiewywałam cichutko słowa do mojej pierwszej piosenki, uśmiechając się lekko i kiwając głową. Najważniejsze to zachować spokój.
-Alice! Możesz wstać? Pomogę ci! O mój Boże! Ty naprawdę rodzisz? Zaraz nadejdzie pomoc, nie ruszaj się! Możesz wstać?-Bob stanął nade mną, nie dając po prostu odpocząć. Do tego zaczął się pchać z tymi swoimi brudnymi łapskami… Ugh! Podnosił mnie, bujał, szarpał, a ja miałam ochotę się na niego wyrzygać. Chociażby z nerwów czy poirytowania.
-Spierdalaj!-zgasiłam go jednym słowem, które media będą mi wypominać przez następne lata świetlne. Ehh. Mam teraz ich wszystkich w dupie. Ludzie, ja rodzę!
    Gdy mogłam znów wylegiwać się bez problemów, ktoś za wszelką cenę chciał mi przeszkodzić. Nawet nie wysilałam się na spoglądanie na rozmówce. Szczerze-teraz, to mi wszystko jedno. Mogę urodzić tu. Żaden problem. Ale do cholery dajcie mi tego Zayna!!!
-Lena, zaśpiewałaś świetnie!-usłyszałam głos przyjaciółki, który rozpogodził mnie w duchu.
-Wiem.-zaśmiałam się, na tyle, na ile byłam w stanie.
-A te ciuchy, które masz na sobie… Skąd są?
-Sukienka jest mega wygodna i chyba nie taka droga, nie sprawdzałam marki. A te dodatki… Wyglądam jakbym zbierała cukierki na halloween.-odpowiedziałam.
-Ostatnio szukałam podobnego kapelusza. Mogę przymierzyć?
-Posłuchaj… jestem ci naprawdę wdzięczna, że starasz się odwrócić moją uwagę od tego wszystkiego, ale nie zapomnę, że rodzę. Uwierz, ciężko by było.
-To o czym chcesz gadać? Wiem! Poobstawiajmy za ile odejdą ci wody! Ja mówię, że… pół godziny! Kto da więcej proszę państwa?-zaczęła się drzeć, co spowodowało u mnie napad śmiechu. Tyle, że bardzo bolesny napad śmiechu…

*Zayn*
    Od dłuższego czasu obserwowałem stewardessę. Nie była specjalnie ładna, czy coś, ale zachowywała się dziwnie. Może nawet ‘dziwnie’ to za mało powiedziane. Ruszyliśmy kilkanaście minut temu, a ona biegała w kółko i wyglądała jakby zaraz miała się popłakać. Doprawdy, nie wiedziała, co ma zrobić. Miałem ochotę spytać, czy wszystko okej, ale wolałem się nie wychylać.
    Starałem po prostu skupić się na czymś innym. Na przykład na Niallerze, który wraz z Liamem sprawdzali jak wiele ciasteczek z marmoladą zmieszczą do ust. Lecz tylko, gdy obróciłem się w ich stronę, opluli mnie okruszkami. Więc zmieniłem zdanie. A Larry… Nadopiekuńczy Hazz cały czas pytał Lou czy czegoś mu nie potrzeba, a potem się migdalili. I tak w kółko. Można rzygnąć.
    Myśląc o tym chwile, uświadomiłem sobie, jaki jest prawdziwy powód mojego niepokoju. Alice. Wiedziałem, że nie mogę jej tego zabronić. Nie chciałem. Jednak cały czas się martwię. Chociażby o to, jak poradziła sobie z piosenką. Zawsze bardzo przeżywa, jeśli pomyli choćby jedno słówko.
-Proszę państwa.-moje rozmyślenia przerwał głos zdenerwowanej pani. Jejku, nawet głos jej drży.-Będziemy zmuszeni wylądować wcześniej. Teraz. Proszę o zapięcie pasów, za moment rozwieję wszystkie wątpliwości. Nie należy wpadać w panikę.
