środa, 4 grudnia 2013

75. Little cold...

*Louis*
    Byłem w dużym i pustym pomieszczeniu. Słyszałem tylko świst wiatru i odgłos deszczu uderzającego o parapet. Bo parapet był, jeden. I jedno okno było. To wyglądało doprawdy dziwnie. Wielka hala z małym, ładnym, drewnianym oknem. Mimowolnie podszedłem do niego i próbowałem wybić szybę. Bezskutecznie uderzałem pięścią w szkło. Zorientowałem się, że cały czas powtarzam „Harry”. Krzyczałem coraz głośniej lecz nie otrzymałem żadnego odzewu. Był tam, widziałem. Stał na zewnątrz. Nie pomógł mi.
-LouLou! Louis!
-Hmm?-mruknąłem zaspany.
-Wstawaj kochanie!-poczułem nacisk na klatkę piersiową. O Boże, położył się na mnie.
-Styles, złaź! Ja chcę spać!
-Mieliśmy coś obejrzeć. Tym czasem zasnąłeś, gdy tylko dotknąłeś tyłkiem kanapy!
-Ile?
-Spałeś godzinę. A teraz zbieraj się, jedziemy do sklepu.
Rzucił we mnie jakąś bluzą, która okazała się jego. Była stara, nosił ją jeszcze w X Factor. Uśmiechnąłem się na sam widok. Wspominałem już kiedyś jak bardzo kocham ubierać jego rzeczy? Bardzo. Naciągnąłem ją na siebie, mając ochotę rzucić jakiś zgryźliwy komentarz, dotyczący mojego snu. Jednakże powstrzymałem się, nie chciałem psuć atmosfery.
    Już 20 minut później, biegaliśmy pomiędzy regałami, z każdego biorąc coś głupiego. Czasem zakupy były katorgą, przez nadmiar fotoreporterów i fanek, ale nie dziś. Było już dość późno i każdy zajmował się tylko i wyłącznie tym, aby zdążyć do kasy przed zamknięciem.
-Nialler chciał płatki. Wiesz, te jego ulubione.-zakomunikowałem.
-Czekoladowe?
-Miodowe, z zabawką. Wszystko dlatego, że ostatnio zabawką są super bohaterowie z bajek.
-Ehh. A dla reszty? Alice czy coś?
-Kupmy jej coś fajnego. Uhm, nie wiem.
-Może by tak… Jakieś owoce. Kobiety w ciąży powinny spożywać wiele witamin, wiesz?-spytał z uśmiechem.
-Nie, jakoś nigdy nie byłem w ciąży. Lub nie byłem z kimś kto byłby w ciąży.-bąknąłem.
-Och, przepraszam, że jeszcze nie zdążyłem urodzić ci dziecka! Idę po owoce.-odrzekł odchodząc. Ja to wszystko potrafię spieprzyć, nawet jednym słowem.
    Zwieszając głowę ruszyłem w stronę mrożonek. To mój ulubiony regał, jednak wolę być przy nim z Hazzą. Zawsze wtedy oddaje mi swoją kurtkę, bo jestem o wiele większym zmarzluchem od niego… Wrzuciłem do koszyka kilka pizz i trochę warzyw. Może wybiorę jakieś lody na wieczór? Tylko jakie? Ja, Liam i Zayn lubimy Czekoladowe. Nialler i Harry owocowe. Chris i Alice stawiają na waniliowe. Ugh, wybór jest tak ciężki. Przecież mogę wziąć kilka pudełek, może zmieszczą się w zamrażalniku. Tylko teraz jakiej firmy… Ugh! Na dodatek tu jest tak zimno! Nerwowo obracałem obrączkę na palcu. Nagle niespodziewanie zsunęła się, lecąc nie wiadomo gdzie. Zajebiście po prostu! Padłem na kolana, przeczesując dłońmi teren. Usłyszałem za sobą jakiś dziwny odgłos lecz nie przejmowałem się tym za bardzo. Chyba wpadła pod jedną z lodówek. Ehh, musiałem serio dziwnie wyglądać leżąc tam plackiem, ale muszę ją znaleźć. Hazz nigdy by mi tego nie wybaczył. Poza tym, już nikogo tu nie ma. Kurwa, sprawdzałem niemalże wszędzie. Gdzie to kurestwo jest?! Zauważyłem już przed chwilą jakąś zmianę w oświetleniu, lecz teraz się przeraziłem. Światła zgasły zupełnie! Okazało się, że zamknęli już pomieszczenie z lodówkami. Aha. Ja jebie…
