sobota, 16 listopada 2013

73. Bad day. Bad life...

*Alice, 2 tyg. później*
    Byłam jak wrak człowieka. Psychicznie. Bo fizycznie czułam się świetnie. Dużo latałam po lekarzach, zrobiłam wszystkie możliwe badania. Dodatkowo moją kondycję poprawił basen, który okazał się dobrym rozwiązaniem. Płakałam właściwie codziennie. Może niezbyt długo, bo nie można łzawić w nieskończoność, ale smutek pozostawał. To taki mój wierny towarzysz. Na dobre i na złe! Tylko on mnie nie opuszczał…
    Pamiętam jak kiedyś wyglądały moje wieczory… Chodziliśmy z Zaynem do kina, teatru, na zakupy, gotowaliśmy lub tylko leżeliśmy bezczynnie. Czasem wszyscy razem graliśmy w gry… Zawsze było tyle śmiechu, jak to z piątką idiotów. Gdy wyjeżdżali na trasy, nie traciłyśmy fun’u, razem z Christiną. Wymykałyśmy się potajemnie na imprezy albo… robiłyśmy imprezę w domu chłopców. Nie dowiedzieli się jeszcze o żadnej, to naprawdę było ściśle tajne. Niby nie robiłyśmy nic złego, ale lubiłyśmy mieć przed nimi zabawne tajemnice. Nawet jeśli nie chciało nam się kompletnie nic, zasiadałyśmy przed TV, oglądając seriale i wżerając imponujące ilości słodyczy. Byłam szczęśliwa.
    Co teraz? Nie mam nikogo. Wieczorami nie robię nic. Dosłownie nic. Siedzę przy zgaszonym świetle, nad filiżanką herbaty. Zwykle długo nie mogę usnąć, ale to nic. Mogę po prostu siedzieć. W ciszy i spokoju… Powoli przywykam. Oczywiście o ile da się przywyknąć do samotności.
    To kolejny z tych wieczorów. Załkałam, gdy zdałam sobie sprawę, że ja już nawet nie marzę. Człowiek może wszystko, jest największym na świecie i takim silnym, gdy stać go na marzenia. Czyli mnie już nic nie pomoże? Już na zawsze będę spędzać tak wieczory? Samotnie, czarno, cicho i smutno. Tak właśnie zapowiada się moje życie.
    To idealny moment do napisania piosenki. Tak, naprawdę świetny. Lecz ja już nie piszę piosenek. Nie śpiewam. Nie ma mnie. Muzyka zawsze była we mnie. Jeśli teraz jej nie ma, czy to znaczy, że mnie też nie ma? Nie wiem. Ale tonę we własnej niedoli, jeśli pomyślę jak bardzo zawodzę swoich fanów, każdego dnia, w którym decyduję się nie iść do studia nagraniowego. Oni o tym nie wiedzą. W ogóle nic nie wiedzą. Nic im nie mówię. Mimo wszystko, jestem pewna, że ich zawodzę.
    Myśląc o tym, przypomniała mi się pewna rozmowa, przeprowadzona z pewnym mądrym człowiekiem, tuż po tygodniu, w którym spałam łącznie jakieś 20 godzin…

-Nie daję już rady, to dla mnie za dużo… Gdy patrzy się na to z boku, wydaje się takie proste. Jednak trzeba w to włożyć tak wiele pracy…
-Czy gdybym wiedział, że nie dasz sobie rady, wciągałbym cię w to?
-No nie…
-No nie. Bo jesteś silna.
-Nie, wcale nie. Zawsze myślałam, że taka jestem. Łudziłam się, żeby poczuć się lepiej.
-Jesteś najsilniejszą osobą na świecie, a wiesz dlaczego?
-Dlaczego?
-Bo wyśniłaś sobie, że kiedyś będziesz tu, gdzie jesteś dziś.