    Nie brzmiała zbyt przekonująco, gdyż sama brzmiała, jakbyśmy mieli zaraz umrzeć. Mimo tego spokojnie wykonałem jej polecenie, czekając wreszcie na wyjaśnienie. Inni raczej nie znieśli tego zbyt dobrze, bo pewna kobieta przede mną już płakała i lamentowała. Taak… Nie chcę zabrzmieć jak zarozumiały celebryta, ale wolę więcej nie latać zwykłymi liniami, lecz prywatnymi maszynami.
-Tak jak wspominałam, nie ma powodu do obaw. Jeśli wystąpi jakieś opóźnienie, będzie ono znikome.
-Ale co się dzieje?-spytał jakiś wkurwiony facet.
-Należy pogratulować temu panu.-wskazała na mnie.
Aha. Fajnie. Dzięki. Co do cholery…?
-Mnie?-spytałem, zaśmiewając się lekko.
-Tak, za moment zostanie pan ojcem bliźniaków i musi jak najszybciej wrócić do Londynu…
-Co?!-gdyby pasy mnie nie ograniczały, wstałbym. Jednak w zaistniałej sytuacji, tylko wychyliłem się do przodu.
Dłonie i kolana zaczęły mi drżeć, podczas gdy wszyscy dookoła bili brawo, mówili jakieś miłe rzeczy. Ja? Zostanę ojcem?
    Gdy już wylądowałem na dachu szpitala, poczułem się, jakbym grał w filmie. Zaśmiałem się sam z siebie. Świetnie, Malik. Pospiesz się lepiej. Droga na dół ciągnęła mi się niemiłosiernie długo. Nie mogłem znaleźć odpowiedniego korytarza ani piętra, nie wiedziałem jak dotrzeć do recepcji. Zastanawiałem się, jak ona może się teraz czuć. Pewnie płacze. Z bezradności i strachu. Ta myśl dodała mi +mln do przyspieszenia. Gdy nareszcie wpadłem odpowiednimi drzwiami, ujrzałem od razu drobną blondynkę przy biurku. Grzebała coś w komputerze, a gdy podniosła na mnie wzrok, jej kitka wesoło zakołysała się. Zresztą, jak kitka może być wesoła? Nie ważne. Po prostu na mnie spojrzała i się uśmiechnęła. Dodało mi to troszkę otuchy.
-Czeka w zabiegowym, pierwsze drzwi po lewej.-rzuciła, zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek.
W odpowiedzi dostała tylko wdzięczne spojrzenie. Byłem zbyt zasapany na rozmowy, bo przebiegłem chyba cały wielki budynek. Ruszyłem pędem w wyznaczoną stronę, gdy nagle zatrzymała mnie, krzykiem.
-To jest prawa. Ta druga to lewa.-zaśmiała się, a ja razem z nią.
Szybko poprawiłem swój błąd i sekundę po tym, wpadłem do sali, w której miałem ją zobaczyć. I zobaczyłem. Wyobrażałem sobie, że… nie wiem. Wejdę tam i będę zmuszony przeciskać się przez wszystkich lekarzy i pielęgniarki. Ona będzie krzyczała, marudziła i w ogóle. Alice po prostu siedziała na kozetce. Nie dotykała zwieszonymi nogami podłogi i warto dodać, że była na boso. Przyglądała mi się tępym wzrokiem i z obojętną miną. Podbiegłem bliżej i przytuliłem ją czule. Czułem jak szybko bije jej serce ze zdenerwowania. Co powinienem powiedzieć? Rzucić jakiś żart dla rozluźnienia atmosfery czy raczej zapewniać, że wszystko będzie dobrze?
-Już jesteś… Nawet nie wiesz co zrobiłam…-na jej twarz wkradł się mały uśmiech.

