poniedziałek, 27 stycznia 2014

79. Babieees madness! cz.II.

*Alice*
    Kiedyś myślałam, że jestem wykończona po koncercie, czy całonocnym nagrywaniu. Albo po sprzątaniu po imprezie na kacu. Wtedy przyszło mi rodzić. I poznałam nową definicję tego słowa. Lecz poród to pikuś w porównaniu do opiekowania się bliźniakami. I użerania z teściami i ojcem.
    Oczywiście nasz nowy dom nie był jeszcze skończony. Wszyscy musieliśmy się zmieścić w jednym. To znaczy w zasadzie Niall zaoferował, że będzie pomieszkiwał u Chris. Liam powoli przeprowadza się do swojego nowego, przytulnego mieszkanka, ale widzę, jak opornie mu to idzie. Jeszcze nigdy nie mieszkał sam. Najpierw z rodzicami, a potem od razu z chłopcami. Nie dziwię się , że ciężko mu tak po prostu wejść do pustych czterech ścian. To chyba jeszcze za wcześnie, aby zamieszkał z Dianą.
    Dzień powrotu był zdecydowanie najgorszy… Przed szpitalem czekały miliony dziennikarzy, prawie jak przy Royal Baby! Wszyscy próbowali się na nas rzucać, mimo ograniczających bramek i ochroniarzy. Krzyczeli, śpiewali, a niektórzy nawet pluli, w niewiadomym dla nas celu. Może chcieli je ochrzcić, na swój sposób…
-Dzieci mi zaraz zdziczeją, rusz ten tłusty tyłek!
-Nie mogę iść szybciej, potknę się.-zwrócił się do mnie Zayn, który dumnie niósł owiniętego w kocyki Jamesa.
    Niektórzy chyba zaczynali się mnie bać, bo na nich warczałam. Normalnie na nich warczałam. Malik śmiał się, że jestem jak lwica broniąca swoich kociąt, ale to nie było zabawne. Nie wtedy, gdy nie mogłam dostać się do samochodu i bezpiecznie przewieść ich do domu. Do domu w którym pożrą ich nasi ‘bliscy’.
-Czuję się jak Michael Jackson. Kiedy urodził się Blanket pokazał go całemu światu, wszystkim fanom, będąc niesamowicie dumnym.-mruknął, gdy już wtopiliśmy się w skórzane fotele jakiejś limuzyny. Lans musi być nawet pod szpitalem, eh…
-Po pierwsze, nie pokazywałeś im dzieci. Sami przyszli i je zobaczyli wbrew naszej woli. Ah i Michael był wtedy oskarżony o to, że chciał wyrzucić dziecko przez okno, a nie go pokazać.-prychnęłam, przeciągając się.
    Czuję, że to będzie naprawdę ciężkie kilkanaście lat. Już nic nie będzie takie jak kiedyś. Nieprzespane noce, czy przebieranie śmierdzących pieluch są niczym przy wychowaniu. Nie mam o tym zielonego pojęcia. Mój ojciec również. Nawet moja mama. Chyba musiałabym doradzić się jednej z moich licznych nianiek, które były kiedyś wszystkim. Ja się do nich przywiązywałam, pokochiwałam i traktowałam jak rodzinę. Ale w chwili zerwania kontraktu, zrywały też ze mną wszelkie kontakty. Odchodziły, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby nie były moimi przyszywanymi mamami.
    Nigdy nie było lekko. Ale to jest właśnie życie.
    Westchnęłam. Stanęliśmy przed domem, dzwoniąc dzwonkiem. Co tam zastaniemy? Na podjeździe stały jakieś samochody, nawet nie wiem, który był czyj. Okej, spokojnie. Jeśli ja zachowam spokój, dzieci też. A przynajmniej mam taką złudną nadzieję…
-Już są! Już są! Mike, bierz ten tort!-wyrwało się zza drewnianej powłoki.
-Ja… Ja nie wiem. On stał na blacie. Przecież pamiętam, stał tu…
-Schowałam go do lodówki. Szybciej!-rozbrzmiał kolejny damski głos.
Kopnęłam w drzwi ze zniecierpliwieniem. Gdybyśmy oboje nie mieli na rękach dzieci, już dawno byśmy tam weszli. No pospieszcie się do cholery!
-Kochanie, nie bulwersuj się.-zaśmiał się chłopięco, co było budujące w tym momencie.
    Nareszcie się doczekałam i mogliśmy wejść do środka. Ale od razu chciałam stamtąd wyjść. Taak… Pełno jakiś balonów, ozdóbek, jedzenia i oczywiście ludzi. Cały dom w ludziach. Do naszego ogromnego stołu w jadalni dołączono jeszcze mniejszy, aby pomieścić wszystkich. Naprawdę przegięli. Nie prosiłam o żadne przyjęcia powitalne! Co najwyżej poszłabym spać…
-O mój Boże, jakie maleństwa!-pisnęła Trisha, przyglądając się nam z bezpiecznej odległości. Chyba wyczuwała moją niechęć, wynikającą ze zmęczenia. Dobra, może powinnam wyluzować. Fajnie, że możemy się wszyscy spotkać. Napiję się jakiejś kawy i będzie okej.
-Upiekłam tort waniliowo-malinowy.-zaćwierkała moja przyjaciółka.-Mogę potrzymać?
Oddaliśmy dzieci, a wszyscy przekazywali je sobie z rąk do rąk. Larry, Niall, Liam, Chris, Diana, rodzice i siostry Zayna, mój tata i Alex… Co się tu dzieję?!
    Po jakiejś godzinie rodzinnych rozmów, Zay szepnął mi coś do ucha i pociągnął w stronę schodów.
-Dzieci są chyba głodne i senne. Zaraz wracamy.-rzucił w stronę gości, zabierając nas na górę.
    Gdyby kurczowo nie ściskał mojej dłoni, raczej nie weszłabym tam tak szybko. Prawdopodobnie w ogóle bym nie weszła i zaczekała, aż zamontują windę.
    Z każdym krokiem byłam coraz bardziej ciekawa, jakie kupił im łóżeczka. Mam nadzieje, że jednak nie od je wybierał, bo jeśli nikt mu nie doradził, to może być katastrofa. Otworzył przed nami drzwi naszej sypialni i… było dobrze. Było naprawdę dobrze. Drewniane i solidne z niebieskimi czy różowymi elementami na pościeli. Uśmiechnęłam się do niego lekko, opadając na wyprofilowany materac.
-Sam je składałeś?
-Wiesz… Nie, nie powiem ci, będziesz się śmiać.
-Nie będę! No weeeź!-jęknęłam przeciągle.
-Bo… Planowałem je złożyć od razu po kupnie, ale stwierdziłem, że to zbyt czasochłonne i zostawiłem rozgrzebaną robotę, wracając do szpitala. Dni mijały, a ja wciąż nie miałem wolnej chwili. Wszyscy zjechali się tu wczoraj wieczorem. Kiedy poszłaś spać, wróciłem do domu, a nasi ojcowie i Alex zdecydowali się pomóc. Zresztą tak jak Louis i Hazz. O trzeciej w nocy dalej nic nie było ruszone. Czuliśmy się jak ostatni debile, nie mogąc dać sobie rady z kilkoma deskami. I wtedy przyszła moja mama, przyniosła nam kawę. Gdy na to zerknęła, uświadomiła nam, że kilka elementów wynieśliśmy na dół, robiąc sobie coś do jedzenia… Siedzieliśmy z tym kilka ładnych godzin, a nad ranem wróciłem, żebyś się nie zorientowała.
-Oj, nic dziś nie spałeś, biedaku.-zaśmiałam się, kończąc karmić zniecierpliwionego Jamesa.-Uśpij go. Zaśpiewaj jakąś kołysankę, czy coś.
-Dlaczego nie mogłaś nakarmić dwoję na raz?-spytał, ostrożnie chwytając syna w silne ramiona.
-Odpieprz się.-warknęłam.-Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób!
-Ja mówię tylko… Myślisz, że po co ci dwie piersi, hm?
Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Co za debil! Nawet nie byłam wstanie zdobyć się na porządną ripostę.
-Faceci mają jednego penisa, żeby trzymać się jednej kobiety. Jak już pewnie zauważyłeś, też olewają te znaki od matki natury.
Również się zaśmiał, mimo że to dodatkowo miało wydźwięk ‘uważaj sobie!’. Popatrzyliśmy na siebie. My chyba nigdy nie dorośniemy do bycia poważnym. Powaga jest dla sztywniaków, którzy są jedną nogą w grobie od chwili narodzin.
    Trochę odetchnęłam z ulgą, gdy oboje smacznie spali w nowych łóżeczkach. Powinniśmy już iść na dół, bo usypianie dzieci zajmuję nam zdecydowanie za dużo czasu. Złapałam go za rękę, ciągnąc lekko w stronę wejścia. Jednak spotkałam się z oporem.
-Nie. Czekaj.-szepnął.
Przycisnął mnie do drzwi, jednocześnie zatrzaskując je, z charakterystycznym szczęknięciem.
-Ej, bądź ciszej.-skarciłam go w obawie, że znów czeka nas kołysanie.
-To ty się wreszcie zamknij.-nieoczekiwanie złożył pocałunek na moich ustach.
Również musnęłam go delikatnie, po czym poczułam jak wsuwa swój język. Uśmiechnęłam się mimowolnie, ginąc w jego objęciach. W nim. Wsunęła ręce pod szary podkoszulek, czując ciepło jego wyrzeźbionego ciała. Lecz gdy tylko on chciał zrobić to samo, powstrzymałam go.
-Wydaje mi się, że musisz jeszcze trochę poczekać.-mruknęłam, wtulając się w zagłębienie jego szyi.
-Dobrze.-pocałował mnie w ucho, co zawsze budziło motyle w mojej wątrobie. Czy innym narządzie.-Ale dlaczego nie mogę cię dotknąć?-zapytał z wyczuwalną pretensją w głosie.
-Nie wiem…-odparłam, sama zastanawiając się nad odpowiedzią.
-Więc mogę?
-Nie.
-Dlaczego?-ponowił pytanie.
-Może dlatego, że teraz wyglądam okropnie i nie chcę, żebyś to widział.-rzekłam z bólem i łzami majaczącymi w oczach.
Po prostu wyrwałam się z jego objęć i ruszyłam w stronę schodów, zostawiając go bez możliwości szczerej rozmowy, na którą zwyczajnie nie mam ochoty.
    Dotarłam do jadalni, gdzie dalej panowała radosna atmosfera. Spojrzałam na każdego po kolei, siadając powolnie. Doprawdy, nie wiem, jaki był powód mojego doła. Kompletnie nie miałam ochoty na jakieś integracje społeczne. Miałam ochotę na płakanie przy pudełku lodów czekoladowych, co z reguły nie było w moim stylu.
-Kogoś mi tu brakuje…-stwierdziłam ochryple i smutno.
Wszyscy przetwarzali moje słowa, zastanawiając się, kogo mam na myśli. Z chwilą nadejścia tej złotej myśli, milkli. Atmosfera zrobiła się ciężka jak głaz, wszystko dzięki mnie. Nie mieli pojęcia, jak się zachować. Trisha szukała w głowie odpowiednich i mądrych słów, ale wahała się z wygłoszeniem czegokolwiek.
-Więc… O kogo chodzi?-Safaa odezwała się niespodziewanie.
-O moją mamę.-rzuciłam jak gdyby nigdy nic. Głosem bez wzruszenia emocjonalnego. Tak bardzo emocjonalnego, które teraz siedziało we mnie. Głęboko w środku. W zasadzie to nie wiem, jak głęboko można schować uczucia. Ale robiłam to znakomicie, gdy tylko przyszła potrzeba.
    Po jakimś czasie dom opustoszał. Opustoszał, ale w dalszym ciągu było w nim sporo osób, jak dla mnie. Nasi rodzice, oraz Larry, którzy planowali wyjście do kina.
    Pstryk. I już ich nie było. Ale starsi zostali, oczywiście.