    Było tak bardzo zimno, a jedyne co trzymało mnie przy życiu to dość ciepła bluza Stylesa. Niedoceniałem dodatkowego futerka w środku. Siedziałem tam około pięciu minut, ale wydawało mi się, że mam za sobą już pół nocy. Najgorzej będzie, jak dostanę ataku paniki. Wtedy ściany będą się walić, kończyny paraliżować z chłodu, a ja na końcu zemdleję. Nagle poczułem jak robi się coraz zimniej. Boże, może być tu gorzej? Nie wpadłem na to, że nocą mogą zmniejszać temperaturę. Dodatkowo metalowa bariera zasłania dostęp do cieplejszego powietrza, dochodzącego z drugiej części sklepu. Czy oni są nienormalni? Nigdy nie sprawdzają czy jest tu pusto? Więc już mnie nie znajdą…? Oho, zaczyna się. Nie mogę ruszać palcami u rąk ani nóg, wszystko przeniesie się wyżej, i wtedy będę mógł się ewentualnie poturlać. Podniosłem się szybko, nie tracąc czasu. Zacząłem wykonywać różne ćwiczenia, takie jak pajacyki, przysiady, pompki, cokolwiek, aby tylko się rozgrzać. Po około dziesięciu minutach miałem dość, dodatkowo chore kolano zaczęło dawać o sobie znać. Myślałem, że już mi przeszło, najwidoczniej nie. Kulejąc, doczłapałem się do bramy, która była podobna do takiej garażowej. Waliłem w nią, lecz nie miałem po tym wszystkim wystarczająco siły, by ktoś mnie usłyszał. Pewnie już zamykają cały sklep, zaraz wszyscy wyjdą, razem z pracownikami… Padłem na kolana, łapiąc się za głowę. Co ja teraz zrobię? Nie mogę więcej się ruszać, przez pulsujący staw, a jest tu coraz bardziej lodowato. Jeszcze mam na sobie te pierdolone tomsy, które są idealne na lato, jednakże nie na Syberię! Stopy zaczęły mi nieruchomieć, zresztą podobnie jak i dłonie. Dlaczego te jebane lodówki wydają z siebie takie głupie odgłosy?! Ugh, ja chciałem tylko kupić pizzę, nie umierać! Oczy zaszły mi łzami, a ja położyłem się bezradnie, myśląc jaka śmierć byłaby najlepsza. Spróbuję zasnąć. Wtedy na pewno nic nie poczuję. Ale to nie takie łatwe. Pójść spać wiedząc, że nigdy więcej się nie obudzisz. O czym ja w ogóle myślę?! Przecież przeżyję! Na pewno! Chyba… Ciekawe, co zrobił by Harry, gdyby mnie zabrakło. Właśnie, Harry! Dla pewności sprawdziłem jeszcze raz kieszenie, w których oczywiście nie było telefonu. Bo po co mi on, gdy wychodzę tylko na chwileczkę, kupić kilka rzeczy? Zacząłem ćwiczenia oddechowe, których się nauczyłem, aby wydać z siebie jak najgłośniejszy krzyk. Nawoływałem go ile sił w płucach. On musi mnie usłyszeć. Pewnie mnie szuka, więc jeśli usłyszy mój głos, znajdzie i uratuje. Istnieje też opcja, że myślał, że się obraziłem i czekam w samochodzie, pójdzie do samochodu, mnie tam nie będzie, oni zamkną sklep i…
-Harry! Błagam, przyjdź!-wrzasnąłem, aż zabolało mnie gardło i wszystko w środku.
Zdałem sobie sprawę, że najpierw muszę zidentyfikować miejsce złotego krążka jako dowodu miłości. Wtedy Hazz będzie przy mnie… Przeszedłem na kolanach do miejsca, gdzie byłem na początku i pozostawiłem swój koszyk. Mogłem zdać się tylko na wyczucie, bo nie widziałem już prawie nic. Wyszeptując jeszcze imię ukochanego, pragnąłem dostać w swoje ręce ten mały, ale wart wszystko przedmiot.