*Alice*
    To było dziwne. Nie tak to sobie wyobrażałam. Myślałam, że od razu zacznę rodzić, czy coś. Natomiast już od ponad godziny mierzymy co ile mam te pieprzone skurcze. Ugh, mam więcej czasu na stresowanie się. Nie dobrze…
-Boje się.-stwierdziłam po chwili ciszy.
-Ja też.
-A jeśli… Coś będzie z nimi nie tak? To wszystko przeze mnie. Musiałam zrobić coś źle…
-Nawet tak nie myśl. Nie ma tu winnych, jasne? Na pewno będzie w porządku i z nimi i z tobą.
-Nie mamy dla nich nic. Dlaczego nie pomyśleliśmy o tym wcześniej? Trzeba kupić łóżeczka, ubranka, pieluchy… Ugh, nie wiem, wszystko!
-Nie martw się. Jutro zrobisz mi listę i pojadę po jakieś zakupy.
-Czyś ty oszalał? Masz wybierać łóżka dla naszych dzieci? Chyba wolę umrzeć!
-Ej! Bez przesady… Ok., jeśli mi się coś spodoba, wyśle ci MMS’a.
-Tak w ogóle to dlaczego nie zabrałeś mi do szkoły rodzenia?-spytałam z wyrzutem.
Dopiero gdy wszystko przeanalizowałam, zorientowałam się co zrobiłam. O Boże… Czy już mogę zapaść się pod ziemię? Tak, oto ja i mój niewyparzony język. Kurwa! Powiem mu, że się przejęzyczyłam, czy coś. Nie wiem. Albo ucieknę. Ale to raczej się nie uda, bo miedzy skurczami mam za mało czasu, żeby porządnie się schować… Nie chciałam zepsuć całej atmosfery i robić wyrzutów. Owszem, zapisaliśmy się do takowej szkoły. Lecz dzień po tym się pokłóciliśmy i nie byliśmy na ani jednych zajęciach.
-Jeśli chcesz, teraz możemy pobawić się w szkołę rodzenia. Będzie bardziej realistycznie.
-Głupi jesteś… Ale obiecaj, że nie zemdlejesz, tak jak na filmach.
-Ja? Zemdleć?-zakpił, wstając i rozprostowując kości.
-Obiecaj.
-Obiecuję, że nie zemdleję i przez cały czas będę trzymał cię za rączkę.
    Wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Lekarz wszedł nie czekając na proszę. Szybko przywitał się z Zaynem i kazał mi wstać.
-Zabieram panią na KTG. Jak skurcze?
-Już co 5-3 minuty…-westchnęłam idąc na trzęsących się nogach.
Ratunku! Ja nie chcę rodzić! Weźcie mnie stąd!

*Zayn*
    Znów wylądowałem na korytarzu czekając. Jak ja kocham czekać… Tak, można powiedzieć, że jestem bardzo cierpliwym człowiekiem. Na tyle cierpliwym, że zaraz oderwę ‘wesołą kitkę’ tej tlenionej blondynie, bo irytuje mnie już samą swoją obecnością. I co się tak lampisz w ten monitor?! Pewnie siedzi na Facebooku czy Twitterze… Och, ja już takie znam…!
    Po prostu nie mogłem uwierzyć. To takie… dziwne. Brzuch mojej dziewczyny zaraz zamieni się w dwójkę bobasów! Wrócimy z nimi do domu, będziemy je karmić, kąpać, usypiać, a potem wstawać w nocy, na dźwięk ich płaczu. Moje dzieci.
    Łzy zaczęły nachodzić mi do oczu, lecz szybko je wytarłem. Zaraz ta dziunia o tym zatweetuje i dopiero będzie! Ugh. Przecież ja będę za nie odpowiedzialny. W czasie ich życia płodowego za bardzo się nie popisałem, ale teraz dam radę. Na pewno. Będę wspaniałym ojcem. Na pewno cierpliwym… Uśmiechnąłem się sam do siebie, natychmiast zasłaniając twarz ręką. Nie-e, blondyno. Nie zatweetujesz, że śmieję się sam do siebie.