*Zayn*
    Więc, tak. Pierwsze kąpanie. To dopiero wyzwanie. Wykąpać dwójkę dzieci. Położne starały się dawać nam jakieś wskazówki, ale nie wiele to pomogło. Potrzebne jest doświadczenie, którego nie posiadamy za grosz.
-Sądzę, że zrobimy to w łazience na górze. Bezsensu tłuc się jeszcze po tych schodach.
-Tak, skarbie, tyle że w łazience na dole jest cieplej. Tam będzie lepiej.-odezwała się moja mama. Może trochę to wkurzyło Alice, lecz tylko przytaknęła, nie gubiąc sztucznego uśmiechu.
    Gdy już wszystko było przygotowane, oczywiście po kilkunastu minutach szukania każdej osobnej rzeczy, nie mieliśmy pojęcia, jak się do tego zabrać.
-No, więc… Kto?-spytałem.
-To ty jesteś ojcem.-prychnęła moja dziewczyna.
-A ty matką!
-Tak, a my jesteśmy dziadkami…-zaśmiał się tata.
-Ciągniemy słomki czy wyliczanka?-spytała Lena.-Albo może jednak znajdzie się ochotnik…
-Niech sami zdecydują!-zwróciliśmy się do dzieci.
W odpowiedzi mogliśmy tylko usłyszeć coś na kształt ‘mgh’ od Jessici, bo James już trochę przysypiał.
-Pospieszmy się, woda już stygnie.
-Właśnie, woda…-mruknąłem.-Kochanie-słowo które wyrwało się z moich ust, zmroziło ją na moment.-mogłabyś przynieść gazetę, którą czytałaś w szpitalu?
-Ale…
-Proszę. To jedyne i dość nierozsądne rozwiązanie naszego problemu.-uśmiechnąłem się nieśmiało. Jej ulubionym uśmiechem. Wyglądałem reakcji w mimice twarzy, lecz ponura aura nie opuściła jej na krok. Cholera, to coś poważniejszego.
    Gdy już dostałem kawałki papieru w swoje ręce, zacząłem bawić się w orgiami, ku zdziwieniu wszystkich obecnych. Nie domyślali się, co zamierzam zrobić. Pewni spodziewali się po mnie większego ilorazu inteligencji… Cóż, to właśnie ja!
-Będziemy puszczać statki. I w nie dmuchać.-wyjaśniłem głupkowato, nie mogąc pozbyć się pustych i zabawnych myśli.
-I… kto ostatni ten kąpie?
-Nie. Nie zgadzam się.-wygłosiła Lena srogim tonem.-Nie chcę żeby kąpanie ich, było karą.
-Więc kto pierwszy, ten kąpie.
-Nie. Nie może tak być.-wtrącił jej ojciec.-Wtedy nie będziemy się starać i to będzie bezsensu.
-Dobra, spokój.-uniosłem otwartą dłoń politycznym gestem.-Kto trzeci ten kąpie. To moja gra i moje zasady.
    Statki mimo że papierowe, to solidnie złożone, były już gotowe do walki. O… każde miejsce oprócz trzeciego. Wszyscy bowiem mieli ochotę to zrobić, szczególnie ja, lecz strach wyrósł ponad wszystko. Nie chciałem myśleć co by było, gdyby przez moją nieuwagę, wyślizgnęły się do wanienki.
    Pięć karteczek już dryfowało po tafli wody. Zaczęliśmy w nie dmuchać i mogę przysiąc, że jeśli wtedy ktoś by nas na tym nakrył, wezwał by miłych panów z kaftanami. O ile wcześniej nie musiałby wrzucić tego na You Tube, by pośmiać się z moich żałosnych pomysłów w większym gronie.
    Moje płuca miały chyba mały powietrzny kryzys, lecz mimo tego nie poddawałem się tak szybko. Pragnąłem być pierwszy, co zapewniłoby mi spokój. Niestety, to nie było takie proste…
    To była chwila, ale miałem wrażenie, jakbym wracał z 30 letniej wojny. Wyłoniliśmy zdobywcę brązu, którym okazał się mój kochany teść. Sam nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej miał w ręku bobasa, lub coś na kształt.
    Wyprostował się, poprawiając rękawy koszuli. Wyglądał bardzo pewnie, co trochę nas uspokoiło. Jego córka najwyraźniej odebrała to jako odwrotną emocję. Nic bardziej mylnego.
-Okej, tato, koniec żartów, ja to zrobię.
-Sądzisz, że sobie nie poradzę?
-Proszę cię, to nie króliki doświadczalne, tylko moje dzieci!
-Właśnie dlatego nie powinnaś na nich testować swoich umiejętności. Które są zerowe, zgadłem?
-A ciekawe jakie są twoje…-mruknęła niezadowolona. Jak zbuntowana nastolatka.
-Pozwólcie, że przytoczę wam pewną historię, sprzed dwudziestu paru lat.-zatarł ręce i wpatrywał się przez chwilę w ziemie, jakby szukał tam początku swojej wypowiedzi.-Otóż pierwsze kąpanie Alexa. Wszystko było gotowe, tak jak teraz, brakowało tylko kogoś, kto się podejmie. Twoja matka odpadała. Kochała go, ale niepewnie podchodziła do każdej podstawowej czynności. Nie dorosła do tego. Też byłem szczylem, ale musiałem chronić swój honor. I między innymi dlatego, twój brat nie poszedł spać brudny. Chwyciłem go, zanurzyłem w ciepłej wodzie, posmarowałem mydłem, opłukałem i wyciągnąłem. Wszystko trwało dwie, góra trzy minuty.
-Okej, okej droga wolna.-odetchnęła głęboko, oddając mu w opiekę syna.
Na jego twarz wkradł się uśmiech zwycięscy i postąpił zupełnie tak samo, jak w swojej opowieści. Wszyscy przypatrywali się z szeroko otwartymi oczami, czy aby nie popełni jakiegoś błędu. Ale, kurwa, to przecież tylko kąpanie. Czekają mnie jeszcze takich miliony.
-Czekaj tato… A mnie? Kto mnie kąpał?
-Ja. Pierwszy i ostatni raz.-rzucił trochę ozięble.-Proszę córeczko, wykąpany i gotowy do spania.-wręczył jej Jamesa, całując obojga w czoło.
-Wiecie co… To nie może być takie trudne… Dajcie mi Jessicę.-wyrwało się mojemu ojcu, co trochę nas zadziwiło, lecz ja tylko się roześmiałem. Nie wiem, czy naprawdę chciał to zrobić, czy to tylko taka manifestacja i jeśli nie pokazałby jaj, to by umarł.

***

    Słowa do Little Things wypływały z moich ust, skierowane do córeczki wielkości… Małej wielkości. Tak dobrze znałem każdy wers, a tak dziwnie było śpiewać kwestie chłopców. Jej mama siedziała w łazience. Zbyt długo jak na mój gust, ale nie chcę być zasztyletowany, więc lepiej nie będę pytał ile jeszcze jej to zajmie. Mam przynajmniej nadzieję, że zanim padnie wykończona życiem, zdołamy porozmawiać. Bo coś czuję, że przez następne kilka, jeśli nie kilkanaście dni, czeka nas zero prywatności. Może nawet w naszej sypialni. Ziewnąłem, zastanawiając się nad kolejną piosenką. Zanim pomyślałem o Your Song Eltona Johna, pierwsza zwrotka rozbrzmiała w pokoju, tworząc przytulny nastrój. Ciekawe, czy noworodki czują takie rzeczy. Bezpieczeństwo… Myślę, że tak. Może i cały czas śpią, ale gdybym teraz nie opatulał jej mocno moimi ramionami, nie usnęłaby tak chętnie.
    Mrugała coraz częściej i wolniej. Już nawet wypluła smoczka, który był dla niej ciut za duży i przez to pewnie niewygodny. Pocałowałem ją w główkę, kończąc wieczorne koncertowanie. Ślicznie pachniała. To pewnie to mydło, które wybrał dla niej Styles.
On tak bardzo chciałby mieć swoje dziecko. Może jeszcze nie teraz, ale myśl, że to nigdy nie nastąpi, niesamowicie go przytłacza. Nawet nie wiem, jak powinienem go pocieszyć. Nie ma takich słów. Nie istnieje chyba też taki uścisk. Być może chodzi o uśmiech, lub spojrzenie. Sam nie wiem.
    Od chwili odłożenia maleństwa do łóżeczka, siedziałem na swoim, z twarzą skrytą w dłoniach. Podniosłem się, nie do końca zdecydowany. Chyba jednak powinienem sprawdzić co się z nią dzieje. Ruszyłem chwiejnym krokiem, w kierunku łazienki i zapukałem lekko. Nic nie odpowiedziała, lecz wyszła stamtąd, twierdząc, że właśnie miała taki zamiar. Może nie brzmiała zbyt wiarygodnie, ale nie to miałem teraz w głowie.
-Jesteś tak bardzo wykończony jak ja?-spytała, rozkładając się na materacu.
-Tak… Ale czekaj. Musimy pogadać.
-Koniecznie teraz?-koniecznie to ona chciała zmienić temat, licząc na to, że o nim zapomnę.
-Tak. Mamy 5 minut spokoju, więc warto byłoby to wykorzystać.
-O co chodzi?
-O to co mi dziś powiedziałaś.
-Mianowicie?
-Nie udawaj. Nie chcę się kłócić, dobrze wiesz.
Coś ścisnęło mnie w gardle i nie mam pojęcia co powiedzieć dalej. Ale muszę to zrobić. Teraz.
-Nie wiem co cię dziwi.
-Zapewne twoje słowa.
-Kiedy mnie poznałeś byłam szczupła. Chyba dobrze to pamiętasz. Teraz nie jestem. Mimo że nie mam już dzieci w brzuchu, on nie powrócił do normy. A zapewne spodziewałeś się, że w chwili porodu stanę się taka sama jak przed ciążą.
-Może to cię zdziwi, ale wiem jak to działa.-burknąłem, bojąc się spojrzeć jej w oczy.
-Więc czemu jeszcze mnie nie rzuciłeś?-powiedziała pół żartem, ale zabrzmiało dość dramatycznie.
-Kochanie, nie przeginaj. Jeśli ty nie chciałabyś na mnie spojrzeć, gdybym przytył parę kilo to mi przykro.
-Faceci są inni.
-Nie wyjeżdżaj mi tu z feministycznymi tekstami.-zaśmiałem się lekko, próbując rozładować napięcie.
-Dobra, ale ja sama nie chcę na siebie patrzeć, więc tym bardziej nie rozbiorę się przed kimś innym.-stwierdziła, nakrywając się kołdrą. Chyba uznała rozmowę za zakończoną. Ale ja tak szybko nie odpuszczam…
-Dziwne, bo jesteś najpiękniejsza na świecie.
-Mhm.
-Każdy ma prawo do własnego zdania. I wiesz? Patrzyłbym na ciebie do końca życia. Ale wtedy zabrakłoby mi czasu na rozmowę z tobą, przytulanie, czy całowanie…
-Ale z nas dwojga to ty jesteś bogiem seksu, a ja jestem tym czymś co się do ciebie przypałętało.-odparła, już bardziej pogodnie.
-Okej, masz rację. Jestem bogiem seksu.-westchnąłem.
Oboje wybuchliśmy śmiechem, natychmiast przyciszając go do „szepczącego śmiechu”, ze względu na maluchy 2 metry obok.
-A każdy bóg ma swoją boginię, prawda?
-Która potem rodzi mu dziecko. I oboje są spróchniałymi dziadami.
-Którzy kochają się jak nigdy wcześniej.-dodałem.
-Racja…
-Więc mogę cię po prostu przytulić?-odważyłem się odezwać i oczekiwałem na potwierdzenie.-Oh, no proszę, widziałem cię bez makijażu. Skoro mimo tego, dalej tu jestem, to zniosę już wszystko!-zażartowałem, co kosztowało mnie kuksańca w bok.
-Na szczęście ty dbasz o make-up dzień i noc, więc oszczędziłeś mi tego widoku.-rzekła z odsieczą.
Oplotłem ręce wokół jej talii, wtulając głowę we włosy. Pachniały niesamowicie. Zresztą jak zawsze. Moje dłonie znalazły się na jej brzuchu. Który był taki jak kiedyś. I ta cała afera była o to, że zniknął jej zarys kaloryfera? Prychnąłem z uśmiechem. Choć to wcale nie było zabawne, bo wiem kto wpędził ją w te kompleksy. Ta cała sława. Show biznes. I moi fani, którzy oczekiwali, że skoro już mam z nią być, to powinna być idealna. W każdym calu. Jeśli tylko przytyłaby kilogram, obrzucono by ją surowym mięsem. Dobra, może nie dosłownie surowym mięsem. Ale wszelkimi wulgaryzmami.
-Zayn, jest jeszcze coś?-szepenęła tak cicho, że wywołała u mnie złudzenie, jakby tylko to pomyślała.
-Hm?
-Nie zostawisz nas?
-Kocham cię najbardziej na świecie. A do tego dałaś mi dwójkę wspaniałych dzieci. Nie odważyłbym się o tym pomyśleć. Musiałbym umrzeć.
-Ale nie umrzesz, prawda?
-Nie, na pewno was nie zostawię.

***
    Zerwałem się na równe nogi, z nieznajomych dla mnie przyczyn. Rozejrzałem się w konsternacji, lecz nie byłem wstanie ujrzeć prawie nic, ze względu na egipskie ciemności. Było coś jeszcze, o czym mój mózg nie potrafił mnie poinformować. Jeszcze nie teraz.
-Więc?-usłyszałem niewyraźnie. Jej głos zagłuszał taki hałas, taki straszny dźwięk.

    Ah. Tak. Dzieci. Starałem się jakoś ogarnąć, klepiąc po nieogolonym policzku. Wymacałem w końcu włącznik lampki nocnej. Więc które się tak drze? O ile nie oboje. Właściwie to było bardzo prawdopodobne. Bo jeśli jedno się obudzi, jego niesamowity ryk zaprosi do siebie drugiego. Nie wiele myśląc przetransportowałem oboje do naszego dużego małżeńskiego łoża, mając nadzieję, że to zadziała kojąco. Nadzieja matką głupich, czy jakoś tak…
__________________________________________________________

Nie wymyślę nic mądrego czy sensownego bo padam, a jutro do sql.
Napiszę tylko, że to przedostatni rozdział. Jeszcze 80 i koniec tej części.
Co do drugiej części bloga dowiedzie się pod następnym postem, czy cuś.
Ah i nie wiem czy pojawi się ten 80 za tydzień czy za dwa, bo nie może być on napisany od czapy. 
W razie jakiś pytań nie krępujcie się. 
Kocham was.
Dobranoc xxx

sobota, 18 stycznia 2014

79. Babieees madness!

*Alice*
-Okej, mamy je. Mamy ją. To dziewczynka!-rzekł doktor.
    Moje powieki odcięły mnie od rzeczywistości. Poczułam niesamowitą ulgę. Oczywiście ból nie przeszedł tak od razu. Ale najgorsze mam już za sobą. Dałam radę. Uśmiechnęłam się w duchu. Dałam radę!
    Poczułam jego usta na czole. Momentalnie wróciłam myślami do tej sali i spojrzałam na niego. Trzymał naszego synka. Właściwie zdołałam zobaczyć tylko niebieski kocyk, a resztę sobie dopowiedziałam. Czy to naprawdę moje dziecko?
-Kochanie, trzymaj Jamesa.-szepnął słodko.
-Zaraz… Jamesa?
-Tak mi się jakoś powiedziało… Oczywiście możemy go nazwać inacz…
-Nie, jest świetnie.
Podniosłam się na łokciach, by być w stanie go utrzymać. Wyciągnęłam ręce i poczułam jego ciężar. A właściwie zaledwie 2kg. Był malutki i taki... Znajomy?
-Jest podobny do ciebie…-stwierdziłam.
-Jasne, oczywiście. To jest ten tekst, aby uśpić czujność faceta i odwieść go od podejrzeń, że dziecko jest listonosza.-zaśmiał się cicho.
-Spójrz w jego oczy. One mówią wszystko.-zignorowałam jego żart.
    Znów odpłynęłam, tym razem do naszego świata. Mojego i mojego synka. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek. Jego duże ślepia powoli się zamknęły, a oddech spowolniał. Czułam bicie jego serduszka. Więc to on mnie tak kopał! James był niepojęcie śliczny. Króciutki meszek pokrywał jego główkę. Podejrzewam, że będzie blondynem, jak ja. Włoski są bardzo jasne, niemalże niewidoczne. Paluszki są jak zapałki! Takie malutkie, cieniutkie... Na wszelki wypadek je przeliczyłam. Zdarzają się różne przypadki, w których nie jest ich równo… Pięć wszędzie! Odwinęłam lekko tkaninę, żeby zobaczyć go dokładniej. Nie miał za wiele ciała, był maciupki. Nie zdążył jeszcze do końca się rozwinąć, ale mimo tego jest najpiękniejszym stworzeniem jakie w życiu widziałam.
To niesamowite. To dziecko. Mieszanka Zayna i mnie. Która połączyła nas na resztę życia. Łzy zamajaczyły w moich oczach. Nie wiem, co się dzieje. Mam pustkę w głowie. Ważne, że on jest przy mnie.
    Jednakże, to nie koniec! Mam jeszcze córeczkę. I już nie mogę się doczekać, kiedy tylko ją przytulę. Wtedy z powrotem nadszedł lekarz z asystą pielęgniarek.
-Wszystko wskazuje na to, że chłopiec jest zdrowy, jednak zabieramy go jeszcze na podstawowe badania.-wyjaśnił, a jedna z długonogich kobiet zaczęła się ze mną szarpać o Jamesa.
-Możemy wreszcie zobaczyć córeczkę?-uśmiechnął się, mój… Zayn.
-Właśnie… Ona jest bardzo słaba. Leży teraz w inkubatorze. To dla niej za wcześnie… Jest o wiele mniejsza od chłopca. Musimy podtrzymywać jej czynności życiowe, sama nie dałaby rady…
-Co jej jest?-warknął i mocniej ścisnął moją dłoń.
-Po prostu jest wcześniakiem. I prawdopodobnie ma drobne problemy z żołądkiem. Przez najbliższy tydzień będzie żywić się z kroplówki, a potem zobaczymy.
-Ale… Jak to? Chcę ją natychmiast zobaczyć!-również się zdenerwowałam.
-Teraz jest na badaniach, a pani powinna się przespać. Urodzić bliźniaki, to trochę męcząca sprawa. Będziemy informować.-posłał mi uprzejme spojrzenie i odszedł.

*Zayn*
    Miałem wielką gulę w gardle i zmagałem się z połknięciem jej. Jak to w inkubatorze? Nie zdawałem sobie sprawy z konsekwencji zbyt wczesnego porodu. Dłonie zaczęły mi dygotać. A do tego wszystkiego, musiałem ukrywać to przed Alice, która była już wystarczająco wykończona psychicznie i fizycznie.
-Połóż się koło mnie.
-Nie, posiedzę na krześle, albo wyjdę na korytarz, musisz się wyspać, kochanie.
-Połóż się koło mnie.
-Dobrze.-westchnąłem, układając się bokiem i przytulając jej plecy do swojego torsu. Brzuch zniknął. Niesamowite…
-Boję się.-pociągnęła nosem.
-Przestań, wiesz ile dzieci po porodzie przeżywa takie coś? To codzienne realia.
Nie odezwała się już. Zostawiła mnie z tą sprawą samego, odlatując gdzieś w swoją krainę wewnętrznego cierpienia, której doprawdy nienawidzę. Walczę z nią każdego pieprzonego dnia, odkąd ją poznałem. Chciałbym, żeby jeszcze bardziej się otworzyła, zaufała mi, nie wiem.
-Bardzo cię bolało?-zmieniłem temat.
-Ja po prostu nie chcę o tym gadać.-mruknęła oschle, nakrywając nas kołdrą.
Okej, przyznaję, mogłem go zmienić na jakiś inny. Ale po prostu chciałem, żeby się wygadała. Powiedziała cokolwiek, żeby troszkę jej ulżyło. Sam nie wiem, co robić. Przytuliłem ją mocniej, czule odruchowo masując brzuch.
-Tak, bolało. Bardzo bolało. Nigdy nie zrozumiesz, jak matki poświęcają się dla swoich dzieci.-zdecydowała się odpowiedzieć, chyba wyczuwając moją konsternację.-Dalej wszystko mnie boli, nie jestem w stanie się ruszyć.
    Tym razem ja zamilkłem. Co miałem jej odpowiedzieć? Nie, nie zrozumiem. A ona nie zrozumie miłości ojca do dzieci. Ale gdybym to powiedział, mógłbym już odejść. A w zasadzie oddalić się w bardzo szybkim tempie. Nie była wkurzona. Ale smutna. Albo i była wkurzona. Na siebie samą. Tylko, że teraz gdy powiem, że to nie jej wina, to pomyśli, że pomyślałem, że ona pomyślała, że to jej wina, więc przeszło mi przez myśl, że to mogła być jej wina. W życiu nie pomyślałbym, że kiedykolwiek zacznę tak analizować każde słowo…
-Która godzina?
-Dochodzi trzecia w nocy. Chłopcy przyjadą nad ranem i przywiozą ci jakieś rzeczy. Teraz idź spać, naprawdę.
-Zdajesz sobie sprawę, że nie zdążyliśmy nic kupić? Musisz jutro pojechać do sklepu. Nie mamy nic. Nawet żadnych ubrań, ani pieluch. Nie wspominając o łóżeczkach i takich tam…
-Nie zaprzątaj sobie tym teraz głowy. Wszystkim się zajmę.
-Ale wiesz, że jeszcze trzeba wziąć coś dla mnie. Nie wiadomo ile tu spędzimy. Może ja zrobię ci li…
-Śpij. Wiem, że jesteś śpiąca. Musisz rano mieć siłę, żeby zobaczyć się z…
-Jessicą.
-Tak, właśnie. Ładnie.
-Wiem. Ona pewnie też jest śliczna.-szepnęła, a głos jej się załamał.
    Zamyśliłem się na chwilę. Hej, mam dwójkę dzieci. I to już nie są żarty. Póki siedzą w brzuchu, to człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy. Ale teraz tu są! Zmaterializowały się na ten świat! A ja… Muszę się nimi zająć. Począwszy od przebierania pieluch, poprzez uczenia mówienia i chodzenia, skończywszy na zapewnieniu im należytej przyszłości.
Boże, ja mam dzieci… Poczułem dziwne ściśnięcie w brzuchu, a moje oczy zaczęły nieprzyjemnie piec. To wszystko nie mieściło mi się w głowie. Liczyłem chociażby na kwadrans snu, ale chyba na marne… Chyba nie usnę póki nie wydorośleją i nie wyprowadzą się z domu. Myślę już o ich wyprowadzce, podczas gdy nawet się tam nie wprowadzili! Zapowiada się ze mnie świetny ojciec!
    Gdy wróciłem myślami, tam, na sale, zdałem sobie sprawę, że chyba usnęła. Nie dawała 'znaków życia', a jej oddech znacząco zwolnił. Nareszcie chwilę odpocznie. Po 8 miesiącach… Radzę jej się dobrze wyspać, bo przez następne kilkanaście lat będzie miała mnóstwo roboty…
    Wtedy usłyszałem coś niepokojącego. Ciemny pokój rozjaśnił się, lecz raczej nieznacznie. Lekki skrzyp podłogi i już wiedziałem, że ktoś tu wtargnął bez pukania. Jednakże nie raczył się odezwać. Fajnie…
-Przepraszam, ja… Przeszkadzam?-usłyszałem cieniutki i cichy głosik.
Nie miałem za bardzo możliwości zobaczyć oblicza tej pani, bo leżałem tyłem do drzwi, wtulony w Lene. Zmiana pozycji byłaby trudna…
Mimo tego ostrożnie poluzowałem uścisk, wysuwając swoją rękę i nogę. Omal nie spadłem na podłogę, ale ostatecznie stanąłem na równe nogi przed drobną blondynką.
-Nie, skądże. Nie spałem.
-Jeśli pan chce, zorganizujemy jeszcze jakieś łóżko…-uśmiechnęła się, co sprawiło, że poczułem się lepiej w tej całej sytuacji. Tacy ludzie są potrzebni w szpitalach. Jak cholera. Gdybym miał zatrudniać kadrę, nie patrzyłbym na kwalifikację, ale na to, czy jest miły i samą swoją osobą umie pocieszyć pacjenta, lub jego bliskiego. Okej, może luknąłbym na kwalifikacje, ale nie zatrudniłbym jakiejś wrednej rumpy.
-Nie, jest dobrze. Coś się stało? Co z Jessicą?
-O córce jeszcze nic nie wiadomo. Przychodzę w sprawie syna. Płaczę, bo…
-Co się stało? Gdzie on jest?-podeszłem bliżej niej, spinając wszystkie mięśnie ze zdenerwowania.
-Jest głodny.
-Pójdę po niego.-pewnym krokiem wyszedłem z sali.
-Nie!-zaśmiała się lekko, łapiąc mnie za łokieć.
Rzuciłem pytające spojrzenie.
-Lepiej będzie, jeśli ja po niego pójdę, a pan obudzi…
-To moja dziewczyna.-dopowiedziałem przygaszonym głosem.
-Tak, właśnie. Niech pan obudzi pańską dziewczynę.
Skinąłem, wracając z powrotem.
Nie chcę tego robić. Dopiero co usnęła. Urodziła dwójkę dzieci, do cholery! Dajże jej trochę pospać, mały. Nie da się nakarmić go jakoś bez niej? Nawet jeśliby się dało, to nie chcę wysłuchiwać o poranku jej wrzasków na cały korytarz, z pretensjami, że jej nie obudziłem w takim znaczącym momencie.
    Usiadłem powoli obok niej. Nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Odkąd sypiamy razem, budziłem ją różnorako. Oblewając wodą, łaskocząc ją, dmuchając w nią, śpiewając coraz głośniej jak najgorzej umiałem, czy układając jedzenie na brzuchu lub twarzy. Lecz w takim momencie, muszę zrobić to jakoś delikatnie, nie wiem…
-Kochanie…-szepnąłem.-Kochanie, obudź się na chwilę.
Nawoływałem ją, ale ani drgnęła. Dołączyłem do tego lekkie szturchanie w ramię, też na nic. W końcu zdecydowałem złożyć mały pocałunek, na jej policzku. Odetchnęła tylko głośniej. Jeśli jest zmęczona, to ma tak głęboki sen, że nie wiem jak zdołam to zrobić. A syn się zbliża…
    Usłyszałem jakby trochę tłumiony płacz. Właściwie nie płakał tak strasznie jak potrafią płakać dzieci. Może to kwestia wieku. Ale to było takie trochę ciche, takie jakby nie chciał budzić mamy. Jednak jemu jedynemu udało się tego dokonać…
-Co się dzieje?-podniosła się na łokciach, rozglądając nerwowo.
-Dziecko ci płacze, chce jeść. Tak mówi ta pani.-wskazałem z uśmiechem na pielęgniarkę, która właśnie podawała mi dziecko.
Mimo zmęczenia, dawno nie czułem czegoś takiego. Prawdopodobnie nigdy. Trzymałem właśnie swojego syna. Okej, Malik, przywyknij do tego, stary…
-Serio?-również starała się unieść kąciki ku górze, lecz było jej ciężko. Widziałem to. Gdybym to ja coś chciał, opieprzyłaby mnie nieźle.
-Mam pani jakoś pomóc? To pierwsze karmienie…
-Tak, proszę zostać. Ale ty wychodzisz.-wskazała na mnie.
Spojrzałem lekko urażony, chwiejnym krokiem opuszczając pomieszczenie. Pff. Niech sama se wyjdzie.
-Zayn!-zawołała, na co obróciłem się szybko.-Oddawaj Jamesa, ciołku.
Mruknąłem niezadowolony.
-Zaraz cię zawołam.-dodała na odchodne.
    Stwierdziłem, że tę chwilkę wykorzystam na tweetnięcie czegoś. Pewnie wszyscy usychają z ciekawości. Ha, dobrze im tak, ale nie będę aż taki chamski. Ze zdjęciem czy bez? Nie no, nie będę szaleć. Bez.

„Spać mi się chce.”

Zaśmiałem się, przyglądając się temu tweetowi. Cały świat czeka na jakąkolwiek informację o dzieciach. A to się zdziwią. Dobra, w konsekwencji i tak wyszedłem na chama. Może coś jeszcze dopisać…
-Proszę pana, może już pan wejść.-usłyszałem Panią Jestem Uprzejma.
-Chwilkę, mam pytanie.
-Słucham?
Zapewne była przygotowana na coś o dzieciach. Jak ja dziś zadziwiam ludzi!
-Myśli pani, że ta z rejestracji ma Twittera?
-Nie wiem.-nie kryła ubawienia.-Mogę zapytać.
-Nie, nie… Tak sobie tylko wcześniej myślałem, że… Nie ważne. A czy jest miła?-„Jej kitka na pewno jest”-dodałem w myślach.-Nie, nie ważne. Wracam do rodziny…-mruknąłem pod nosem, odchodząc. I właśnie zdałem sobie sprawę, że chyba upiłem się tym dzisiejszym szaleństwem, bo nawet już nie byłem w stanie przejść prosto i uderzyłem w futrynę.
-Ałć!-syknąłem, ale szybko uciszyłem się, widząc, jak Alice jeszcze go karmi. A mały w zasadzie zasypia przy jej piersi…

*Alice*
    Są różne rodzaje poranków. Takie zwykłe, w których musisz wstać, umyć się, przegryźć coś szybko i lecieć do pracy czy szkoły. Albo takie leniwe, gdzie leżysz pół godziny po przebudzeniu. Chyba najlepsze to te, gdy budzisz się z ukochaną osobą u boku. Myślałam, że będzie tak też tym razem. Ale nie było. Ze zdziwieniem rozejrzałam się wokół. Łóżeczko, które wczoraj tu dostawili, było puste. Co jest, do cholery?
-To jest drzewo. Widzisz je? Hej, jak masz widzieć, skoro znów usnąłeś! Och, kiepski z ciebie uczeń…-usłyszałam głos Zayna, lecz nie potrafiłam skojarzyć faktów. Z kim on gada?
    Chciałam to sprawdzić, ale gdy tylko podjęłam próbę siadania, poczułam ból. Wszędzie. Policzyłam do pięciu, po oddychałam głęboko i spróbowałam jeszcze raz. Moje nogi teraz zwisały z dość niewygodnego łóżka, a ja przecierałam oczy, nie mogąc nic zobaczyć.
    Mój wzrok nareszcie się wyostrzył. Stał przy oknie. Dalej nie wiedziałam o co chodzi. Wtedy się obrócił, wszystko mi objaśniając. Gadał z Jamesem. Ziewnęłam, uśmiechając się.
-Dzień dobry, kochanie! Byłem w drogerii naprzeciwko i kupiłem ci kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Idź do łazienki. Chłopcy będą za moment i dowiozą resztę.-wytłumaczył mi wszystko, jednak trochę zajęło mi układanie tego w głowie. Mam po prostu iść i się umyć, tak? Więc idę.
    Wstałam delikatnie, zważając na to, że prawie nie mogę się ruszyć. Przeciągnęłam się i podeszłam do nich na chwilę.
-Mam jeszcze jedno pytanie.-zaczął.-Co wczoraj działo się z Chris?
-Nawet nie wiem, gdzie jestem. Odpowiem ci za jakieś 15 minut.-miauknęłam, odbierając kosmetyki i gnając do łazienki.
    Wszystko łączyło się w logiczną całość. Wczoraj urodziłam. Jamesa i Jessicę. Właśnie, co z nią? Ukróciłam przyjemność, czyli prysznic ciepłą i kojącą wodą, aby jak najszybciej się tego dowiedzieć. Wytarłam się w duży flanelowy ręcznik i ubrałam w szlafrok, który otrzymałam wczoraj. Boże, czuję się trochę jak bezdomna, przygarnięta przez jakiś ośrodek… Nie ważne.
    Wróciłam do pokoju, z trochę mniej naburmuszoną miną. Trochę. Ale nie mogłam wyprzeć się tego, jak coś ściskało mnie w sercu, gdy widziałam Malika bujającego śpiącego, małego… Malika!
-Chris tu ze mną przyjechała. Potem wzięli mnie na moment na badania, a jak wróciłam… Właśnie wtedy zniknęła. Bez słowa. Nie wiem, może musiała gdzieś jechać? Albo kazali jej gdzieś pójść… Boże, serio, nie wiem. Nie myślałam wczoraj o tym, gdzie się podziewa. Zaraz po tym ty przyjechałeś…
-Przyleciałem.-poprawił mnie.-Helikopterem. I lądowałem tu, na dachu.-rozpromienił się, wciąż chodząc w kółko.
    Coś miałam zrobić… Zaraz… O Matko. Jak mogłam zapomnieć o własnej córce? Dałam sobie mentalnego liścia i bez słowa ruszyłam do jakiegoś lekarza. Pełno tych okropnych bab. Takie wychudzone, wypindrzone i po prostu ładne… Pielęgniarka nie powinna być zbyt ładna. Wkurza mnie ich perfekcja na tyle, że wole poszukać sama tego lekarza. Na moje szczęście, jeden z ‘białych’ stał na recepcji. Podeszłam najszybciej jak mogłam, czyli w mojej sytuacji bardzo, bardzo wolno.
-Co z Jessicą?-spytałam drżącym głosem.
-O, ładne imię. Jej stan jest stabilny. Śpi teraz w inkubatorze.
-A ten żołądek?
-No jest z nim mały problem, to się czasem zdarza u wcześniaków. Przynajmniej przez tydzień musi leżeć pod kroplówką. Potem się zobaczy.
-Ale… To… My też tu mamy zostać?
-Myślę, że będzie pani mogła wyjść z synem najwcześniej pojutrze, ale to też może się przedłużyć. Szpital nie jest taki zły…-uśmiechnął się uprzejmie.
Był ok. pięćdziesiątki i wyglądał na świetnie wykształconego i doświadczonego w swoim fachu. Do wszystkiego podchodził z takim spokojem… Podobało mi się to. Mówił do mnie powoli, popijając kawę, co mnie też troszkę uspokoiło.
-Więc mogę teraz ją zobaczyć?-spytałam podekscytowana.
-Zobaczyć. Niestety nie dotknąć. Prosto i po prawej będą przeszklone drzwi.
     Podziękowałam mu, ruszając przez siebie, lecz zatrzymałam się po dwóch krokach. Chyba powinnam iść najpierw po Zayna. Zastanawiałam się dosłownie 10 sekund, gdy moją uwagę przykuł głos jednej z tych dziuni.
-To winda tylko dla pacjentów i personelu. Jeśli już musieli panowie skorzystać z windy, trzeba było wejść do tamtej.-wyjaśniła, lekko poirytowana.-Poza tym, lepiej byłoby nie odwiedzać w tyle osób.
-Dziękuję za cenne rady.-do moich uszu dotarł lekko zachrypnięty i chłopięcy dźwięk.
Odwróciłam się powoli, spodziewając się kogo za chwilę ujrzę. Lou niby powiedział coś grzecznego, ale i tak wiem, że to wyrażało ‘spierdalaj’. Oto cały Louis!
    Podbiegłabym do nich, ale… No, nie mogłam. Więc stawiałam tip-topki, by dotrzeć bliżej. Natomiast oni ruszyli jak w maratonie, gdy tylko mnie rozpoznali. Kto pierwszy ten lepszy… Najpierw wtuliłam się w Harrego, który był na drugim miejscu najlepiej przytulających ludzi, oprócz Zayna.
-Ślicznie wyglądasz.-rzucił mi do ucha.
-Kocham nieszczere komplementy o poranku.-zaśmiałam się krótko.
-To, prawda. Prawda, chłopcy?-czekał na potwierdzenie od reszty, z którą witałam się po kolei.
-Tak, jasne.
-A jak się czujesz?-zagaił Liam.
-Źle.-jęknęłam.-Powiedzcie, że w tej torbie są jakieś normalne ciuchy, które mogłabym włożyć, zamiast tego czegoś!
Wskazałam na szlafrok, a oni zarechotali. Bardzo śmieszne. Naprawdę. Ha, ha, ha. Wlekliśmy się wzdłuż korytarza, milcząc. Czułam, że mieli tyle pytań, że aż nie wiedzieli od czego zacząć.
-A fajnie było?-rzucił Lou.-Ciekawe jak to jest rodzić…
-Wyrwę ci jądra, potem będę boksować podbrzusze, a penisa wcisnę do środka. Wtedy zobaczysz.
Chyba moja z deka chaotyczna wypowiedź, zrobiła na nich wrażenie. Albo wszyscy wyobrażali sobie, jak można by zrobić to ostatnie. Eh…
Po pozornie długim spacerze (niecałe 10m), nareszcie stanęliśmy przed moją salą.
-Dobra, teraz poznacie dziedzica nazwiska.-westchnęłam głęboko, otwierając drzwi.
Dziedzic nazwiska aka kulka zawinięta w koc, dalej spoczywała na rękach taty. Ten widok był budujący, po informacjach z przed chwili. Mogło być gorzej. Oboje mogli być chorzy. A to by było serio ciężkie. Zbyt ciężkie.
    Wtedy zaczęły się jakieś gratulacje, krzyki szeptem, żeby nie obudzić Juniora i jakieś męskie rozmowy, a ja odpłynęłam w swój świat. Znowu. Uhm, chyba powinnam przygotować tą listę zakupów, bo on kompletnie stracił głowę…
-A gdzie drugi syn?-spytał Horan, gotów szukać go pod łóżkiem, czy też w szufladzie.
-Nie mamy drugiego syna.-odpowiedziałam z lekkim zdziwieniem.
-Jak to… Przecież mieliście mieć bliźniaki… Oszukaliście mnie czy… Tak mi przykro!
-Niall, oboje żyją.-Lou przewrócił oczami i pokręcił głową.-Mają syna i córkę. Córkę. Rozumiesz?
-Dość logiczne…-przyznał ciszej.
-To znaczy… Żyją, tak?-spytał Loui, co nie byłoby zbyt delikatne, w razie jakiejś tragedii.
Zayn spojrzał na mnie jakby pytająco, doszukując się jakiś informacji.
-Jessica na razie leży w inkubatorze. I nie może normalnie jeść, przynajmniej przez tydzień.-odpowiedziałam, właściwie tylko do niego, ale to oczywiste, że oni też słyszeli. I zaraz posypały się pytania… „Jak to?” „Co jej jest?” „Dlaczego?”. Ale najlepsze było pytanie Nialla; „Kto to ta Jessica?”. Zachichotałam cicho. Chyba mało spał. Zwykle jest trochę bardziej rozgarniętym dzieckiem…
-Możemy nareszcie ją zobaczyć?-spytał z nadzieją w głosie Zay.
-Jeszcze jej nie widzieliście?
-Ale możemy iść z wami?
-Jejku, pewnie jest jeszcze mniejsza…
-Ale o kim mówimy?-dopytywał Irlandczyk.
Wybuchnęłabym śmiechem, gdybym miała siłę na takie rarytasy…
    Mieli rację. Była tycia. Wielkością przypominała może arkusz a4. Malutka. Przyjrzałam jej się dokładnie. Również miała włoski. Ciemne. Byłam ciekawa oczu, lecz skoro śpi, nie będę jej przeszkadzać. Na rączce widniała różowa opaska z nazwiskiem „Collins” co trochę uraziło dumę Zayna. Zaczął się zamartwiać, widziałam to po jego wyrazie twarzy.
-Dlaczego tu nie ma mojego nazwiska…?
-Zawsze w szpitalu dają nazwisko matki. Potem możesz to zmienić, nie martw się.
-Mogę to zmienić, prawda?
-Spokojnie, twoje dzieci będą się nazywać Malik.
„Szkoda tylko, że ja nie.”-pomyślałam, lecz szybko skupiłam się na czymś innym. Nie mogę ciągle o tym myśleć. To bezsensu.
    Boże, to dla mnie za wiele… I naszło mnie jakieś takie dziwne uczucie. Pierwszy raz od śmierci mamy tak bardzo zapragnęłam, żeby tu teraz była. Pomogła mi udźwignąć to wszystko. Powiedziała, jak mam być matką. Skąd miałam wiedzieć takie rzeczy? Nawet nigdy w życiu nie przebierałam dziecku pieluchy! Poczułam się niesamowicie żałośnie. Mogłabym się z nią nawet pokłócić, ale niech tu wpadnie. Na momencik. Może nawet nic nie mówić, ale mnie przytulić i tym wyrazić wszystko, co potrzebne.
    Oczy zaszły mi łzami, a Zorro przycisnął mnie do swojego rozgrzanego ciała, co było przyjemne.
-Powinniśmy przenieść się do prywatnej kliniki.-stwierdził.
-Oh, pieprzysz głupoty.
-Wcale nie. Czemu mamy tego nie robić? Tam są lepsze warunki. Zresztą tak planowaliśmy, nie pamiętasz?
-Plany uległy zmianom. I zostajemy tu. A ty sobie idź do prywatnego szpitala, proszę!
-Ej, nie wkurzaj się. Dobrze, jak wolisz.
-Wybierz ty się lepiej po zakupy, bo dzieci nawet nie mam w co ubrać. Chłopcy ci pomogą. Zapisałam ci najpotrzebniejsze rzeczy na telefonie.
-Gdzie mam jechać?
-Skąd mam wiedzieć? Wymyśl coś!

*Zayn*
    Błądziłem między regałami, szukając ubranek dziewczęcych, rozmiar… bardzo mały. Tak. Najmniejszy jaki jest. Dla Jamesa już coś wybrałem, ale Harry od razu to odrzucił, warcząc coś, że to brzydkie, niemodne, albo niepraktyczne. Więc zdałem się na niego. I widząc ogrom wyboru tych bluzeczek, spódniczek i sukieneczek chyba też poczekam na niego.
    Stojąc tak bezczynnie, kilka rzeczy zwróciło na mnie swoją uwagę, więc bezmyślnie wpychałem je do koszyka. To różowe coś, świetnie komponuje się z dżinsową spódniczką. Może Hazz nawet będzie dumny. Albo też skrytykuje to, że pasek ozdobny jest zbyt wyzywający jak na dziewczynkę która ma kilka godzin. Boże…
-Co ty robisz?-wskazał na koszyk.-Planujesz swój strój na kolejny koncert?
-Nie, to dla Jess.
-Oszalałeś?-chwycił je do rąk, oglądając lepiej.
-No co ci znów nie pasi?-zirytowałem się lekko. To moje dzieci. Niech się zajmie swo… Okej, może zająć się moimi, skoro tak mu zależy…
-Miałeś kupić coś praktycznego, do szpitala. Nie na roczek, czy dwa latka. To rozmiar 86*! Och, co ty byś beze mnie zrobił.
-Prawdopodobnie zakupy w 15 minut. A siedzimy tu już dobrą godzinę. Muszę tam wracać, Hazz…
-Jeszcze moment. Chcesz pozwolić na to, żeby córka wyglądała jak…
-Jak?-uniosłem jedną brew.
-Jak w jakiejś beznadziejnej komedii o modzie! Kilka dodatkowych minut cię nie zbawi!
    Tiaaaa… Kilka dodatkowych minut, które z pewnością zamienią się w godzinę. Albo kilka dodatkowych godzin. Westchnąłem głęboko, uśmiechając się mimo wszystko. No, bo hej! Co ja bym bez nich zrobił?
    Kwestie ‘ubraniowe’ zostawiłem im, a sam aby się nie nudzić przeszedłem na łóżeczka i grzechotki. Nawet fajny sklep… Duży, ale wszystko jest w jednym miejscu. Teraz, jako ojciec, będę myślał tylko o tym. Boże, w co ja się wpakowałem! Zaśmiałem się sam do swoich myśli, nucąc wesoło jakąś piosenkę.           Wtedy coś przyprawiło mnie o dreszcze. Mianowicie… Ten głos. Głos którego najmniej bym się teraz spodziewał. Przez chwilę mogłem połudzić się, że coś mi się uroiło, lecz nagle wyszła zza regału z wózkami i fotelikami samochodowymi. Miałem ochotę jak najszybciej uciec, ale gdzie? Rozejrzałem się nerwowo, co tylko pokazało mnie w gorszym świetle.
-Gratuluję!-pisnęła, ściskając moją rękę, obiema dłońmi.
-Co tu robisz?-warknąłem, nawet nie próbując patrzeć jej w oczy.
-Tak jakoś przechodziłam i pomyślałam, że pewnie robisz tu zakupy. Wiesz, te paparazzi… Czasem są uciążliwi, ale czasem też się na coś przydadzą, prawda?
-Po prostu wyjdź, bo zadzwonię na policję.-odwróciłem się na pięcie, by odejść i szukać chłopców.
-Czekaj. Pogadajmy. Chłopcy, dziewczynki? Zdrowe? Jak się nazywają? Wiesz, może chodźmy lepiej na kawę, tu jest mało kameralnie i źle się rozmawia. Za rogiem jest kawiarnia. Więc?-krzyczała za mną, ale ja zlałem ją zawodowo.
Udając, że nie istnieje, nie odwracałem się, grożąc jej, czy coś. Tylko na to czekała. Więc nie, to byłoby głupie. Nie mogę pozwolić wplątać się w te gierki.
-Okej, zostawię cię w spokoju. Ale tylko wtedy, jeśli będę wiedziała, że jesteś zaręczony, bądź żonaty. Póki co, formalnie jesteś wolny. Równie dobrze mój. Pamiętaj o tym.
    Powoli przetwarzałem każde jej słowo. Ona coś wie… Cały czas mówi mi o ślubie. Zupełnie jakby wiedziała i chciała mnie podrażnić. Poza tym, cała reszta wskazuje na jej chorobę psychiczną. Mam dziewczynę, więc jestem wolny, więc jestem jej. Aha. Pozdrawiam jej psychiatrę, ale nie radzi sobie z tą fuchą.
    Przyspieszyłem kroku, gdy usłyszałem śpiew Louiego. To było coś w stylu „Zayn, Zayn, tato, gdzie jesteś? Gdzie jesteś? Tatusiu, gdzie jesteś? Szukamy cię. Szukamy cię. Gdzie jesteś, tatusiu?”. Zaśmiałem się głośno, słysząc to. Czy on zawsze musi wymyślać głupie pioseneczki, zamiast po prostu mnie zawołać?
Za to kocha się Louisa Tomlinsona.

I gdybym nie miał Alice, sam mógłbym zostać gejem dla tak cudownego człowieka.

***
(10 dni później)
-Mamuuuś!-krzyknąłem z góry.-Widziałaś gdzieś komplet tych ręczników? Tych kolorowych. Nigdzie nie mogę ich znaleźć... 
-Zayn, przecież tyle razy ci powtarzałam, żebyś mnie słuchał! Schowałam je do najniższej półki w waszej szafie w sypialni. Sam mnie o to prosiłeś...-odpowiedziała moja rodzicielka, lekko poirytowana. 
Zbiegłem na dół, z ręcznikami w dłoni. Lecz gdy już się tam znalazłem, zapomniałem, że miałem wziąć jeszcze jakiś balsam, czy coś dziwnego, w żółtawym opakowaniu. Nie wiem. Wiem tylko, że bardzo długo nie spałem i kolejny raz muszę pokonywać tę odległość. Wywlokłem się na górę. Zgarniając potrzebny płyn, chciałem już wracać gdy coś mnie tknęło. Jeszcze coś miałem wziąć. Tylko co... Aha! Wanienki, no tak. Ale gdzie one...?
-Tatoooo!-zawołałem.
-Co?-odezwały się dwa męskie głosy z dołu. 
Od dziś mieszkam w cyrku. Z poważaniem, Zayn Malik.
______________________________________________________________

*tą rozmiarówkę wzięłam polską, bo nawet nie wiem jakie dzieci mają rozmiary w UK, ale wut ewa prawdaa?

W ogóle to jak myślicie, o co chodzi z tymi zaręczynami i ślubem?

PS Będzie jeszcze 79 rozdział cz. II i 80 i koniec (tak przy najmniej mi się wydaje). Tzn nie koniec, ale koniec tej części bloga ;)

PS2 Kiedy macie ferie, kotki? Ja ostatni termin aka 15.02-03.03 ;) Pewnie wtedy dopiero będzie normalna zima i potrwa sobie do Wielkanocy ;oooo ;) 

niedziela, 12 stycznia 2014

Przepraszam

Wiem, że pewnie zniecierpliwieni czekacie na drugie dziecko, ale nie dam rady. Po prostu moja przyjaciółka ma problem i nie mogę myśleć o niczym innym + nawet nie mam za bardzo weny, a nie chcę żeby wyszło byle gówno. Przepraszam, serio. Napisałam już trochę, więc może w środku tygodnia uda mi się dokończyć, a jak nie to na weekend na pewno będzie ;)

wtorek, 7 stycznia 2014

78. Baby born.

*Alice*
    Mimo całego szumu, takiego jak krzyków z widowni i panikowania organizatorów, słyszałam tylko bicie mojego serca. Chyba mojego. Biło równomiernie. Może troszkę za szybko, ale bez przesady. Gdy usłyszałam nad sobą znajomy głos, głos mojej menedżerki, zdecydowałam się otworzyć oczy. Była naprawdę przerażona, co raczej się jej nie zdarza. Mówiła bardzo szybko, chciała przekazać mi milion informacji w ciągu sekundy.
-Powtórz.-rzekłam prawie bezgłośnie. Nie miałam siły, jednak zdecydowałam się zrobić to jeszcze raz, głośniej.
-Pogotowie już jedzie.-odetchnęła ciężko.
-Nie chcę pogotowia, chcę Zayna.
-Gdzie on je…
-Właśnie leci do Paryża. Załatwisz to, prawda?-spojrzałam na nią, jakbym miała zaraz umrzeć.
-Jasne.-odparła i rzuciła się biegiem, wykonywać niezliczone telefony.
    Gdy poszła, leżałam tam sama. Na wizji. Choć w sumie może puścili reklamy… Co nie zmienia faktu, że właśnie robię aferę na cały świat. Ponownie moje powieki oddzieliły mnie od rzeczywistości. Starałam się liczyć, co jaki czas są skurcze, tak jak powiedział mi lekarz, lecz nie mogłam się skupić. Może coś sobie zaśpiewam? Nie przed całym społeczeństwem, ale tak sama, dla siebie. Będzie weselej.
-Hi I just met you
And this is crazy
But here’s my number
So call me maybe-podśpiewywałam cichutko słowa do mojej pierwszej piosenki, uśmiechając się lekko i kiwając głową. Najważniejsze to zachować spokój.
-Alice! Możesz wstać? Pomogę ci! O mój Boże! Ty naprawdę rodzisz? Zaraz nadejdzie pomoc, nie ruszaj się! Możesz wstać?-Bob stanął nade mną, nie dając po prostu odpocząć. Do tego zaczął się pchać z tymi swoimi brudnymi łapskami… Ugh! Podnosił mnie, bujał, szarpał, a ja miałam ochotę się na niego wyrzygać. Chociażby z nerwów czy poirytowania.
-Spierdalaj!-zgasiłam go jednym słowem, które media będą mi wypominać przez następne lata świetlne. Ehh. Mam teraz ich wszystkich w dupie. Ludzie, ja rodzę!
    Gdy mogłam znów wylegiwać się bez problemów, ktoś za wszelką cenę chciał mi przeszkodzić. Nawet nie wysilałam się na spoglądanie na rozmówce. Szczerze-teraz, to mi wszystko jedno. Mogę urodzić tu. Żaden problem. Ale do cholery dajcie mi tego Zayna!!!
-Lena, zaśpiewałaś świetnie!-usłyszałam głos przyjaciółki, który rozpogodził mnie w duchu.
-Wiem.-zaśmiałam się, na tyle, na ile byłam w stanie.
-A te ciuchy, które masz na sobie… Skąd są?
-Sukienka jest mega wygodna i chyba nie taka droga, nie sprawdzałam marki. A te dodatki… Wyglądam jakbym zbierała cukierki na halloween.-odpowiedziałam.
-Ostatnio szukałam podobnego kapelusza. Mogę przymierzyć?
-Posłuchaj… jestem ci naprawdę wdzięczna, że starasz się odwrócić moją uwagę od tego wszystkiego, ale nie zapomnę, że rodzę. Uwierz, ciężko by było.
-To o czym chcesz gadać? Wiem! Poobstawiajmy za ile odejdą ci wody! Ja mówię, że… pół godziny! Kto da więcej proszę państwa?-zaczęła się drzeć, co spowodowało u mnie napad śmiechu. Tyle, że bardzo bolesny napad śmiechu…

*Zayn*
    Od dłuższego czasu obserwowałem stewardessę. Nie była specjalnie ładna, czy coś, ale zachowywała się dziwnie. Może nawet ‘dziwnie’ to za mało powiedziane. Ruszyliśmy kilkanaście minut temu, a ona biegała w kółko i wyglądała jakby zaraz miała się popłakać. Doprawdy, nie wiedziała, co ma zrobić. Miałem ochotę spytać, czy wszystko okej, ale wolałem się nie wychylać.
    Starałem po prostu skupić się na czymś innym. Na przykład na Niallerze, który wraz z Liamem sprawdzali jak wiele ciasteczek z marmoladą zmieszczą do ust. Lecz tylko, gdy obróciłem się w ich stronę, opluli mnie okruszkami. Więc zmieniłem zdanie. A Larry… Nadopiekuńczy Hazz cały czas pytał Lou czy czegoś mu nie potrzeba, a potem się migdalili. I tak w kółko. Można rzygnąć.
    Myśląc o tym chwile, uświadomiłem sobie, jaki jest prawdziwy powód mojego niepokoju. Alice. Wiedziałem, że nie mogę jej tego zabronić. Nie chciałem. Jednak cały czas się martwię. Chociażby o to, jak poradziła sobie z piosenką. Zawsze bardzo przeżywa, jeśli pomyli choćby jedno słówko.
-Proszę państwa.-moje rozmyślenia przerwał głos zdenerwowanej pani. Jejku, nawet głos jej drży.-Będziemy zmuszeni wylądować wcześniej. Teraz. Proszę o zapięcie pasów, za moment rozwieję wszystkie wątpliwości. Nie należy wpadać w panikę.
    Nie brzmiała zbyt przekonująco, gdyż sama brzmiała, jakbyśmy mieli zaraz umrzeć. Mimo tego spokojnie wykonałem jej polecenie, czekając wreszcie na wyjaśnienie. Inni raczej nie znieśli tego zbyt dobrze, bo pewna kobieta przede mną już płakała i lamentowała. Taak… Nie chcę zabrzmieć jak zarozumiały celebryta, ale wolę więcej nie latać zwykłymi liniami, lecz prywatnymi maszynami.
-Tak jak wspominałam, nie ma powodu do obaw. Jeśli wystąpi jakieś opóźnienie, będzie ono znikome.
-Ale co się dzieje?-spytał jakiś wkurwiony facet.
-Należy pogratulować temu panu.-wskazała na mnie.
Aha. Fajnie. Dzięki. Co do cholery…?
-Mnie?-spytałem, zaśmiewając się lekko.
-Tak, za moment zostanie pan ojcem bliźniaków i musi jak najszybciej wrócić do Londynu…
-Co?!-gdyby pasy mnie nie ograniczały, wstałbym. Jednak w zaistniałej sytuacji, tylko wychyliłem się do przodu.
Dłonie i kolana zaczęły mi drżeć, podczas gdy wszyscy dookoła bili brawo, mówili jakieś miłe rzeczy. Ja? Zostanę ojcem?
    Gdy już wylądowałem na dachu szpitala, poczułem się, jakbym grał w filmie. Zaśmiałem się sam z siebie. Świetnie, Malik. Pospiesz się lepiej. Droga na dół ciągnęła mi się niemiłosiernie długo. Nie mogłem znaleźć odpowiedniego korytarza ani piętra, nie wiedziałem jak dotrzeć do recepcji. Zastanawiałem się, jak ona może się teraz czuć. Pewnie płacze. Z bezradności i strachu. Ta myśl dodała mi +mln do przyspieszenia. Gdy nareszcie wpadłem odpowiednimi drzwiami, ujrzałem od razu drobną blondynkę przy biurku. Grzebała coś w komputerze, a gdy podniosła na mnie wzrok, jej kitka wesoło zakołysała się. Zresztą, jak kitka może być wesoła? Nie ważne. Po prostu na mnie spojrzała i się uśmiechnęła. Dodało mi to troszkę otuchy.
-Czeka w zabiegowym, pierwsze drzwi po lewej.-rzuciła, zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek.
W odpowiedzi dostała tylko wdzięczne spojrzenie. Byłem zbyt zasapany na rozmowy, bo przebiegłem chyba cały wielki budynek. Ruszyłem pędem w wyznaczoną stronę, gdy nagle zatrzymała mnie, krzykiem.
-To jest prawa. Ta druga to lewa.-zaśmiała się, a ja razem z nią.
Szybko poprawiłem swój błąd i sekundę po tym, wpadłem do sali, w której miałem ją zobaczyć. I zobaczyłem. Wyobrażałem sobie, że… nie wiem. Wejdę tam i będę zmuszony przeciskać się przez wszystkich lekarzy i pielęgniarki. Ona będzie krzyczała, marudziła i w ogóle. Alice po prostu siedziała na kozetce. Nie dotykała zwieszonymi nogami podłogi i warto dodać, że była na boso. Przyglądała mi się tępym wzrokiem i z obojętną miną. Podbiegłem bliżej i przytuliłem ją czule. Czułem jak szybko bije jej serce ze zdenerwowania. Co powinienem powiedzieć? Rzucić jakiś żart dla rozluźnienia atmosfery czy raczej zapewniać, że wszystko będzie dobrze?
-Już jesteś… Nawet nie wiesz co zrobiłam…-na jej twarz wkradł się mały uśmiech.

*Alice*
    To było dziwne. Nie tak to sobie wyobrażałam. Myślałam, że od razu zacznę rodzić, czy coś. Natomiast już od ponad godziny mierzymy co ile mam te pieprzone skurcze. Ugh, mam więcej czasu na stresowanie się. Nie dobrze…
-Boje się.-stwierdziłam po chwili ciszy.
-Ja też.
-A jeśli… Coś będzie z nimi nie tak? To wszystko przeze mnie. Musiałam zrobić coś źle…
-Nawet tak nie myśl. Nie ma tu winnych, jasne? Na pewno będzie w porządku i z nimi i z tobą.
-Nie mamy dla nich nic. Dlaczego nie pomyśleliśmy o tym wcześniej? Trzeba kupić łóżeczka, ubranka, pieluchy… Ugh, nie wiem, wszystko!
-Nie martw się. Jutro zrobisz mi listę i pojadę po jakieś zakupy.
-Czyś ty oszalał? Masz wybierać łóżka dla naszych dzieci? Chyba wolę umrzeć!
-Ej! Bez przesady… Ok., jeśli mi się coś spodoba, wyśle ci MMS’a.
-Tak w ogóle to dlaczego nie zabrałeś mi do szkoły rodzenia?-spytałam z wyrzutem.
Dopiero gdy wszystko przeanalizowałam, zorientowałam się co zrobiłam. O Boże… Czy już mogę zapaść się pod ziemię? Tak, oto ja i mój niewyparzony język. Kurwa! Powiem mu, że się przejęzyczyłam, czy coś. Nie wiem. Albo ucieknę. Ale to raczej się nie uda, bo miedzy skurczami mam za mało czasu, żeby porządnie się schować… Nie chciałam zepsuć całej atmosfery i robić wyrzutów. Owszem, zapisaliśmy się do takowej szkoły. Lecz dzień po tym się pokłóciliśmy i nie byliśmy na ani jednych zajęciach.
-Jeśli chcesz, teraz możemy pobawić się w szkołę rodzenia. Będzie bardziej realistycznie.
-Głupi jesteś… Ale obiecaj, że nie zemdlejesz, tak jak na filmach.
-Ja? Zemdleć?-zakpił, wstając i rozprostowując kości.
-Obiecaj.
-Obiecuję, że nie zemdleję i przez cały czas będę trzymał cię za rączkę.
    Wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Lekarz wszedł nie czekając na proszę. Szybko przywitał się z Zaynem i kazał mi wstać.
-Zabieram panią na KTG. Jak skurcze?
-Już co 5-3 minuty…-westchnęłam idąc na trzęsących się nogach.
Ratunku! Ja nie chcę rodzić! Weźcie mnie stąd!

*Zayn*
    Znów wylądowałem na korytarzu czekając. Jak ja kocham czekać… Tak, można powiedzieć, że jestem bardzo cierpliwym człowiekiem. Na tyle cierpliwym, że zaraz oderwę ‘wesołą kitkę’ tej tlenionej blondynie, bo irytuje mnie już samą swoją obecnością. I co się tak lampisz w ten monitor?! Pewnie siedzi na Facebooku czy Twitterze… Och, ja już takie znam…!
    Po prostu nie mogłem uwierzyć. To takie… dziwne. Brzuch mojej dziewczyny zaraz zamieni się w dwójkę bobasów! Wrócimy z nimi do domu, będziemy je karmić, kąpać, usypiać, a potem wstawać w nocy, na dźwięk ich płaczu. Moje dzieci.
    Łzy zaczęły nachodzić mi do oczu, lecz szybko je wytarłem. Zaraz ta dziunia o tym zatweetuje i dopiero będzie! Ugh. Przecież ja będę za nie odpowiedzialny. W czasie ich życia płodowego za bardzo się nie popisałem, ale teraz dam radę. Na pewno. Będę wspaniałym ojcem. Na pewno cierpliwym… Uśmiechnąłem się sam do siebie, natychmiast zasłaniając twarz ręką. Nie-e, blondyno. Nie zatweetujesz, że śmieję się sam do siebie.
    Będę śpiewał im kołysanki i czytał bajki. Kupował śliczne zabawki, oczywiście jeśli zasłużą. Będziemy razem się bawić i odrabiać lekcję. Mogę zabierać je na koncerty, zarówno swoje, jak i wszystkich gwiazd. Jest jedno, co mogę zapewnić im bez żadnego trudu-sława i pieniądze. Tak, każdy o tym marzy. Do czasu…
    Będę zabierał co tydzień w niedzielę na lody, a czasem na jakiś mecz. O ile to będą chłopcy. A może dziewczynki? O mój Boże… To będą chłopcy czy dziewczynki?! Muszę szybko iść do Alice, ustalimy to!
    Poderwałem się z miejsca, podchodząc do Twitterowiczki. Spojrzała na mnie, przybierając przyjazny wyraz twarzy. Nie wiem czy udawała, teraz mało mnie to interesowało.
-Ile potrwa jeszcze to badanie?-spytałem, najgrzeczniej jak umiałem.
-To kwestia kilku minut. Proszę zachować spokój, to tylko poród…
-Aha. Fajnie. Tweetnij o tym.-bąknołem pod nosem, mając nadzieję, że nie zrozumie.
-Słucham?-spoważniała.
-Chyba o tym tweetnę.-palnąłem bezsensu, wyciągając telefon.
    Zauważyłem 3 nieodebrane połączenia i 5 smsów.

„Co się dzieję? Czemu nie odbieracie? Czemu kurwa nikt mi nic nie mówi?!”~~Alex
„Zayn, zadzwoń od razu jak to odczytasz!”~~Tata Alice
„AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!”~~Mama
„Jesteśmy a właściwie byliśmy,  w Paryżu i wystąpiliśmy bez ciebie. Najwidoczniej już nie jesteś nam potrzebny… Właśnie wracamy i robimy zakłady co do płci. A ty jak. Niall obsikuje prześcieradła i nie potrafi puszczać cichaczów.”~~Niall
„Sorry, Liam zabrał mój telefon… A ty jak obstawiasz? Daj znać, kiedy będziesz mógł.”~~Niall

Najbardziej zaciekawiły mnie dwa ostatnie wiadomości, więc to Niall był moim wybrańcem i to właśnie on dostanie newsy z pierwszej ręki, na które czeka teraz cały świat.
-O mój Boże Zayn! Co się dzieje?!-zapiszczał, już po pierwszym sygnale.
-Nic.
-No faktycznie. U nas też nudy…-powiedział sarkastycznie.
-Jest na jakimś badaniu. O, właśnie nadchodzi…-wspomniałem o niej, gdy wieźli ją na wózku inwalidzkim długim korytarzem.
-Serio? Daj mi ją do telefonu! Muszę ją usłyszeć! Kurwa, jeszcze nigdy nie gadałem z rodzącą kobietą!
-Nie teraz ciołku, ona jeszcze nie rodzi. Zadzwonię później.
-Czekaj chwilę!-krzyknął mi do ucha.-Chociaż powiedz jak się czuje.
-Jak się czujesz?-zwróciłem się do niej.
-Bywało lepiej…-westchnęła, podnosząc się, by zająć miejsce obok mnie.
Nagle zastygła w bezruchu. Zacisnęła powieki, a ja wstałem szybko, nie wiedząc co się dzieje.
-Wiesz… Chyba właśnie wody mi odeszły…-jęknęła.
-Wody jej odeszły. To znaczy rodzi. Pa.-wyrecytowałem, kończąc połączenie.
-Z kim ty… Nieważne.
-Spokojnie… Stój tu! Albo nie, usiądź! Ale uważaj na siebie! Ja idę po lekarza. Tylko gdzie on jest…
Pomknąłem w prawo, rozglądając się na wszystkie strony. Co ja mam robić?! Matko! Co robić?! Znów usłyszałem nawoływanie przez ‘wesołą kitkę’.
-Lekarz jest po lewej, proszę pana.-zaśmiała się cicho i pokręciła głową.
Kurwa wyszłaby z tego pieprzonego Twittera i pomogła jej trochę. Zasrana blachara…