*Harry*
    To takie nieodpowiedzialne i głupie dziecko! Jakim cudem mogłem związać się z kimś, kto nie ma za grosz rozumu?! Nawet jeśli kocham go bardziej od Tacos, to i tak jest debilem! Skończonym kretynem! Nie wie nawet co to empatia! Nie pomyśli co czuję! Ehh, chyba trochę przesadziłem, bo cisnąłem pomarańczą na kilka metrów przed siebie. Zresztą, i tak nikt nie widział… Sklep prawie opustoszał i my też powinniśmy już kończyć te jakże udane zakupy. Tylko gdzie on znów polazł? Mam dość, naprawdę. Zaraz chyba wyjdę bez niego, bo nie mam zamiaru ganiać po całym supermarkecie. Usłyszałem głos dochodzący z głośników, informujący, że pozostało jeszcze około pięciu minut, na dojście do kas. Starałem się zebrać myśli, by łatwiej było go odszukać. Miał iść po mrożonki, a potem pewnie przyciągnęło go do słodyczy, jak to Tomlinsona. Przebiegłem między niemalże wszystkimi regałami, nigdzie go nie widząc. Dział z lodówkami jest już zamknięty, więc nie mam pojęcia gdzie jest. Możliwe, że już sobie poszedł. Tak, to on ma klucze od auta. Sprytnie to wykorzystał i pewnie siedzi tam, włączył sobie radio i śpiewa na cały Londyn piosenki Robbiego Williamsa, a ja się tu męczę.
    Pani z kasy załatwiła to bardzo szybko i uśmiechnęła się szeroko. Widać, że była szczęśliwa, że praca dobiega końca. Nie zamierzałem dłużej zawracać jej głowy i pospiesznym krokiem, opuściłem sklep. Im bliżej auta byłem, tym szybciej biło moje serce. Nie było go. Za to ja byłem tak wkurzony! Założę się, że polazł gdzieś na fajkę, żeby zrobić mi na złość. Rzuciłem pełne reklamówki pod koła i skrzyżowałem ręce na piersi.
-Okej, to już nie jest zabawne. Robi się chłodno i jestem śpiący. Chcę do domu, wiesz? Jeśli ty nie, to chociaż oddaj mi klucze. Albo zabierz to żarcie, a ja wrócę autobusem. Słyszysz?-darłem się coraz głośniej, bo moje zdenerwowanie sięgało najwyższej skali.
Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi i miałem ochotę kląć na wszystko i wszystkich, szczególnie na niego.
    Stałem chwilkę pod samochodem, po czym naszła mnie pewna myśl. Może on wcale nie robi sobie żartów? Czasem nie zna umiaru, ale domyśliłby się, że to już przesada. A jeśli został w środku? Chyba powinienem sprawdzić to jeszcze raz… Podbiegłem lekko do głównego wejścia, lecz czujniki zostały wyłączone. Muszę próbować bokiem. Drzwi były zamknięte na klucz, więc zacząłem walić w nie, dopóki ktoś nie podszedł.
-Jest już zamknięte.-odezwał się facet w średnim wieku, z niezbyt przyjemną miną.
-Wiem. Wydaje mi się, że mój… mąż, został w środku.
-To niemożliwe, kamery nie zarejestrowały nikogo.-odrzekł i chamsko próbował zamknąć mi drzwi przed nosem. Ja w porę je złapałem, bo nie dałem tak łatwo się spławić.
-Wolałbym sam to ocenić. To zajmie moment. Przelecę szybko cały sklep i dam już spokój.
Mój rozmówca westchnął. Chyba go mam. Przepuścił mnie, pokazując gestem, bym wszedł do środka.
-Masz 3 minuty chłopcze.
-Jasne.-uśmiechnąłem się słabo i pospiesznie wkroczyłem z powrotem do budynku.
    Mój krzyk był dość doniosły, gdy go nawoływałem i biegałem w kółko. Musi gdzieś tu być! Czułem się jak na jakiś zawodach w biegu slalomem, sprawdzając kolejne alejki. Zatrzymałem się na chwilę. Może on też mnie szuka? Wtedy będziemy się ganiać w nieskończoność.
-Okej, twój czas minął.-usłyszałem głos za sobą.
-Nie ma go…
-Pewnie po prostu wyszedł. Ty też już spływaj.
-Nie! Tu gdzieś jest mój mąż. Nie wrócę bez niego!
-W takim razie, nie wrócisz w ogóle. Zamykam już. Dobranoc.