    Będę śpiewał im kołysanki i czytał bajki. Kupował śliczne zabawki, oczywiście jeśli zasłużą. Będziemy razem się bawić i odrabiać lekcję. Mogę zabierać je na koncerty, zarówno swoje, jak i wszystkich gwiazd. Jest jedno, co mogę zapewnić im bez żadnego trudu-sława i pieniądze. Tak, każdy o tym marzy. Do czasu…
    Będę zabierał co tydzień w niedzielę na lody, a czasem na jakiś mecz. O ile to będą chłopcy. A może dziewczynki? O mój Boże… To będą chłopcy czy dziewczynki?! Muszę szybko iść do Alice, ustalimy to!
    Poderwałem się z miejsca, podchodząc do Twitterowiczki. Spojrzała na mnie, przybierając przyjazny wyraz twarzy. Nie wiem czy udawała, teraz mało mnie to interesowało.
-Ile potrwa jeszcze to badanie?-spytałem, najgrzeczniej jak umiałem.
-To kwestia kilku minut. Proszę zachować spokój, to tylko poród…
-Aha. Fajnie. Tweetnij o tym.-bąknołem pod nosem, mając nadzieję, że nie zrozumie.
-Słucham?-spoważniała.
-Chyba o tym tweetnę.-palnąłem bezsensu, wyciągając telefon.
    Zauważyłem 3 nieodebrane połączenia i 5 smsów.

„Co się dzieję? Czemu nie odbieracie? Czemu kurwa nikt mi nic nie mówi?!”~~Alex
„Zayn, zadzwoń od razu jak to odczytasz!”~~Tata Alice
„AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!”~~Mama
„Jesteśmy a właściwie byliśmy,  w Paryżu i wystąpiliśmy bez ciebie. Najwidoczniej już nie jesteś nam potrzebny… Właśnie wracamy i robimy zakłady co do płci. A ty jak. Niall obsikuje prześcieradła i nie potrafi puszczać cichaczów.”~~Niall
„Sorry, Liam zabrał mój telefon… A ty jak obstawiasz? Daj znać, kiedy będziesz mógł.”~~Niall

Najbardziej zaciekawiły mnie dwa ostatnie wiadomości, więc to Niall był moim wybrańcem i to właśnie on dostanie newsy z pierwszej ręki, na które czeka teraz cały świat.
-O mój Boże Zayn! Co się dzieje?!-zapiszczał, już po pierwszym sygnale.
-Nic.
-No faktycznie. U nas też nudy…-powiedział sarkastycznie.
-Jest na jakimś badaniu. O, właśnie nadchodzi…-wspomniałem o niej, gdy wieźli ją na wózku inwalidzkim długim korytarzem.
-Serio? Daj mi ją do telefonu! Muszę ją usłyszeć! Kurwa, jeszcze nigdy nie gadałem z rodzącą kobietą!
-Nie teraz ciołku, ona jeszcze nie rodzi. Zadzwonię później.
-Czekaj chwilę!-krzyknął mi do ucha.-Chociaż powiedz jak się czuje.
-Jak się czujesz?-zwróciłem się do niej.
-Bywało lepiej…-westchnęła, podnosząc się, by zająć miejsce obok mnie.
Nagle zastygła w bezruchu. Zacisnęła powieki, a ja wstałem szybko, nie wiedząc co się dzieje.
-Wiesz… Chyba właśnie wody mi odeszły…-jęknęła.
-Wody jej odeszły. To znaczy rodzi. Pa.-wyrecytowałem, kończąc połączenie.
-Z kim ty… Nieważne.