    Zgadza się, to Zayn. Mój najlepszy przyjaciel. Do czasu. Faceci naprawdę potrafią być tacy kochani, opiekuńczy, zaskakujący, pełni poświęcenia, wręcz idealni. Można się od nich uzależnić. To prawie pewne. Z każdą sekundą w której o nich myślisz, coraz bardziej chcesz być z nimi na zawsze. Lecz każdy cię wykorzysta, wyssie z ciebie życie, a potem zostawi. Każdy. Nie ma takiego, którego można być pewnym w stu procentach. Teraz należy zadać sobie pytanie; czy chcesz przeżyć coś wspaniałego, w zamian za ból? Długi i okropny ból. Jest też druga opcja. Nigdy nie być pokochaną nawet na moment, ale nie cierpieć. Przynajmniej nie tak bardzo.
    Następnego dnia rano stało się coś dziwnego. Mianowicie obudził mnie dzwonek do drzwi. Przecież ja nie mam znajomych, przyjaciół, ogólnie kogoś, kto zechciałby mnie odwiedzić. O mój Boże, a jeśli to tata? Ogarnęłam wzrokiem mieszkanie. Prezentowało się nienajgorzej. Kurde, pewnie będzie wypytywanie, pewnie pojedzie do Zayna, zrobi mu aferę… Sądzę, że już wie, że nie jesteśmy razem. Na pewno wie. Ale wcześniej nie miał na to czasu. Może to i lepiej, że będzie ze mną? Jest naprawdę źle, więc przyda się człowiek, który już się urodził. Dzieci nie zawsze mogą mnie pocieszyć…
    Gdy otworzyłam drzwi, prawie pewna, że to ojciec, oniemiałam gdy zauważyłam jakiegoś faceta. Przecież ja jestem nie ubrana! To znaczy w piżamie, z sianem na głowie i worami pod oczami! Ehh, czyli jednak nie znalazł dla mnie czasu, swoją drogą… Stałam bujając w obłokach chyba jakąś chwilę, bo zaczął gadać coś w stylu ‘halo’.
-Dzień dobry.
-Ten dzień wcale nie jest dobry. Żaden dzień nie będzie.-odpowiedziałam, wpatrując się w swoje palce u stóp, którymi poruszałam zabawnie. Co ja wyprawiam?!
-Wydaje mi się, że jednak po mojej wizycie, wyjdzie z niego coś przyjemnego.-uśmiechnął się szeroko, jakby był jakimś akwizytorem i chciał opchnąć maszynę która za ciebie wstaje rano.
Hm, serio? Zwrócisz mi moje stare, szczęśliwe życie? Może masz tu Zayna, czystego jak łza, który klęczy z pierścionkiem i w ogóle… Ugh, a może on serio jest od Zayna? Albo chociaż Chris lub chłopaków…
-Mianowicie?
-Chyba nie ma nic lepszego jak powitać kobietę kwiatami, w tak piękny poranek!-wyciągnął z zza siebie bukiet jakiś badyli, które były cukierkowo urocze. Oh, tak jak to całe przedstawienie.
-Są taaakie prześliczne. Kocham chwasty i tym podobne… Wyrządzają tyle zła i są bezużyteczne, ale ja przecież na takie lece.-Co ja przed chwilą do kurwy nędzy powiedziałam?!
-Jest tu nawet dołączony liścik! W takim razie, proszę. Mam nadzieję, że ten upominek troszkę osłodzi pani czas.-znów ten wymuszony z całych sił wytrzeszcz twarzy i już chciał uciekać.
-Proszę poczekać.
Zlustrowałam go bardziej trzeźwymi oczami. Ubrany w jakieś debilne, służbowe wdzianko. Faktycznie, na jego lewej piersi widniało coś o poczcie kwiatowej. Jeśli to od Zayna, to mam je w dupie. Spojrzałam na karteczkę.

„Przepraszam za tamten wieczór, to wyszło przez przypadek, naprawdę. Błagam, daj mi jeszcze szansę, nie chcę znów Cię stracić, zrozum. Nawet jako przyjaciółki. Może masz ochotę na śniadanie w moim towarzystwie? Znasz adres, czekam na Ciebie. Ustalilibyśmy może szczegóły naszego wieczornego wyjścia, co Ty na to?
Brian xx”