-Czekaj.-zawołałem, drżącym głosem.-Masz mi pomóc. Mogę was pozwać za zamknięcie tu klientów!
-A ja mogę cię pozwać za napad. Wyjazd, już!
-Nigdzie nie idę!-darłem się. Wkurwił mnie do granic możliwości. Co on sobie wyobraża?! Louisa nie ma, a on każe się jeszcze z sobą użerać.
    Wtedy nadeszła kobieta, która kasowała moje zakupy. Po raz kolejny obdarzyła mnie uśmiechem i spojrzała ciepłym wzrokiem. Przypominała mi trochę moją mamę, swoją aurą serdeczności i takiego wewnętrznego piękna.
-Co się stało, Ben?
-Pan nie chce wyjść.-wycedził przez zęby.
-Tu jest mój mąż!-wrzasnąłem po raz setny tego wieczoru.
-Spokojnie.-położyła mi rękę na ramieniu.-Znajdziemy go, to miejsce nie jest nie wiadomo jak wielkie. Na pewno tu został?
-Tak… Tak mi się wydaje… Nigdzie go nie ma…
-Gdzie widział go pan ostatnio?
-Na dziale z mrożonkami.-odpowiedziałem jak gdyby nigdy nic.
W momencie gdy ujrzałem wyraz twarzy drobnej brunetki, nogi zrobiły mi się jak z waty, dłonie się pociły i drgały, a w żołądek obrócił o 180 stopni. Przygryzła wargę, mówiąc niewerbalnie coś w stylu ‘o kurwa…’. Próbowałem zebrać myśli. Czyli, że go tam zamknęli? Zamknęli Lou w chłodni? Jakby był kurwa jakimś trupem, tak? Słowo trup, naprawdę nie pomagało mi w tej chwili. Wpadłem w szał. Bez słowa pobiegłem do powłoki, która nas oddzielała. Starałam się na siłę ją otworzyć, lecz była tak ogromna… Kilka razy taka, jak ta u nas w garażu. Zrobiłem głęboki oddech, znów natężając mięśnie, jednakże nic to nie dało. Zdecydowałem się więc walić w to, aby mnie usłyszał. Niech wie, że po niego idę…
-Zostaw to! Jeszcze zablokujesz i mechanizm tego nie utworzy. Wtedy będzie problem…-bąknął coś koleś, który wkurwiał mnie chyba najbardziej na świecie. Miałem ochotę mu coś powiedzieć, lecz teraz nie to było ważne.
-Mogłaby pani zrobić to szybciej?-krzyknąłem nerwowo do miłej pani, która poszła nacisnąć ten magiczny przycisk.
Nie odpowiedziała, za to usłyszałem, jak wykonuje moją prośbę. Bezmyślnie padłem na ziemie, aby móc od razu przecisnąć się przez szparę. Jakby to 10 sekund miało cokolwiek zmienić…
    Było okropnie ciemno. I lodowato. Nie wiem jak on by sobie tu poradził, jest takim zmarzluchem! Błagam cię, Boże, oby go tu nie było. Nie tutaj! Niech czeka na mnie na zewnątrz, może być obrażony. Tylko nie tu! Biegałem jak idiota, niezgrabnie i co chwilę potykałem się o własne nogi. Nawoływałem go, niemalże łkając. Brak odzewu powinien mnie cieszyć, ale miałem złe przeczucia. Mijając mięso, znajdowałem się koło działu z lodami. Wtedy zobaczyłem coś niebieskiego na białej podłodze. Czy to… To moja bluza! To na pewno ona! Niemalże rzuciłem się w tamtą stronę, padając przed nim na kolanach. Naprawdę, niewiele widziałem. Chwyciłem w ręce jego twarz, przyglądając mu się bacznie. Był taki zimny… Jego stale wesołe oczy były zamknięte. Przez krótki czas trwałem w ciszy, a pojedyncza łza skapnęła na jego ramię. Złapałem jego rękę, a jej chłód aż przyprawił mnie o ciarki. Dopiero wtedy pomyślałem, że natychmiast muszę oddać mu swoje ubranie. Ściągnąłem z siebie bluzę wraz z podkoszulkiem, jakby to miało mu wiele pomóc. Jednakże szybko nałożyłem to na jego unieruchomione ciało. Nagle zrobiło się jasno, a dwójka pracowników znalazła się tuż przy mnie.