-Spokojnie… Stój tu! Albo nie, usiądź! Ale uważaj na siebie! Ja idę po lekarza. Tylko gdzie on jest…
Pomknąłem w prawo, rozglądając się na wszystkie strony. Co ja mam robić?! Matko! Co robić?! Znów usłyszałem nawoływanie przez ‘wesołą kitkę’.
-Lekarz jest po lewej, proszę pana.-zaśmiała się cicho i pokręciła głową.
Kurwa wyszłaby z tego pieprzonego Twittera i pomogła jej trochę. Zasrana blachara…

*Alice*
    Jedyne co czułam to ból. Ciekawe jak musi wyglądać taki poród bliźniaków… Pewnie jest dwa razy gorszy. Choć przy drugim dziecku jest chyba łatwiej… Byłam żałosna nie mogąc się ruszyć. Jeszcze jakbym się obsikała. Suuuper. Macierzyństwo jest wspaniałe. Ale co kurwa w tym wszystkim przecierpią faceci? Powinni ich ciągnąć za jaja, gdy ich kobieta rodzi. Może przynajmniej w części mogliby to zrozumieć. Hm… Może jeśli kogoś poproszę, to go tam kopnie? Sama chyba nie dam rady poddać się tej pokusie. Myślałam nad tym całą drogę na porodówkę.
-Kochanie, jest jeszcze jedno.-szepnął mi zestresowany Zay.
-Co?-spytałam zirytowana.
-Wiesz… Musimy zrobić zakłady. Dziewczynki czy chłopcy?
-Jednak ci skopie te jaja…-stwierdziłam wkurzona.
-Słucham?
-Umieram z bólu, wiesz?-próbowałam wywołać w nim poczucie winy.-Obstawiam dziewczynki.-dodałam ze skromnym uśmieszkiem.
-To zdecydowanie będą chłopcy.-rzekł i przepuścił lekarza bliżej mnie.
    Obiecałam sobie, że nie będę krzyczeć. Przecież to nie może boleć tak bardzo, prawda? W każdym razie bolało na tyle, że próbowałam odgryźć rękę mojemu lekarzowi. Już nawet nie wiedziałam co ile mam skurcze, były praktycznie ciągle. Mogę sobie iść? Odłóżmy to na jutro, czy coś… A ja idę zjeść lody o smaku nutelli. Nie miałam ochoty na żarty, więc nawet się nie odzywałam. Aktualnie moje największe marzenie to opuścić moje ciało i patrzeć na wszystko z boku jak robi to ten chujek. Ja mu jednak skopie te jądra! Leżałam, a załoga przygotowywała narzędzia. Zayn siedział tuż przy mnie, ściskając moją dłoń. Drugą ręką podparłam się, aby się trochę podnieść. Ale jak go uderzyć? Nie dam rady ruszyć nogą, a ręką tak chamsko. Hmm…
-Bardzo cię boli? Nie martw się zaraz będzie po wszystkim… Jesteś silna.
-Zaraz to ciebie zaboli.-syknęłam sama do siebie.
    Myślałam, że gorzej już być nie może, ale poczułam, że rozrywa mi ciało. Jakbym umierała. Szybko przybrałam poprzednią pozę, mając nadzieję, że przejdzie, ale nie. Nie przeszło. Gdy wiłam się na łóżku, doktor się przyspieszył i za kilkanaście sekund był przy mnie.
-Niech się pani nie martwi. Jest jeszcze wcześnie, ale rozwarcie jest duże, wszystko powinno być dobrze, więc zrezygnujemy z operacji. Sądząc po szybkości zmniejszania się odległości między skurczami, to będzie szybki poród.
    Mówisz? Mam się nie martwić? Ja pierdole, zaraz dam ci w ten zjebany ryj i przekonasz się jak to jest się nie martwić, gdy masz ochotę zakończyć swój żywot. Czy nie ma tu żadnej lekarki, która już kiedyś rodziła? Halo, chcę kogoś, kto mnie zrozumie!