*Alice*
    Jedyne co czułam to ból. Ciekawe jak musi wyglądać taki poród bliźniaków… Pewnie jest dwa razy gorszy. Choć przy drugim dziecku jest chyba łatwiej… Byłam żałosna nie mogąc się ruszyć. Jeszcze jakbym się obsikała. Suuuper. Macierzyństwo jest wspaniałe. Ale co kurwa w tym wszystkim przecierpią faceci? Powinni ich ciągnąć za jaja, gdy ich kobieta rodzi. Może przynajmniej w części mogliby to zrozumieć. Hm… Może jeśli kogoś poproszę, to go tam kopnie? Sama chyba nie dam rady poddać się tej pokusie. Myślałam nad tym całą drogę na porodówkę.
-Kochanie, jest jeszcze jedno.-szepnął mi zestresowany Zay.
-Co?-spytałam zirytowana.
-Wiesz… Musimy zrobić zakłady. Dziewczynki czy chłopcy?
-Jednak ci skopie te jaja…-stwierdziłam wkurzona.
-Słucham?
-Umieram z bólu, wiesz?-próbowałam wywołać w nim poczucie winy.-Obstawiam dziewczynki.-dodałam ze skromnym uśmieszkiem.
-To zdecydowanie będą chłopcy.-rzekł i przepuścił lekarza bliżej mnie.
    Obiecałam sobie, że nie będę krzyczeć. Przecież to nie może boleć tak bardzo, prawda? W każdym razie bolało na tyle, że próbowałam odgryźć rękę mojemu lekarzowi. Już nawet nie wiedziałam co ile mam skurcze, były praktycznie ciągle. Mogę sobie iść? Odłóżmy to na jutro, czy coś… A ja idę zjeść lody o smaku nutelli. Nie miałam ochoty na żarty, więc nawet się nie odzywałam. Aktualnie moje największe marzenie to opuścić moje ciało i patrzeć na wszystko z boku jak robi to ten chujek. Ja mu jednak skopie te jądra! Leżałam, a załoga przygotowywała narzędzia. Zayn siedział tuż przy mnie, ściskając moją dłoń. Drugą ręką podparłam się, aby się trochę podnieść. Ale jak go uderzyć? Nie dam rady ruszyć nogą, a ręką tak chamsko. Hmm…
-Bardzo cię boli? Nie martw się zaraz będzie po wszystkim… Jesteś silna.
-Zaraz to ciebie zaboli.-syknęłam sama do siebie.
    Myślałam, że gorzej już być nie może, ale poczułam, że rozrywa mi ciało. Jakbym umierała. Szybko przybrałam poprzednią pozę, mając nadzieję, że przejdzie, ale nie. Nie przeszło. Gdy wiłam się na łóżku, doktor się przyspieszył i za kilkanaście sekund był przy mnie.
-Niech się pani nie martwi. Jest jeszcze wcześnie, ale rozwarcie jest duże, wszystko powinno być dobrze, więc zrezygnujemy z operacji. Sądząc po szybkości zmniejszania się odległości między skurczami, to będzie szybki poród.
    Mówisz? Mam się nie martwić? Ja pierdole, zaraz dam ci w ten zjebany ryj i przekonasz się jak to jest się nie martwić, gdy masz ochotę zakończyć swój żywot. Czy nie ma tu żadnej lekarki, która już kiedyś rodziła? Halo, chcę kogoś, kto mnie zrozumie!
    Mimo że z całej siły zaciskałam zęby, wreszcie nie wytrzymałam, drąc się na cały szpital. Zaraz po tym wciągnęłam powietrze i załkałam cicho.
-Proszę tak zrobić jeszcze raz tylko, że mocniej. Tak się właśnie prze…-poinformował mnie.
Zrobiłam jak mi kazał i nawet już nie przejmowałam się czy wydaje jakieś dźwięki. Mam wszystko i wszystkich w dupie… Mój organizm chyba myślał, że jeśli będę przeć, zaraz po tym mi ulży. Niestety. Parłam już któryś raz, a ból był taki sam, albo i nawet większy.
-Chcę coś na ból.-wyszeptałam w strzępkach oddechów.
-Dostała już pani dużą dawkę. Proszę skupić się na parciu, już prawię widzę główkę pierwszego dziecka…
Słucham?! Ja coś dostałam?! Ciekawe kiedy… Nie przypominam sobie. Ale nawet jeśli, to nie pomogło to nic a nic.
-Pierdole to parcie.-jęknęłam, lecz mimo słów parłam w dalszym ciągu.
Byłam już naprawdę na skraju wytrzymałości. Jeśli wcześniej miałam ochotę się poddać, to teraz nawet rozcięłabym sobie sama brzuch i wyciągnęła te dzieci. Jednak za późno prosić o cesarskie cięcie…
-Jeszcze raz, mocniej...-rzucił, śmiesznie się wczuwając.-Widzę główkę!
    Wtedy przyszła mi do głowy jedna optymistyczna rzecz. Zaraz… Przecież ja właśnie rodzę. Dzieci Zayna Malika. Będziemy je razem kąpać, karmić, opatulać do snu i wychowywać. Zawsze o ty marzyłam. A z marzeń się nie rezygnuje. Nawet jeśli droga jest wyboista. A ta droga to takie ‘kocie łby’-straszna. Nie mogę tak po prostu się poddać, tylko pokazać wszystkim tym wypierdkom, zwanym facetami, jak silna potrafię być.

*Zayn*
    Miałem sprzeczne uczucia. Cieszyłem się, ale miałem łzy w oczach patrząc na jej cierpienie. Chciałem wyjść, nie mogąc na to patrzeć, ale pragnąłem z nią zostać. Sam nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Co zrobić… Musiałem jakoś zareagować, ale nie miałem chyba większego wpływu na naturę…
-Nie możecie jej po prostu dać kolejnego zastrzyku?!-wrzasnąłem, przestając nad sobą panować. Lecz odliczyłem od 10 w dół. Nie byłem wściekły na nich, tylko na siebie, więc nie powinienem się tak zachowywać.
-Teraz zastrzyk nic tu nie da. Zaraz na świat przyjdzie dziecko, proszę się na to lepiej przygotować.-bąkał coś niby do mnie, skupiając się na pracy.
    Zamknąłem oczy, chcąc czy nie chcąc, wsłuchując się w kolejne krzyki. To niesamowite jak kobiety cierpią dla swoich mężczyzn. Tak naprawdę nie wiem, czy oni są w stanie jakkolwiek się im odwdzięczyć do końca życia. Dają potomka. Dziecko, które przejmie jego nazwisko.
    „Zaraz na świat przyjdzie dziecko”… Byłem w szoku. Moje dzieci były płodami, w brzuchu. A teraz będą ludźmi. Niewiarygodne… To chyba po prostu trochę biologii, z której regularnie uciekałem. Zaczynałem miewać już nerwowe tiki, podrygi kończynami i wszystko co się da. Przez chwilę przeniosłem się do innego świata. Jakiegoś… Po prostu innego.
    Z mojego transu wybudził mnie płacz. Nie, to nie był płacz Alice. Ani mój. Personelu też nie. To było moje dziecko. Źrenice momentalnie rozszerzyły mi się do granic możliwości, wypatrując je. Śmignęło razem z pielęgniarką zaraz po słowach lekarza „Macie syna. Ale kogoś jeszcze brakuje…”. Usłyszałem wodę w kranie i mocniej ścisnąłem spoconą dłoń mojej dziewczyny.
-Proszę się nie poddawać, jeszcze chwilka. Jeśli od razu zacznie pani przeć będzie łatwiej.-informował.
Ona spojrzała na mnie. Miała taki wzrok, jakby była smutna. Ale to tylko wyczerpanie. Wiem, jak szczęśliwa była. I te oczy, które mówiły mi „proszę, kochanie” zapamiętam do końca życia. Zaraz po tym wzięła głęboki wdech i po całym budynku znów rozległ się niesamowity krzyk. Moje uszy już trochę przywykły.
    Kątem oka spostrzegłem pielęgniarkę, niosącą coś na rękach. Tak jakby… noworodek owinięty w niebieski kocyk. Szła do mnie, a ja jednocześnie przywoływałem ją mentalnie, jak i mówiłem „nie podchodź tu”. Jednak nie zmierzała do nikogo innego. Tylko właśnie do mnie. Gestem kazała mi rozłożyć ręce. Ale nie mogłem teraz puścić Leny, ona nadal cierpi. Kolejne dzieciątko pcha się na ten świat. W końcu przesiadłem się, abym mógł robić dwie rzeczy na raz.
    Najpierw poczułem na palcach ciepło i miękkość tkaniny. To był moment przerażenia. Przecież nigdy nie trzymałem dziecka które ma zaledwie dwie minuty. A jeśli go upuszczę? Wolałem nawet o tym nie myśleć. Wtedy poczułem lekko ciężar. Poczułem go. Wydawało mi się, że ważył tyle co mój telefon. Prawie nic. Troszkę mnie to zmartwiło. Ale potem spojrzałem w jego przymknięte, brązowe oczy. Jego płacz cichł. Uspokajał się, będąc u taty. U TATY! To moje dziecko. Nasze dziecko. Połączenie nas obojga. Przypieczętowanie wiecznej miłości. Jest piękny. Jeszcze nigdy nie widziałem nic piękniejszego. Powieki mu się skleiły, chyba usypiał. Ostrożnie musnąłem go kciukiem po kilku włoskach wyrastających na jego malutkiej głowie. Uczucie w brzuchu, jakie towarzyszyło mi od wyjścia z samolotu, stale wzrastało, lecz teraz było maksymalnie silne. Pojedyncza łza skapnęła na bawełniany materiał. Ile miłości można dać tak maciupkiemu stworzeniu?


___________________________________________

Miałam dokończyć rozdział z niedzieli na poniedziałek, ale nie spałam w domu więc miałam zamiar to zrobić w poniedziałek. Lecz we wtorek mam sprawdzian soooł kurwa się cały dzień grzecznie uczyłam. W nocy w zasadzie też, eh. No i jak się skończyłam uczyć to dopiero się za niego zabrałam. Zastanawiałam się czy nie zrobić tego jutro ale byłam silna, haha i udało się.
PS Jak tam wytrwałość w postanowieniach noworocznych? U mnie na razie kiepsko, ale to nie moja wina, ale złośliwość rzeczy martwych ;p