-No zróbcie coś! Wezwijcie karetkę! To mój mąż, do chuja! Ruszcie się!-krzyczałem, płacząc coraz bardziej.
Usiadłem, opierając się o ścianę, układając go w podobną pozycję i przytulając do swojego nagiego torsu. Wtuliłem głowę w zagłębienie jego szyi, splatając nasze palce. Wtedy z jego dłoni wypadło coś brzęczącego. Spojrzałem w dół. To obrączka! Dlaczego ściskał ją w ręku? Niewiele myśląc, złapałem ten krążek i nasunąłem mu na palca, przyciskając go jeszcze mocniej.
-Proszę sprawdzić mu puls!-usłyszałem głos kasjerki, która właśnie dzwoniła do szpitala.
Nie! Nie chciałem tego robić. Nie! Na pewno wszystko z nim w porządku, przecież musi być, prawda? Czułem tak wielką presję, że nieśmiało puściłem go i zbliżyłem palce do tętnicy. Tak bardzo się trzęsły, że przyszło mi to z wielkim trudem. Wyczułem słabe bicie serca. Tak słabe, jak i moje.
-Hej, kochanie, mówiłeś, że nigdy mnie nie opuścisz, tak? Pamiętaj o tym, nie możesz tego zrobić. Czym byłbym bez ciebie? Jeśli chcesz, urodzę ci to dziecko, dobrze? Tylko powiedz coś do mnie… Powiedz, że mnie kochasz, proszę…-zaszlochałem ponownie, nie przejmując się już niczym poza nim.
    Nareszcie ujrzałem ratowników z noszami, na których wyczekiwałem wieczność. Odruchowo wstałem, chwytając go w ramiona i rzucając się biegiem do karetki. Tak, kurwa, jeszcze wolniej idźcie, a co tam. Przecież to wcale nie chodzi o mojego Tommo, który jest taki kruchy i słaby i który jest dla mnie całym życiem…

*Alice*
    Och, jak ja nienawidzę momentu, gdy budzi mnie nie mój budzik! Wtedy mam ochotę wymordować wszystkich dookoła. Przed otworzeniem oczu, zorientowałam się, że ręce dawniej oplatające mnie w dziwny sposób, rozluźniły uścisk.
-Obudziłem cię, kochanie?-usłyszałam zaspany głos Zayna. Mój Boże, mogę umierać…
Bez słowa wtuliłam się w niego mocniej, co spotkało się z jego śmiechem. Nie przejmując się tym, próbowałam ponownie usnąć.
-Muszę wstać, wiesz?
-Nie wiem.-mruknęłam.
-Ale mam dla ciebie niespodziankę jak wrócę ze studia.
Na tą wieść podniosłam się gwałtownie. Przetarłam oczy, ziewając i przyjrzałam się mu bacznie z zadowoleniem. To chyba sen, cholera… Znów obudzę się w samotności, czyż nie?
-Zgól ten koper, Malik!-krzyknęłam za nim do łazienki, głupkowatym tonem.
-A bo co?
-Bo wyglądasz jak mały terrorysta.
-Cicho kobieto, idź zrób mi śniadanie.
Gdybyśmy dopiero co nie byli po kłótni, dostałby prędzej po czapie. Dobrze o tym wie, więc wykorzystuje sytuacje. Zawijając się w szlafrok, zczłapałam na dół. Reszta chyba jeszcze spała, bo panowała cisza, jak nigdy w tym domu. Jednakże spotkałam kogoś w kuchni. Siedział na blacie esemesując. Uśmiechając się lekko, podeszłam powoli. Przywitałam się grzecznie i gwałtownie wyrwałam mu komórkę.
-Ej! Dawaj to!
-Oj, zobaczę tylko z kim piszesz!
-Ale ty chamska jesteś. Dawaj mówię!-wykłócał się, śmiejąc się nerwowo.
Zamurowało mnie. Na wyświetlaczu widniało imię Diana. Słyszałam ostatnio jakieś plotki z prasy. Ale plotki są tylko plotkami, wiem jak to jest. Nie raz pisali, że robiłam badania i wyszło, że mam raka. Lub zdesperowana próbowałam odkopać grób matki. Więc wolałam dostać potwierdzenie.
-Ale wy tak na serio? Jesteście razem?
-Zajmij się sobą i Zaynem…-odburknął.
-Jesteś idiotą, Liam.
-Bo nie chcę ci powiedzieć?-prychnął.
-Tak.-tupnęłam nogę, by podkreślić dramaturgię sytuacji.
-Och, chodzi o to, że w praktyce jesteśmy razem. Ja po prostu nie chcę złożyć oficjalnego oświadczenia, a ona się o to wścieka.
-Ale jesteście tak razem razem? Tak naprawdę razem? Tak wiesz…
-Powiedz wprost, nie rozumiem cię.
-No, mam na myśli, czy to coś poważniejszego może…
-Nie uprawialiśmy jeszcze seksu, ale to chyba dobrze, w moim przypadku. Serio mi się podoba.
Spojrzałam na niego wymownie, upijając łyk soku. Uh, wolałabym usłyszeć co innego. Chcę, aby był szczęśliwy. Ale czy właśnie z nią? Z tą Dianą? Co prawda, sporo się zmieniła od czasu gdy była z Lou, lecz i tak trochę mnie to niepokoi.
-Wiesz, to jedyna osoba, która przelizała się z 3/5 One Direction…-zaczęłam głośno myśleć, co chyba nie było dobrym pomysłem.
-A jedna z tych trzech osób, była pod wpływem.-zagaił Zayn chyba słyszący naszą rozmowę.
-Przestań się tym zasłaniać całe życie, okej?
-Już zaczynasz się kłócić?
Podszedł bliżej i pocałował mnie śmiało. Szczerze to nie spodziewałam się tego. Zwykle po kłótniach, boi się, że znów cokolwiek spieprzy. A to nawet nie była już kłótnia, tylko rozstanie. Li tylko skorzystał z sytuacji i wyrwał mi swój telefon, uciekając przed dalszą rozmową.
-Widzę, że nie podołałaś zadaniu. Usiądź sobie, ja coś szybko zrobię.-mruknął mi do ucha.
    Rozsiadłam się na blacie, obok jego miejsca pracy. Miałam ochotę skakać do góry widząc go takiego chłopięcego, jak był kiedyś. Włączył radio, tak jak zwykł to robić. Kiwałam się w rytm starej i zapomnianej piosenki Pitbulla. Wyciągnął jajka, więc możliwe, że to będzie jajecznica. Niespodziewanie podszedł do mnie, odkrywając pokaźny brzuch.
-Ej, nie molestuj mnie!-pisnęłam.
-To ma być rodzinne śniadanie, kochanie.-uśmiechnął się w taki sposób, że niemalże zemdlałam.
Wyciągnął jeszcze kilka produktów, tańcząc przy lodówce. Poruszał biodrami na boki, a rzadko spotyka się takiego Zayna! Przygryzłam wargę przyglądając mu się dokładnie. On natomiast podszedł do mnie z jakąś przepaską, zasłaniając mi oczy.
-Ugh, co znowu?
-Dekoncentrujesz mnie, gapiąc się na mój tyłek.
-Tak, oczyw… Ej, wcale się nie gapię!-zachichotałam, odpychając go lekko.
-Takie bajki to możesz wciskać dzieciom na dobranoc. Tak czy inaczej, zrobię ci test.
-Test?-zdziwiłam się.
Nie odpowiadał jakiś czas, brzęcząc sztućcami i talerzami. Co on kombinuje? Wtedy poczułam jego oddech na mojej szyi i dekolcie. Westchnęłam uśmiechając się do ukochanego.
-Otwórz usta.
-Słucham?
-No otwórz. Ale wiesz, nie myśl o tym pod kątem seksualnym.
-Do tej pory nie myślałam, idioto.-jęknęłam, wykonując polecenie.
Poczułam na języku coś pozornie gorzkiego, ale też słodkiego i soczystego z jakimiś granulkami... Znałam ten smak, lecz nie byłam w stanie skojarzyć. Zjadłam w całości, co ruszyło moje szare komórki.
-To grejpfrut! Posłodzony grejpfrut…
-Pff, to było zbyt proste. Czekaj teraz…
    Milczał chwilę, tłukąc się strasznie w tej kuchni. Jeśli on czegoś nie zbije, to będzie cud. Przez chwilę naszła mnie myśl, co bym teraz robiła, gdyby nie ten wczorajszy wypadek. Prawdopodobnie leżała w łóżku, oglądając brazylijską telenowele, do której zdążyłam się przyzwyczaić oraz beczała, że nie ma mi kto polecieć po bułki. Jakie szczęście, że nie widział teraz moich oczu…
-Więc? Co to?-spytał, gdy kolejny produkt wylądował w moich ustach.
-Um… Co to za cholerstwo? Jakby jakieś mięso, ale… Połączone tez z czymś słodkim. Ble!
-Dobrze kombinujesz…
-Może łaskawie powiesz mi co właśnie zjadłam?
-Poddajesz się? Jesteś pewna, że chcesz wiedzieć?
-Zaczynam się bać…
-Niall wczoraj przyrządzał ozorki…
Ozorki? Co to były ozorki? Coś mi świtało, lecz nie potrafiłam sprecyzować myśli. Brzmiało nie tak źle. Ale zaraz… Tata to kiedyś jadł, a ja prawie zwymiotowałam… Czy to…?
-Języki?!-szepnęłam dramatycznie, nie wierząc w to co się wydarzyło.-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że dałeś mi świńskie języki!
Uświadamiając to sobie, włączał mi się odruch wymiotny. Zaczęłam panikować. A jeśli to prawda?! O mój Boże, nie mogę uwierzyć. Nerwowo próbowałam zdjąć chustkę by napić się wody, czy cokolwiek, ale mnie powstrzymał.
-Kochanie, uspokój się! To był żart! To tylko wędlina z kawałkiem… malin, truskawek, bananów i cukier wanilinowy.
-Czy ciebie popieprzyło do końca?
-I tak jesteś w ciąży, więc jesz dziwne rzeczy. I nie zaprzeczaj, bo każdy potwierdzi, że wieczorem wpieprzałaś lody kabanosem!
-Dobra, dawaj dalej.-rzekłam, chowając dumę do kieszeni. Ma mnie, faktycznie tak było… Ale bez takich zmian życie byłoby potwornie nudne… Ciekawe co tym razem… Kawa z cebulą? Czy może jogurt jagodowy z tuńczykiem? Niecierpliwiłam się, rozchylając wargi i czekałam na kolejne smaki. Spodziewałam się, że coś ponownie spocznie w mojej buzi, ale teraz nagle poczułam lekkie cmoknięcie. I następne. Przerodziło się to w prawowity pocałunek. Czy on chce mnie zabić? Przyciągałam go bliżej, zahaczając nogami o jego pośladki. Zaczęłam angażować się coraz bardziej, wplatając palce w jego włosy. Zdałam sobie sprawę, że ten cały czas, w którym byłam na niego obrażona, pragnęłam tego najbardziej na świecie. Czasem złapałam się na myśleniu o nim, ale szybko przestawałam. Teraz mam go całego. Do wzięcia…
-O fu! To byłeś ty!-krzyknęłam, śmiejąc się, gdy odkleiliśmy się od siebie.
    Mimo że nic nie widziałam mogę przysiąc, że zrobił teraz udawaną obrażoną minę i oczy jak zbity szczeniak. Nasze milczenie trwało kilka sekund, po czym w radiu rozbrzmiała doskonale znana nam piosenka. To Michael i Earth Song.
-Poznajesz?-spytał, wsłuchując się w początek.
-Tańczyliśmy do niej, kiedy pierwszy raz wyznałeś mi miłość, na mojej osiemnastce. Pamiętam…-uśmiechnęłam się nieśmiało.
Poczułam jak delikatnie chwyta mnie w pasie, pomagając zejść na dół. Chwycił mnie w talii, uprzednio całując w ucho, tak jak zrobił to kilka lat temu. Zaczęliśmy stawiać małe kroki. Początkowo marnie nam to wychodziło, bo nigdy nie byłam dobrą tancerką, dodatkowo nic nie widziałam. Jednak coraz pewniej poruszaliśmy się powolnie w rytm muzyki. Trochę chciało mi się śmiać, bo z boku musiało wyglądać to komicznie. Ale wtedy cała fala wspomnień zalała moje myśli, co w połączeniu z tą melodią było płaczogenne. Jestem taka sentymentalna! Myśląc o Michaelu od razu przypomina mi się mama, która była jego przyjaciółką. Oh, Boże, pamiętam jaki ten czas był trudny. Najgorsze chwile w moim życiu. Nie odzywałam się. Olewałam lub wyzywałam, krzycząc, że nie chcę go widzieć. Wtedy objął mnie w ramiona. Trzymał tak blisko siebie jak teraz. Czułam i słyszałam jego bicie serca, przykładając głowę do klatki piersiowej. Mogłabym teraz zginąć…
-Hej, nie płacz…-skąd on wiedział?!
-Wcale nie płaczę.-odpowiedziałam, pociągając nosem. On tylko zaśmiał się w duchu. Na pewno tak zrobił.
-Nie zmieniliśmy się ani trochę, prawda kochanie?-szepnął mi do ucha, wzbudzając moje wzruszenie.
-Tylko ty masz ten pieprzony zarost, a ja kilkaset kilogramów więcej. Poza tym dalej jesteś tym dzieciorem, który kiedyś wszedł do mojej kuchni, a ja upuściłam lazagne na podłogę…-zaśmialiśmy się krótko na wspomnienie.
-O czym teraz myślisz?-spytał chwilkę później.
-O tym jak potoczyłoby się moje życie, gdybym nie miała ciebie. Jak dałabym radę z tym wszystkim… Jestem za słaba, dobrze o tym wiesz.
-Wcale nie, jesteś silna.-powtarzał to tak często, patrząc mi głęboko w oczy.
    Na koniec piosenki zdjął mi opaskę, i cmoknął wierz dłoni, dziękując za taniec. Następnie składał króciutkie pocałunki na mych ustach idąc przed siebie, jednocześnie zbliżając moje plecy do ściany. Gdy już tak się stało, pocałował mnie normalnie, trzymając w dole pleców. Nie wiem ile by to trwało, ale przerwałam to, bo dostałam napad śmiechu. Zorra wprawiło to w osłupienie i wpatrywał się we mnie z ciekawością. Miałam mu już wyjaśnić, lecz chichotałam jeszcze bardziej.
-Po pros-po prostu przypomniało mi się jak tak mnie całowałeś przy tej samej ścianie bardzo dawno temu, bo my jeszcze nigdy… no wiesz.
-Nie wiem.-odparł z udawaną powagą.
-Tego nie robiliśmy i byliśmy półnadzy, a nagle weszli Alex i Donyija.
-Haha, przypomnij sobie ich miny. Byli tak bardzo przerażeni! Chyba gorzej niż my.
-Nigdy ich nie zapomnę!-stwierdziłam, co było zgodne z prawdą.
-Wiesz… Możemy to powtórzyć.
-Masz na myśli zaproszenie tu naszego rodzeń…
-Nie, to drugie.-przerwał mi, patrząc takim strasznym wzrokiem.
-Dlaczego faceci myślą tylko dolną częścią ciała, hm?
-Nie wiem, może dlatego, że niektórzy nie mają jak użyć mózgu.-palnął, dalej próbując mnie pocałować.
-Na przykład ty.
-Na przykład ja.-zaśmiał się krótko.
-Miło jest zobaczyć kogoś szczęśliwego.-Horan schodząc na dół, zepsuł naszą sielankę.-Zauważyliście, że Larry nie wrócił na noc z zakupów?
Dopiero wtedy przypomniałam sobie o całym bożym świecie. Fakt, wczoraj wychodzili do supermarketu. Myślałam, że po prostu od razu po tym poszli do siebie. Zresztą, sama przeleżałam w łóżku resztę dnia.
-Gadałeś z nimi?-Zayn pierwszy przerwał dramatyczną ciszę.

-Loui jest w szpitalu.
___________________________________________________________________

Prze-pra-szam jelonki. Życie z dwoma blogami jest ciężkie, nie powiem ;p Więc jeśli tu nie dam rady dodać to pocieszajcie się tym theblackcup.blogspot.com
Jezuu jutro mam prace klasową z historii i przyswoiłam w jedno popołudnie tyle wiedzy, że dosłownie głowa mi od niej pęka, haha (nie żartuję xd).
A u was jak? Wgl aaaaaa! Niedługo święta! Co chcecie dostać? Czy może polegacie na guście mikołaja?
Aha a co do rozdziału to wątek z Zalice miał być fajniejszy, ale może nadrobię następnym rozdziałem. 
A Larry... Larry to Larry i musieli wplątać się w kłopoty xd

5 komentarzy:

  1. Awwww... Cudny... Tylko ja ciota dopiero w sobotę go przeczytałam jak jest (chyba) od czwartku...
    Kocham Cię ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham Cie Robaczku :)
    Zaje*isty rozdział!!

    OdpowiedzUsuń