    Mimo że z całej siły zaciskałam zęby, wreszcie nie wytrzymałam, drąc się na cały szpital. Zaraz po tym wciągnęłam powietrze i załkałam cicho.
-Proszę tak zrobić jeszcze raz tylko, że mocniej. Tak się właśnie prze…-poinformował mnie.
Zrobiłam jak mi kazał i nawet już nie przejmowałam się czy wydaje jakieś dźwięki. Mam wszystko i wszystkich w dupie… Mój organizm chyba myślał, że jeśli będę przeć, zaraz po tym mi ulży. Niestety. Parłam już któryś raz, a ból był taki sam, albo i nawet większy.
-Chcę coś na ból.-wyszeptałam w strzępkach oddechów.
-Dostała już pani dużą dawkę. Proszę skupić się na parciu, już prawię widzę główkę pierwszego dziecka…
Słucham?! Ja coś dostałam?! Ciekawe kiedy… Nie przypominam sobie. Ale nawet jeśli, to nie pomogło to nic a nic.
-Pierdole to parcie.-jęknęłam, lecz mimo słów parłam w dalszym ciągu.
Byłam już naprawdę na skraju wytrzymałości. Jeśli wcześniej miałam ochotę się poddać, to teraz nawet rozcięłabym sobie sama brzuch i wyciągnęła te dzieci. Jednak za późno prosić o cesarskie cięcie…
-Jeszcze raz, mocniej...-rzucił, śmiesznie się wczuwając.-Widzę główkę!
    Wtedy przyszła mi do głowy jedna optymistyczna rzecz. Zaraz… Przecież ja właśnie rodzę. Dzieci Zayna Malika. Będziemy je razem kąpać, karmić, opatulać do snu i wychowywać. Zawsze o ty marzyłam. A z marzeń się nie rezygnuje. Nawet jeśli droga jest wyboista. A ta droga to takie ‘kocie łby’-straszna. Nie mogę tak po prostu się poddać, tylko pokazać wszystkim tym wypierdkom, zwanym facetami, jak silna potrafię być.

*Zayn*
    Miałem sprzeczne uczucia. Cieszyłem się, ale miałem łzy w oczach patrząc na jej cierpienie. Chciałem wyjść, nie mogąc na to patrzeć, ale pragnąłem z nią zostać. Sam nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Co zrobić… Musiałem jakoś zareagować, ale nie miałem chyba większego wpływu na naturę…
-Nie możecie jej po prostu dać kolejnego zastrzyku?!-wrzasnąłem, przestając nad sobą panować. Lecz odliczyłem od 10 w dół. Nie byłem wściekły na nich, tylko na siebie, więc nie powinienem się tak zachowywać.
-Teraz zastrzyk nic tu nie da. Zaraz na świat przyjdzie dziecko, proszę się na to lepiej przygotować.-bąkał coś niby do mnie, skupiając się na pracy.
    Zamknąłem oczy, chcąc czy nie chcąc, wsłuchując się w kolejne krzyki. To niesamowite jak kobiety cierpią dla swoich mężczyzn. Tak naprawdę nie wiem, czy oni są w stanie jakkolwiek się im odwdzięczyć do końca życia. Dają potomka. Dziecko, które przejmie jego nazwisko.
    „Zaraz na świat przyjdzie dziecko”… Byłem w szoku. Moje dzieci były płodami, w brzuchu. A teraz będą ludźmi. Niewiarygodne… To chyba po prostu trochę biologii, z której regularnie uciekałem. Zaczynałem miewać już nerwowe tiki, podrygi kończynami i wszystko co się da. Przez chwilę przeniosłem się do innego świata. Jakiegoś… Po prostu innego.
    Z mojego transu wybudził mnie płacz. Nie, to nie był płacz Alice. Ani mój. Personelu też nie. To było moje dziecko. Źrenice momentalnie rozszerzyły mi się do granic możliwości, wypatrując je. Śmignęło razem z pielęgniarką zaraz po słowach lekarza „Macie syna. Ale kogoś jeszcze brakuje…”. Usłyszałem wodę w kranie i mocniej ścisnąłem spoconą dłoń mojej dziewczyny.