    On sobie kpi, czy mi się wydaje? Przez ułamek sekundy przeszło mi przez myśl, żeby przyjąć zaproszenie. W końcu chyba żadna tragedia się nie stała, dramatyzuję jak zwykle, a poza tym, mam całkiem pustą lodówkę. Ale nie. To skurwiel i wszystko zaplanował i ja nie będę mieć z nim już nic wspólnego. Boję się. Jest kilka razy silniejszy, dodatkowo ja jestem w ciąży.
    Przez chwilę zastanawiałam się co zrobić, lecz wpadłam na kolejny idiotyczny pomysł.
-Mógłby pan wejść ze mną piętro wyżej?
-Słucham?
-Ugh, to potrwa 2 minuty. Tam mieszka nadawca.
-Dobrze.-odpowiedział, po chwili zawahania.
Nagle doznałam przypływu pewności siebie i śmiało zadzwoniłam dzwonkiem. Cały czas ściskałam w garści te kwiatki… Otworzył ucieszony, że jednak przyszłam. Jednak ocenił pochopnie sytuację…
-Cześć!
Ja na powitanie cisnęłam tym prezentem w niego z całych sił. Ma szczęście, że nie wybrał róż.
-Czego nie rozumiesz kurwa w zdaniu „Nie chcę cię więcej widzieć!”?!
-Uspokój się, pogadajmy.
-Czy wyglądam jakbym chciała gadać? A według pana-zwróciłam się do głupiego gostka.-wyglądam jakbym chciała gadać?
Wymienili jakieś męskie spojrzenia. Mhm, to jasne, że on stanie po stronie tego debila. Ale ja po swojej stronie mam dwójkę dzieci!
-No… Jakby… Proszę pomyśleć o dziecku, powinno mieć ojca i… To może zniszczyć mu życie… Lepiej żeby matka została z ojcem.-wyjąkał kilka zdań, które jakby zrzuciły mnie z wysokiego klifu.
-Tak pan myśli?-spytałam, niemal płacząc.
-No… Tak.
-Sam słyszałeś, powinnam wrócić do ojca. Nigdy więcej nie próbuj się do mnie zbliżać. Żeby było łatwiej, to ja się wyprowadzę. Nie zapominaj, że mam ochronę! I kurwa wsadź sobie to wszystko w dupę i posraj się tym zielskiem!-ostatnie zdanie może nie było zbyt inteligentne. Ale zrobiłam mu awanturę na całe sąsiedztwo. Fajnie. Może napiszą o mnie w gazecie i będzie kolejna drama!
    Wściekłość tętniła się w moich żyłach, jakby chciała je wysadzić. Jednak za wszelką cenę chciałam się samoistnie uspokoić. Napisałam do menadżera, że będę dziś w studiu. Musiałam więc szybko się ogarnąć. Nakręciłam się trochę, co poprawiło mi humor. Nareszcie gdzieś wyjdę, nareszcie poczuję się potrzebna. Nareszcie nie zawiodę i będę miała powód, żeby być z siebie dumna.
    To nie był zbyt dobry początek dnia. A może był? Właściwie to zmotywowało mnie w jakiś sposób do wyjścia do ludzi. Tak naprawdę, mam dla kogo się starać. Mam dla kogo jeździć do pracy i starać się z całych sił. To moi fani. Nie wchodzę na Twittera już od dłuższego czasu. Zostawiłam ich. Jestem pewna, że się martwią i tęsknią… Jeśli są źli, to rozumiem. Sama bym była. Jeszcze nie dawno byłam największą fanką One Direction, fangirling i te sprawy. Ha, a to błaganie o follow back! To dopiero było, czasem spędzałam na tym całe godziny. Wpadła mi do głowy pewna myśl. Po prostu włączę tą stronę w telefonie i zaobserwuję każdego, kogo tylko będę mogła. Wielkie, największe na świecie follow spree. Uśmiechnęłam się na samą myśl, że uczynię komuś ten dzień wyjątkowym. W dobrym znaczeniu, oczywiście. Zajmę się tym od razu kiedy wrócę…
    Wsiadając do samochodu, poczułam ból brzucha. Taak, dzieci lubią mi dokopać, gdy już trochę „dobrzeję”. Objęłam go rękami, delikatnie wsiadając do auta. Wtedy pomyślałam o jednym, co nawet było logiczne. To wcale nie jest dobry dzień. Nie może być z góry założone, że dzień jest dobry, lub zły. To zależy od nastawienia. Może nie czuję się dziś fizycznie najlepiej, ale myślę, że dam radę. Stawię czoła, wszystkiemu co ma się zdarzyć. A może czeka mnie szczęśliwy obrót spraw? A może wręcz na odwrót; stanie się coś strasznego. Ale spokojnie, ja jestem silna. Naprawdę silna. Dam radę.
    Wyjechałam z mojej ulicy, czułam się tak dziwnie. Nie wiem, czy było to spowodowane tym, że już długo nie ruszałam się z domu, a zakupy robiłam tylko przez Internet. A prowadzenie mojego kochanego autka, to już w ogóle! Pamiętam dzień w którym je dostałam. Trudno byłoby zapomnieć, to była moja osiemnastka! Ehh, byłyśmy takie głupie z Chris! Zrobiłyśmy rozróbę na cały Londyn. A potem ta impreza na której Zayn złożył mi życzenia i tak słodko pocałował w ucho i… Tam wyznaliśmy sobie miłość. Pierwszy powiedział do mnie ‘kocham cię’, a ja myślałam, że umrę. Przypominając sobie o tym łzy naszły mi do oczu. A moim życzeniem urodzinowym był on. Matko, jaką ja byłam zakochaną gówniarą! Nie widziałam poza nim świata. A jak widać takowy istnieje. Może nie przyzwyczaiłam się jeszcze do niego, ale na pewno nie jest taki zły…
    Wtedy doznałam bardzo nieprzyjemnego uczucia. Wstrząsnęło mną, jakbym była kuleczką w grzechotce. Nie widziałam nic, przez moje zaciśnięte powieki. Gdzie właściwie jestem? Poczułam ból na prawym udzie i oczywiście w brzuchu. Co się tu dzieję? Agh, nieprzyjemny powiew chłodnego powietrza. Postanowiłam nieśmiało ruszyć głową, lecz dalej przez zamknięte oczy.
-Halo? Słyszy mnie pani? Wszystko w porządku?-czy to było do mnie? Męski głos odbijał się echem w mojej głowie.
-Ja?-spytałam idiotycznie.
-Nic pani nie jest?
-Mi?
-Boli coś panią?
-No kurwa…-szepnęłam. Może zbyt głośno, ale czy ten ktoś to debil? Pokusił mnie, abym zobaczyła jego oblicze. O kurczę. To policjant…
-Słucham?-uniósł jedną brew, wpatrując się we mnie.
-Co się stało?
-Uderzyła pani w latarnię… Radziłbym uważać. Okej, proszę opuścić pojazd, dokumenty i tak dalej…
    Fuck. To słowo idealnie opisuje sytuację w której się znalazłam. I to przez głupie rozmyślanie o tym, co było kiedyś. Muszę nareszcie odciąć się od przeszłości. Jeśli tego nie zrobię, nigdy nie ruszę do przodu. Nigdy nie poczuję się dobrze. Właśnie. Mam jeszcze szansę na szczęśliwe życie!
    Tylko najpierw muszę oddać auto do naprawy. Cały rozwalony przód, szyba jest wybita… Na szczęście szkła nie zrobiły mi krzywdy. Zdecydowałam, że nie poddam się i zaraz wsiadam w metro, żeby dotrzeć do pracy. Kocham ten środek transportu. Może akurat spotkam tam jakiś fanów? Albo miłość swojego życia! Tak, to by było to. Szkoda tylko, że nikt na mnie nie poleci, bo mam dzieci z innym. Ehh, może zdarzy się wyjątek.
    Nagrywanie wyszło świetnie! Pomijając kilka wrednych komentarzy na temat mojej długiej nieobecności. Heloł, jestem w ciąży. Miałam prawo. Szczególnie w moim przypadku. Ale już teraz nie będę się tym zasłaniać. Jednak gdy schodziłam do metra, poczułam się gorzej. Po prostu jakoś tak… samotnie. Chciałabym z kimś pogadać, nie wiem… Z kimkolwiek. Może być nawet operator z sieci.
    Gdy tylko oddaliłam się od grupki fanów, z którymi robiłam sobie zdjęcia i opowiedziałam o dzisiejszym wypadku, zabrzęczało coś w mojej małej torebce. Hm, czyżby Bóg zdecydował się po kolei spełniać wszystkie moje prośby? Zaciekawiona i podekscytowana, co było dość dziwne, wyciągnęłam telefon, patrząc na wygaszasz. Awwh, to LouLou!

-Słucham?-starałam się brzmieć dobrze. Tak przyjaźnie, otwarcie, jakbym rozmawiała ze starym znajomym.
-Hej, Alice! Co u ciebie?-usłyszałam krzyk Harrego, a za nim Louisa.-Ja dzwonię, więc ja rozmawiam, tak? Nie wcinaj się!
Zaśmiałam się mimowolnie. Tak się za tym stęskniłam! Poczułam aż gulę w gardle, ale z całych sił starałam się ją przełknąć.
-No jakoś leci. A u was?

    Nie lubię takich sytuacji. I chyba nikt nie lubi. Kiedy jestem w miejscu publicznym, sama i cały czas się śmieje, lub po prostu mam banana na 3/4 twarzy. Ugh, muszą mieć mnie za chorą psychicznie. Ale… Panie i panowie, tak działa chwila rozmowy z Larrym! Lata mijają, a oni wciąż tacy sami. Ja się zmieniłam. Trochę dorosłam… Usamodzielniłam się. Może nie udowadniałam tego, w przeciągu ostatnich kilku tygodni, ale jest lepiej. Lepiej niż wtedy gdy twierdziłam, że nienawidzę mamy, ale gdy tylko było coś nie tak, chowałam się pod jej spódnicę.
    Siedząc, na miejscu miłego chłopaka, który wydawał się zwykłym gówniarzem, ale ustąpił mi miejsca, rozmyślałam o tym wszystkim. Popadałam ze skrajności w skrajność. Albo jest zajebiście, albo idę się zabić. Wtedy poczułam jakieś dziwne… hmm… wstrząsy? Jakby tory były powykrzywiane, czy coś. Pociąg nie jechał płynnie, jak zazwyczaj. Zdezorientowana rozglądałam się, aby zauważyć reakcję ludzi. Może sobie coś ubzdurałam? Mówili coś jak: „Co się dzieję? Ah, metro ostatnio trochę szwankuje, ale przynajmniej dojeżdża na czas.”. Opanowanie i obojętność innych również mnie troszkę uspokoiła, lecz dalej miałam takie dziwne uczucie. Po chwili do tego doszedł okropny ból brzucha. Chyba z nerwów, lekarz powtarzał, że jestem za bardzo nerwowa. Ugh, dlaczego mieszkam tak daleko? Najchętniej wysiadłabym stąd i jednak wybrała inny środek transportu. Jechaliśmy coraz dziwniej, pojazd szarpał i jakby zatrzymywał się sekundami, co było do niego kompletnie niepodobne. Ludzie wydali się bardziej poruszeni, niż na początku. Zaczęły się jakieś obawy i szepty „Co się tu dzieje?”. Najgorzej czułam się chyba dlatego, że byliśmy pod ziemią. Nawet jakbym bardzo chciała się stąd wydostać, nie udało by się. Do tego rzadko zatrzymywaliśmy się na stacjach i praktycznie cały czas byliśmy w kompletnie czarnym tunelu. Napadały mnie takie lęki, które wzmagały, lekkie do jakiegoś czasu, skurcze. Stawały się one coraz bardziej nie do zniesienia. Ehh, dzieci, nie teraz! Doszło do tego, że wstałam, patrząc w okno z nadzieją zobaczenia czegoś więcej niż czerni. Postanowiłam, że natychmiast wysiadam, gdy tylko się zatrzymamy. Złapałam się mocno rury, o którą następnie się oparłam, przymykając oczy. Pociąg zwalniał z lekkim oporem, lecz nareszcie się zatrzymał. Ale zaraz… Wciąż byliśmy w tej jebanej otchłani ciemności! Ugh, serio? Dwa wypadki w jednym dniu?! Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie śnię. To by pasowało. Szczypnęłam się dyskretnie parę razy, na nic. Zaczęłam oddychać dość głęboko, lecz szybko. Mój strach naprawdę urósł do ogromnych rozmiarów, a ja kompletnie nie wiedziałam dlaczego. Spokojnie, zaraz to naprawią! Spokojnie, dzieciaki, spokojnie… Ale to tak boli! Syknęłam, nie wytrzymując napięcia.
    Musiałam naprawdę wzbudzać litość, gdyż wokół mnie utworzył się wianek przejmujących się mną, albo raczej wścibskich.
„Nic pani nie jest?” „Wszystko w porządku?” „Proszę usiąść!” „Coś panią boli?” „Czuje pani skurcze?” „Za chwilę ruszymy, proszę zachować zimną krew!” „Halo, słyszy pani?!”
Nie patrzyłam się na nich. Wzrok skierowałam na swoje buty, próbując zająć czymś myśli. Są dość ładne. Nigdy nie przepadałam za butami na płaskiej podeszwie, ale okazują się nie takie złe. Istnieją różne ładne baleriny, czy sandały. Te są akurat kremowe, z kokardkami po bokach. Wyglądają słodko. Kupiłam je na zakupach z Brianem, gdy zakazał mi wszelkich obcasów. Boże dlatego, że potem byłam cała obolała. Ból. Auch! Jestem tu zamknięta, pod ziemią, nie mogę wyjść, zadzwonić po karetkę, nic! Kolejny napad lęku. Tym razem skurcze nasiliły się na tyle, że nie wytrzymałam, kuląc się z grymasem na twarzy. Teraz nawet już nikogo nie słuchałam. Ale gdy poczułam dotyk na ramieniu, zdecydowałam się otworzyć oczu. To ten chłopak. Ten gówniarz, który ustąpił mi miejsca.
-Chcesz ze mną posłuchać?-zapytał prosto, wyciągając w moją stronę rękę z pojedynczą słuchawką.
Przez dłuższą chwilę, patrzyłam na niego jak na debila. Lecz ostatecznie kiwnęłam potakująco głową.
-Może usiądziemy?-zaproponował, osuwając się i układając pod drzwiami. Zrobiłam to samo. Plecy oparłam o ścianę, a nogi mogłam wyprostować. Dzięki tej pozycji poczułam się trochę lepiej.
-Jakiego rodzaju muzyki słuchasz?-zagadnął.
-Raczej popu.-wydusiłam szeptem.
-Hm, fajnie. Ja też.
Zdziwiłam się. Wyglądał na typowego metala. On i pop? Pozory mylą… Po chwili szukania, odtworzył najnowszą piosenkę Miley Cyrus w duecie z jakimś raperem.
-Ona to ma głos, co nie? Podoba mi się… Zawsze chciałem pojechać na jej koncert.
-Jesteś jej fanem?-odezwałam się, nie kontrolując słow. Ale co to teraz za różnica?
-Nie wiem, czy fanem. To po prostu mój cel, do którego dążę od jakiegoś czasu.
-To po prostu kup bilet i w drogę.
-Gdyby to było takie proste.-prychnął.
Miałam ochotę zacząć namawiać go, aby zaczął działać. Ogólnie wciskać mu jakieś gadki na pewność siebie, ale zwyczajnie nie miałam już siły na nic. Spoglądając na tych wszystkich wkurzonych ludzi, krzątających się po pojeździe, po raz kolejny skupiłam się na tych złych rzeczach. Nie mogłam słuchać dalej, więc wyrwałam słuchawkę z ucha. Nie mogłam siedzieć dłużej, więc starałam się podnieść, ale z każdym ruchem było coraz gorzej. Zacisnęłam powieki, czułam jakbym osuwała się w pozycję leżącą. Ale nie chcę leżeć, ani siedzieć, tym bardziej stać! Zawyłam dość głośno, co znów zwróciło całą uwagę na mnie. Czułam to. Tych ludzi wpatrujących się we mnie. Teraz nie obchodziło mnie to. Miałam ochotę zniknąć. Albo raczej, aby ten ból zniknął.
    W mojej głowie narodziła się nowa myśl. Czy ja… Czy ja właśnie rodzę? Chyba każdy zauważał to samo, nawet usłyszałam krzyk „Dzwońcie po karetkę!”. Tak, fajnie by było gdyby tu dojechała karetka, do cholery!
-Który to miesiąc?-usłyszałam zdesperowany głos jakiejś kobiety.
-Nie wiem, nie wiem…-mamrotałam, nie potrafiąc zebrać myśli.
-Może ty chcesz do kogoś zadzwonić?-mój nowy kolega, szepnął mi coś do ucha.
Uznałam to, jak i wszystkie inne wypowiedzi za bzdurę, ale hej. Powinnam chyba z tego skorzystać. Ktoś powinien wiedzieć. Ale kto, skoro nie mam nikogo? Przez myśl przewinął mi się Alex, jednak jak szybko się pojawił, tak szybko odszedł.
-W torebce mam komórkę. Zadzwoń do… Zayna.-bąknęłam. Co?! Co ja właśnie powiedziałam?! Argh, nie ważne. Po prostu mnie stąd zabierzcie. Tak mi gorąco!

*Zayn*
    Myślałem, że oszaleję! Zwolnię tego kierowcę, jeśli nie zacznie jechać szybciej! Miałem ochotę wyskoczyć z auta i dobiec na miejsce. Wydawało mi się, że pokonałbym ten dystans kilkanaście razy! Po telefonie od tego faceta, ręce telepią mi się nieustannie. Ja nawet nie zrozumiałem go dokładnie! Prawdopodobnie też był w tym metrze skoro dzwonił z jej telefonu, więc miał słaby zasięg. Wychwyciłem tylko kilka słów, takich jak „pana dziewczyna w ciąży”, „awaria metra”, „karetka”, „szpital”, „poród”  i coś o stracie przytomności. Żadne z nich nie wróżyło nic dobrego, więc zdecydowałem się ostatecznie nie tracić czasu.
-Proszę wyjść!-warknąłem.
-Słucham?-kierowca był w lekkim szoku.
-Wyjdź stąd, sam dojadę!
-Ależ ja jadę najszybciej jak się da w tym mieście!
-Jeśli ja przestrzegałbym wszystkich przepisów, nie dojechał bym nawet na sąsiednią ulicę. Pospiesz się!
    Gdy siadałem za kierownicą nie byłem do końca przekonany, co do moich zdolności. Lecz nie to teraz było ważne. Myślałem tylko i wyłącznie o tym, co tam się dzieję. Czy już wydostali się z podziemia, czy może pojechali do szpitala? Mam chociaż nadzieję, że dowiem się do którego. Przemierzając Londyn w prędkości światła, nie mówiąc o światłach i wszystkich tych znaczkach, było coś nie tak. Wpakowałem się w roboty drogowe! Kurwa! Seria głośnych trąbnięć rozeszła się po okolicy. Prawie rozwalając wnętrze auta, wyszedłem z niego. Hmm… Nie wiem po co tu jest to zabezpieczenie. Mała dziurka. Nic się chyba nie stanie, jeśli przejadę, skoro bardzo mi się spieszy? Jak najszybciej wsiadając z powrotem, cofnąłem kawałek, następnie dodając jak najwięcej gazu. Modliłem się, abym tam nie ugrzązł i udało się! Nie zważając już dosłownie na nic, jechałem z jak najszybszą prędkością. Zerknąłem na nazwę ulicy. Jestem już naprawdę blisko.
    Boże, nic nie potrafi wyrazić tego co teraz czuję. To tak ogromny strach, jednocześnie ekscytacja, ale też bezradność. W żaden sposób nie mogę jej pomóc. Pewnie siedzi w tym jebanym pociągu i płacze, czekając aż tam przyjdę. Zwija się z bólu i pragnie aby ktoś jej pomógł. Okropnie się denerwuje, nie wiem, czy nie bardziej ode mnie. Łzy cisnęły mi się do oczu na myśl, jaka bezbronna i słaba ona teraz jest. Powinienem już dawno tam być. Powinienem w ogóle nigdy jej nie zostawiać. Codziennie klęczeć przed jej drzwiami z bukietem kwiatów, zamiast rozpaczać z powodu jej braku. Jestem idiotą, dlaczego ona musiała trafić akurat na mnie?!
    Byłem tam. Zaparkowałem auto, nawet chyba nie na parkingu. Po prostu tam, gdzie było trochę miejsca. Widziałem karetkę i nie wiem dlaczego nie biegłem. Szedłem powoli. Mój żołądek w tym czasie przewrócił się o 180 stopni już kilkunasty raz. W miarę zbliżania się do pojazdu, była widoczna coraz lepiej. Moje nogi zwaciały jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe. Trzęsąc się każdą częścią ciała, dotarłem do celu. Chyba mnie nie widziała, siedziała w wozie na jakimś krzesełku, tyłem do wyjścia. Niepewnie wspiąłem się do środka, zwracając na siebie jej uwagę. Przyglądała mi się dokładnie, ale ja najpierw spojrzałem na jej stopy. Kiedy się denerwuje, zabawnie rusza stopami. Denerwowała się. Chciałem powiedzieć jej tak wiele. Przeprosić, powiedzieć „kocham cię”, cokolwiek. Nie mogłem skupić się na niczym. Mimowolnie padłem przed nią na kolana. Zamykając oczy objąłem ją czule.

-Nie rób mi tego nigdy więcej.-wyksztusiłem. Będę płakać?
____________________________________________________________________

Nareszcie! Fuck yeah! Wyszedł mi taki długi, 2x dłuższy niż zwykle, więc przeszło mi przez myśl, czy by nie podzielić go na 2 części. Ale nie będę wam przecież tego robić! I sorry od razu jakby był jakiś błąd, ale zrozumcie: jest 1 w nocy co po całym tygodniu wstawania o 6 znaczy naprawdę wiele, a tekstu jest sporo. 

Co do 2 części Wonderland to... kiedy napisze ostatni rozdział tej części, zrobię sobie jakiś miesiąc przerwy, napisze w tym czasie kilka rozdziałów, żeby jakby co, być do przodu i ogólnie odpocznę od stresu, że na weekend muszę mieć gotowe rozdziały na 2 blogi ;p I w tej części nie będzie zbyt wielu rozdziałów. Na pewno nie ok. 80 jak jest tu. Myślę, że hmm... Jakieś 30? To będzie taki jakby dodatek. Będzie pisany na nowym blogu (pod innym adresem). Ale będzie fainie! haha
PS co u was? jak oceny i wgl ilość nauki?

6 komentarzy:

  1. PER-FECT !!! <3 proszę daj jak najszybciej kolejny! ;) to bd już ostatni czy jeszcze nie? ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet nie wiesz jak bardzo ucieszyłaś mnie tym rozdziałem! ^^
    Tak bardzo się cieszę, że Zayn i Alice już prawie są razem.
    Rozdział boskii jak zawsze i nie mogę się doczekać następnego. Kochamm. Xx :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Fuck yea! Co prawda, to kompletnie nie pasuje do rozdziału, ale Ci debile w końcu zrozumieli, że bez sb nie wytrzymują! Jaka ja jestem teraz podekscytowana!
    U mnie wszystko po staremu, no oprócz ego, że nosze okulary, oceny mam w miarę dobre, tylko muszę na geografią i angielskim popracować...

    OdpowiedzUsuń
  4. [spam]

    Shae była zwykłą nastolatką. Chodziła do szkoły, imprezowała, raniła chłopięce serca. Do czasu...
    Dwa lata wcześniej jej ojciec, policjant, zamknął w więzieniu osiemnastoletniego Zayna Malika. Kiedy w końcu opuścił malutką celę, w jego głowie znajdował się plan doskonały. Plan zemsty. Zayn wiedział, że czułym punktem policjanta Richarda będzie jego osiemnastoletnia córka. Z pomocą swojego zaufanego przyjaciela, Liama Payne`a, porwał młodą Shaę, nie do końca wiedząc ile będzie ją więził. Na pannę Rosen czekać będzie wiele, niekoniecznie miłych, atrakcji ze strony Malika. Z początku czuła do niego nienawiść, jednak potem... Właśnie, co potem? Dowiesz się tego, czytając:
    http://dark-ignorance.blogspot.com/

    ~ C. M.

    OdpowiedzUsuń
  5. I kurwa wsadź sobie to wszystko w dupę i posraj się tym zielskiem! - hahahahahah świetne zdanie :D
    W końcu mogę przeczytać zaległe rozdziały, nie miałam dostępu do internetu :/ Ale to nic nadrobiłam :)
    Świetny rozdział i cały blog :P

    OdpowiedzUsuń