-Proszę się nie poddawać, jeszcze chwilka. Jeśli od razu zacznie pani przeć będzie łatwiej.-informował.
Ona spojrzała na mnie. Miała taki wzrok, jakby była smutna. Ale to tylko wyczerpanie. Wiem, jak szczęśliwa była. I te oczy, które mówiły mi „proszę, kochanie” zapamiętam do końca życia. Zaraz po tym wzięła głęboki wdech i po całym budynku znów rozległ się niesamowity krzyk. Moje uszy już trochę przywykły.
    Kątem oka spostrzegłem pielęgniarkę, niosącą coś na rękach. Tak jakby… noworodek owinięty w niebieski kocyk. Szła do mnie, a ja jednocześnie przywoływałem ją mentalnie, jak i mówiłem „nie podchodź tu”. Jednak nie zmierzała do nikogo innego. Tylko właśnie do mnie. Gestem kazała mi rozłożyć ręce. Ale nie mogłem teraz puścić Leny, ona nadal cierpi. Kolejne dzieciątko pcha się na ten świat. W końcu przesiadłem się, abym mógł robić dwie rzeczy na raz.
    Najpierw poczułem na palcach ciepło i miękkość tkaniny. To był moment przerażenia. Przecież nigdy nie trzymałem dziecka które ma zaledwie dwie minuty. A jeśli go upuszczę? Wolałem nawet o tym nie myśleć. Wtedy poczułem lekko ciężar. Poczułem go. Wydawało mi się, że ważył tyle co mój telefon. Prawie nic. Troszkę mnie to zmartwiło. Ale potem spojrzałem w jego przymknięte, brązowe oczy. Jego płacz cichł. Uspokajał się, będąc u taty. U TATY! To moje dziecko. Nasze dziecko. Połączenie nas obojga. Przypieczętowanie wiecznej miłości. Jest piękny. Jeszcze nigdy nie widziałem nic piękniejszego. Powieki mu się skleiły, chyba usypiał. Ostrożnie musnąłem go kciukiem po kilku włoskach wyrastających na jego malutkiej głowie. Uczucie w brzuchu, jakie towarzyszyło mi od wyjścia z samolotu, stale wzrastało, lecz teraz było maksymalnie silne. Pojedyncza łza skapnęła na bawełniany materiał. Ile miłości można dać tak maciupkiemu stworzeniu?


___________________________________________

Miałam dokończyć rozdział z niedzieli na poniedziałek, ale nie spałam w domu więc miałam zamiar to zrobić w poniedziałek. Lecz we wtorek mam sprawdzian soooł kurwa się cały dzień grzecznie uczyłam. W nocy w zasadzie też, eh. No i jak się skończyłam uczyć to dopiero się za niego zabrałam. Zastanawiałam się czy nie zrobić tego jutro ale byłam silna, haha i udało się.
PS Jak tam wytrwałość w postanowieniach noworocznych? U mnie na razie kiepsko, ale to nie moja wina, ale złośliwość rzeczy martwych ;p

5 komentarzy:

  1. Kocham twojego bloga. Najleprzy blog ze wszystkich ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. "Obstawiam dziewczynki.-dodałam ze skromnym uśmieszkiem.
    -To zdecydowanie będą chłopcy" hahahahahahahaha :D dziewczyno ty masz mózg :)
    Świetny!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Obstawiam dwójkę chłopców hahahah Świetny blog nie mogę sie doczekać kolejnego rozdziału :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A gdzie 2? No ej!
    P.S. Obstawiam chłopca i dziewczynkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekam z niecierpliwością na następny.
    Zapraszam do mnie http://ii-trust-you.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń