niedziela, 24 listopada 2013

74. Sneez!

*Alice*
    Droga do szpitala, który był za rogiem minęła błyskawicznie i w ciszy. Nawet gdybym wiedziała co powiedzieć, wstydziłabym się. Jakie słowa były właściwe w takim momencie? Musimy wyjaśnić sobie tak wiele, że nawet nie wiem od czego należałoby zacząć… Poza tym, karetka nie jest do tego odpowiednim miejscem.
-Właściwie to nic pani nie jest. Ten lęk nie spowodował żadnych stałych urazów, tylko lekko panią przewiało, więc przyda się kilka leków na wzmocnienie.-oznajmił mi lekarz, gdy leżałam wykończona po milionach badań.-Tu jest recepta. Można wykupić je u nas, na parterze.
-Okej, to czekaj tu, kochanie. Ja polecę do tej apteki i zaraz po ciebie wrócę. I możemy jechać do domu, tak?-zwrócił się jeszcze raz do doktora.
On do mnie powiedział ‘kochanie’?! Kochanie?! Z całych sił starałam się nie jarać jak głupia, ale było to trudne. Tak jakbyśmy wrócili do siebie. Tak jak kiedyś...
-Najlepiej zostać w nim aż do porodu.-rzekł, a ja zamarłam. What are you pierdoling about?-Oczywiście w przenośni. Proszę się po prostu nie przemęczać, raczej nie pracować i w ogóle uważać na siebie. Widzimy się na następnej wizycie!-przypominając, pożegnał się. Miał naprawdę przyjazny uśmiech, który poprawiał samopoczucie pacjentom.
    Posadził mnie na wózek inwalidzki. Pchał do windy. Bylibyśmy w niej sami, gdyby nie jeden malec z mamą. Szeptał do niej, że jestem niepełnosprawna i taka gruba… Ona natychmiast obrzuciła mnie dokładnym spojrzeniem i uśmiechnęła się pod nosem. Tak, naśmiewajcie się z mojego ogromnego brzucha, proszę bardzo. Obejrzałam się na Zayna. Uśmiechał się i widziałam, że powstrzymywał śmiech. Ehh, walnęłabym mu, gdybyśmy się nie pokłócili, a teraz nie byli w trakcie godzenia…
    To było takie niezręczne. Siedzieliśmy w samochodzie odsunięci od siebie, jak obcy. Nawet kierowca siedział cicho. Na początku zapytał tylko, czy ma jechać do domu.
-Tak, do domu…-odpowiedział mu Zay, wpatrując się we mnie, lecz ja bacznie wyglądałam na ulicę.
Czułam się zażenowana. Jakbym nie miała gdzie iść i była bezdomnym. Jakby nie miał mnie kto przygarnąć. Taka ciężarna porzucona żebraczka, Boże…
    Mój żołądek przewrócił się o 180 stopni, gdy auto zatrzymało się przed domem. Znałam go bardzo dobrze. W końcu spędziłam tu kilka dobrych lat… Mimo, że wiele podróżowałam po globie, to zawsze tylko tu czułam się dobrze. Tylko w naszym łóżku mogłam się wyspać. Tylko wtulając się w niego. A rano schodziłam na dół, czując zapach jedzenia, które przyrządzała Chris lub Nialler. Na samą myśl, że właśnie do tego wracam, miałam ochotę skakać jak małe dziecko. Zayn szedł za mną, ale przed drzwiami przepuściłam go, aby je otworzył. Popatrzył na mnie jak „Hej, ty też tu mieszkasz, możesz to zrobić!”, ale jednak sam pociągnął za klamkę. Na wejściu zastaliśmy Christinę krzątającą się w kuchni wraz ze swoją miłością, Liama oglądającego coś w TV i Larrego malującego farbami po swoich twarzach. Dzieciuchy… Generalnie, codzienny widok. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, doprawdy. Do kogo podbiec i się przytulić? Oczywiście podbiec w moim wykonaniu to podejść w prędkości żółwia, poruszając śmiesznie nogami i trzymając się za brzuch. Obróciłam się na chwilę do Malika, jak gdybym  nie znała tych wszystkich ludzi i się wstydziła. Wtedy usłyszałam już tylko pisk. I mocny ucisk od tyłu. Obracając się zauważyłam naturalnie moją przyjaciółkę.
-Przepraszam cię za tamto…-wyszeptała mi.-Nareszcie jesteś!
Za nią już całe stado, łącznie z Louisem który nadał mojej twarzy trochę kolorów. Wszyscy coś mówili, co wiązało się z tym, że niczego nie zrozumiałam. Tylko kichałam. Pociągałam nosem. Kaszel też miałam… Uroki przeziębienia.
-Jesteś chora?-Liam dopchał się do mnie, kładąc mi rękę na czole.
-Tak, jest.-odpowiedział za mnie Zorro.-Więc teraz idziemy na górę odpocząć, a potem zjemy razem jakąś kolację.
    Bałam się. Tak cholernie się bałam zostać z nim sam na sam. Bałam się tej rozmowy. Bałam się prawdy. Bo powie mi prawdę, prawda? Wręcz sparaliżowana, wchodziłam po schodach, podtrzymywana przez niego. Za sobą słyszałam szepty reszty. Dziwi mnie, że LouLou i Hazz ukrywali się tyle czasu, a teraz nie umieją powiedzieć czegoś, żebym tego nie usłyszała. Paradoks.
-Tylko błagam, nie przeraź się…-rzekł Zayn przed naszą sypialnią, a ja trzęsłam się jeszcze bardziej. Co znowu?!
    Ubrania były wszędzie. Tak jak i śmieci. I cała zastawa stołowa. I nawet na żyrandolu coś wisiało. Dobra, sam sobie to będzie sprzątał. Nie mój problem… Ugh, okej, i tak mu pomogę. Sięgnęłam po czarny t-shirt, który zagradzał mi drogę i zaczęłam go składać. On natomiast, wyrwał mi go z ręki.
-Przestań. Usiądź tu sobie, a ja szybko ogarnę.-uśmiechnął się słabo, sadzając mnie na moim wymarzonym, wiszącym fotelu, o który niegdyś wykłócałam się cały tydzień, uprzednio ściągając z niego różne rzeczy.
Oby robił to jak najdłużej, błagam!
    On chyba też nieźle bał się tej rozmowy. Przeciągał to na tyle, że nawet pościel zmienił. Inna sprawa, że on kompletnie nie umie zmieniać pościeli… Może jeszcze tam nie lśniło, ale wyglądało o wiele lepiej. Przyjaźnie i dostatecznie jak na pokój kobiety w mnogiej ciąży. Jednak dalej nie miał zamiaru usiąść w spokoju. Zaczął czegoś szukać, aż w końcu całą swoją uwagę skupił na mnie.
-Jak się czujesz?
-Dobrze… To znaczy troszkę kicham.-dodałam, czynem potwierdzając moje słowa.
-Okej, weź te leki.-podał mi garść opakowań.-Ja zrobię ci gorącej herbaty, takiej z cytryną i może prześpij się jeszcze. A chcesz coś zjeść? Kiedy ostatnio coś jadłaś? Gdzie ja położyłem te kropelki na katar…
Uśmiechnęłam się pod nosem widząc go takiego… W ogóle go widząc. On był taki idealny. Nawet na chwilkę zapomniałam o tej całej sprawie, którą musimy omówić.
-Zay.-złapałam jego nadgarstki.-Uspokój się wreszcie. Nie umieram i zaraz wezmę leki, ale jest coś, czego nie możemy dalej przekładać. Nie mogę odzywać się do ciebie normalnie, mówić do ciebie "kochanie', przytulać cię, póki czegoś sobie nie wyjaśnimy, tak?
-Tak…-spuścił wzrok, opadając na łóżko.
Pociągnął mnie za rękę za sobą. Siedziałam tak blisko niego i w głębi duszy nie chciałam, żeby się odzywał. Nie chcę wracać do tego wszystkiego, skoro mam go przy sobie. Jednak wolałabym uniknąć wszelkich niedomówień. Ehh, mogę po prostu iść spać, albo nie wiem, zjeść coś? Zjadłabym Subwaya. Ostatnio wprowadzili nowe kanapki, tuńczyk i jajko z takim dziwnym sosem. Świetnie się komponuje. Więc to chyba lepsza opcja, niż siedzenie tu i gadanie…
-Więc…
-Teraz będę mówił, ale mi nie przerywaj. Opowiem ci wszystko co robiłem w ciągu tego miesiąca…
-Słucham...-rzekłam cicho, nie będąc przekonaną co do tej rozmowy.
-Załamałem się, bo tak naprawdę sam nie wiedziałem, co stało się tamtej nocy. Wtedy przyszedł do mnie Alex i powiedział, że daje mi 10 dni.
-10 dni na co?
-Nie przerywaj. 10 dni na wyjaśnienie wszystkiego, miał mi pomóc cię odzyskać. Nie wiedziałem od czego zacząć. Najpierw poszperałem w Internecie o tym wszystkim, następnie dowiedziałem się gdzie mieszkasz. Potem zhaczyłem kelnera, który powiedział, że po wyjściu z After Party byliśmy w klubie oraz tamte trzy dziewczyny przekupiły ich, żeby milczeli. Znalazłem ten Pub i okazało się, że pracuje tam brat jednej z dziewczyn. Dalej zająłem szukanie dillera. Jasne dla mnie było, że to nie tylko alkohol tak na mnie zadziałał. Nie mogłem przecież wypić aż tyle, żeby kompletnie nic nie pamiętać. Jednakże stopniowo przypominałem sobie fragmenty tamtej nocy, co również mi pomogło. No i dalej troszkę mi nie szło i miałem moment załamania i…
-Przyszedłeś do mnie, kompletnie schlany. Jak świnia, Malik. Powiedziałeś, że cię zdradzam i coś o Larrym i…-ugryzłam się w język w ostatniej chwili. Przecież nie powiem mu, że poprosił mnie o rękę! Nie ma opcji. Poczuje się nie zręcznie, że powinien to zrobić. Skoro nie chce to nie…
On gdy to usłyszał, wyglądał jakby dostał w twarz i spojrzał mi głęboko w oczy, cały przerażony.
-Wrócimy do tego później… W dalszym ciągu szukałem dillerów. Byłem chyba w każdym klubie w Londynie. W jednym z nich spotkałem Samantę-jedną z tych… kobiet. Okazało się, że mieszka naprzeciw ciebie…-powiedział ciszej, a moje oczy osiągnęły chyba wielkość spodków.
-Żartujesz, tak?
-Niestety nie.
To dlatego spotkałam tam wtedy Alexa? On wcale nie czekał całą noc, aby mnie szpiegować… Od początku ta wersja mi nie pasowała.
-Wracając do tematu, to nie dowiedziałem się nic nowego. Byłem na cmentarzu u twojej mamy i spotkałem cię. Wyglądałaś tak ślicznie… Więc poleciałem wysłać ci róże.
-Jakie róże?-spytałam zdziwiona. Jedyne kwiaty, które otrzymałem to te od Briana…
-166 błękitnych róż. Niebieskie róże oznaczają wierność.
-Czemu aż tyle?
-Wtedy minęło 166 godzin bez ciebie, wiesz?
Taki Zayn mnie rozbraja. Taki Zayn sprawia, że chce mi się płakać ze wzruszenia. Szepczący nieśmiało rzeczy, których nie usłyszałam nigdy od żadnego faceta. I był na cmentarzu, widział mnie kiedy spieszyłam na pseudo randkę z Brianem. Czyli, że on wysyłał mi kwiatki i walczył o to, aby mnie odzyskać, a ja dobrze bawiłam się w towarzystwie innego faceta? Łzy naszły mi do oczu, a w gardle utworzyła się gula, której nienawidzę.
-Nie dostałam ich.-westchnęłam, nie chcąc mówić nic więcej. Jeszcze chwila, a znów bym ryczała.
-To teraz nie ważne.-spojrzał na mnie dosadnie-Twój brat powiedział mi, że zabiera mnie na jakąś akcję. Pojechaliśmy po broń i mieliśmy zaatakować głównego winowajcę, ale przypomniałem sobie o czymś bardzo istotnym…
-Jaką broń? W coś ty się wplątał?!-denerwowałam się coraz bardziej z każdym wypowiedzianym przez niego słowem. Co się w ogóle stało?
-Słuchaj dalej, kochanie.-o mój Boże, znów użył tego słowa!-Te dziewczyny były przez kogoś wynajęte i nagrywały całe nasze spotkanie, które odbyło się w tym apartamencie, sąsiadującym z twoim. Chciałem za wszelką cenę odzyskać to nagranie, bo wiesz… Ono udowodniłoby ci, że jestem nie winny. No, przynajmniej nie tak całkiem. I pojechaliśmy tam. Wdarliśmy się do ich mieszkania, a one uciekły na dach. Alex za nimi. Ja zostałem w środku i szukałem tej pieprzonej płyty i właśnie wtedy mnie porwali…
-Słucham? Zay, ty słyszysz co mówisz?
-To Demi.
-Co?!
-Demi Lovato nasłała na mnie te dziewczyny, aby wyszło, że cię zdradzam i żebyśmy się rozstali.
Nie rozumiem. Mój mózg powoli przestaje przyswajać te wszystkie informacje. Demi Lovato chciała zniszczyć nam związek, tak? Ale po kiego muchomora? Przecież ona jest taka kochana… Tyle razy nam pomogła. Bardzo pomogła Chris… Nie wierzę. Albo on się przejęzyczył, albo ja się przesłyszałam, albo to w ogóle jakiś sen. Zmęczenie. Tak, to jest to. Zmieniłam pozycję na leżącą i przyglądałam mu się bacznie. Wygląda na poważnego.
-Zayn, ale…
-Uwięziła mnie w piwnicy i powiedziała, że wypuści gdy oddam płytę. Nie chciałem jej oddać, żeby dać ją tobie. W końcu to o to walczyłem te wszystkie dni.-zaczął mówić jak opętany, zdenerwował się. Po tym jak go znam albo czuje się winny, albo się boi.
-Spokojnie…
-Nie wiedziałem co robić, bo ona chciała cię skrzywdzić, a ja nie mogłem się wydostać…-dokończył ciszej, a ja zamarłam.
Sądził, że jeśli nie da mi dowodu, nie uwierzę mu. I pewnie bym mu nie uwierzyła. Ale ze mnie suka… On zrobił tak wiele, by mnie odzyskać. Tymczasem ja myślałam, że zabawia się w najlepsze i zrezygnował ze mnie. Już mnie nie chce. A ja starałam się sobie wmówić, że nie chcę jego.
-Oddałeś ją w końcu?-spytałam, tłumiąc w sobie uczucia, które rozszarpywały mnie od środka.
-Twój brat po mnie przyjechał. I mnie uwolnił. Uciekłem. Zdążyła mnie jeszcze postrzelić, ale to nic takiego. Dziś zostało po tym małe zadrapanie.
-Gdzie?-usiadłam gwałtownie, wyprowadzona z równowagi.
-W ramię, to nie ważne.-chwycił moje barki, by położyć mnie ponownie.
-Spójrz mi teraz w oczy i powiedz, że to wszystko prawda.-rzekłam, nie wierząc. No błagam. Takich rzeczy to nawet na filmach nie ma. Poza tym, po co Dems miała niby to robić?
-Proszę, obejrzyj.-wręczył mi zmaltretowaną kopertę z płytą.
Wyciągnęłam ją ze środka i obejrzałam dokładnie. Widniał na niej napis „Zayn”. To było… Straszne. I że tam jest nagranie, jak te dziewczyny coś z nim robią tak? Nie rozumiem. Więc dlaczego mam to oglądać. Jakoś nie mam ochoty na takie seanse…
-Co na niej jest?
-Sama zobacz.
-Nie, Zayn. Chcę to usłyszeć od ciebie.
-Tam jest nagrane jak mnie całują i rozbierają i mówią, że muszą to nagrać i…
-I?
-I nic poza tym. Właśnie chodzi o to, że nic się nie wydarzyło. Tylko mnie całowały. A ja byłem nieprzytomny. Sprawdź.
Nie pewnie przyglądałam się chwile plastikowemu krążkowi. Obracałam w palcach. Czyli o to walczył Zayn tyle czasu, był porwany, postrzelony… tak? Posłał mi pytające spojrzenie. A ja… Ja po prostu ją połamałam. Nie chciałam tego widzieć. Po prostu nie chciałam oglądać mojego nieprzytomnego chłopaka, którego liżą jakieś dziwki. Po co mi to?

*Zayn*
    Patrzyłem na nią oniemiały. Co ona właśnie zrobiła? Co tu się do cholery dzieje? Tyle przeszedłem dla tego małego gówna, a ona je zniszczyła? I znów będzie obrażona? Co jeszcze mam zrobić?
-O co chodzi?-w moim głosie dało wyczuć się nutkę wkurzenia. Wzdrygnęła się gdy to usłyszała. Chyba miałem prawo. Tyle o to walczyłem… Z drugiej strony, oddałem to jej. Mogła zrobić z tym co chciała...
-Ufam ci, Zayn.
-A wcześniej mi ufałaś?
-Chciałam, ale z każdym dniem wyglądało to coraz gorzej. Sam przecież nie znałeś prawdy.
-Czyli wszystko wróci do normy?
-To wszystko co miałeś mi do powiedzenia?
-Nie.-zaprzeczyłem, a ona posłała mi pytające spojrzenie.-Bo siedziałem u tej Demi, pod ziemią i… Ona miała dla mnie propozycje.
-Jaką?-spytała, jakby od niechcenia. Nie spodziewała się, co zaraz usłyszy.
-Że jeśli się z nią prześpię, wypuści mnie oraz pozwoli zatrzymać płytę. Udowodniłbym ci, że cię nie zdradziłem, tak naprawdę cię zdradzając, rozumiesz? I ona się rozebrała i się całowaliśmy. To znaczy ona mnie całowała. Ale zaraz potem poszła. Do niczego nie doszło, oczywiście.
    Wstała, obracając się do okna. Chyba była w szoku. Nie dziwie się. Tyle strasznych informacji naraz, to niezbyt dobry pomysł, szczególnie dla kobiety w ciąży. Nie wiedziałem co powiedzieć. Przepraszam? Również się podniosłem, podchodząc do niej powoli. Jeśli znowu się obrazi na miesiąc, to nie wiem co zrobię. Schowałem twarz w dłoniach. Mam dość! Po prostu mam dość...
-Czemu nie dałeś mi tej płyty od razu?-odwróciła się, po czym zauważyłem łzy na jej twarzy.
-Chciałem i dzwoniłem, ale odebrał twój chłopak mówiąc, że nie chcesz ze mną gadać.
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę. Zrobiła 2 kroki, przybliżając się do mnie. Złapała za brzegi mojej dżinsowej kurtki. Zawsze tak robi, gdy jest zdenerwowana.
-Całowałam się z nim, wiesz?
Au. Zabolało. Jednak nie mam najmniejszego prawa mieć o to pretensji. Mogłem się w zasadzie tego spodziewać. Spędzali razem tak wiele czasu… W zasadzie powinienem być mu wdzięczny, że się nią zajął, gdy ja tego nie robiłem. Mam kompletny mętlik w głowie. Czemu to wszystko jest takie pojebane?
-Skończmy z tym. To nie ma sensu.-odpowiedziałem, po dłuższej chwili.
-Z nami?-spojrzała na mnie, a kolejne łezki zapełniały jej śliczne oczy.
-Oszalałaś, głuptasie? Nie wywlekajmy już całej przeszłości, zostawmy to. Mam dość. Bądźmy szczęśliwi, hm?
-Mogę cię przytulić?-spytała, dalej ze smutkiem na twarzy.

    Głupio poczułem się, gdy o to zdanie wyszło z jej ust. Zabiłbym dla niej siebie i resztę populacji. Myślę o niej bez przerwy. Zrywam się rano żeby zrobić zakupy na śniadanie. Czasem po 2 koncertach dziennie śpię 2 godziny, aby móc się z nią zobaczyć lub pogadać na Skype. Wiem o niej wszystko, a ona wie wszystko o mnie. Stale piszę dla niej piosenki, których nigdy nie widziała, ale kiedyś zobaczy. W dniu gdy jej się oświadczę, odśpiewam jej wszystkie dzieła. Bo kiedyś to zrobię, na pewno. Teraz nie mogę, lecz kiedyś przysięgnę jej oficjalnie, że będę u jej boku do śmierci i jeszcze dłużej. Przecież za niecałe 2 miesiące urodzi mi dzieci. Na samą myśl o nich, czułem coś dziwnego w brzuchu. Nie wierzę, że już niedługo będą się tu krzątać 2 maluchy. Nasze. Takie tylko nasze. Będą połączeniem jej i mnie. Będą płakać w nocy, a my będziemy się kłócić kto ma wstać. Będziemy je karmić, kąpać i przebierać razem. A gdy już zaczną raczkować, będziemy biegać za nimi we wszystkie strony. I będziemy je kochać najbardziej na świecie. Tak jak siebie. Na zawsze. Więc dlaczego ona zapytała, czy może mnie przytulić?
__________________________________________________________

Ten rozdział może jest taki nudnawy, ale jest przypomnieniem co działo się ostatnio. Bo ogólnie to planowałam, że oni się będą kłócić jakieś hmm 3 rozdziały. Skłóciłam ich pod koniec czerwca. Minęło 20 rozdziałów. 20. Czaicie? Pozdro dla mnie, rili. Mam nadzieje, że nie jest bardzo chaotyczny.

PS Wgl aaaaaa 1dday! Ale mam takie poczucie winy, że mam ochotę się powiesić, bo spałam akurat u koleżanki i tak oglądałam to 1 okiem. Dopiero jak koleżanki poszły spać o 1 to ja to oglądałam i poszłam spać po 4 ;p Tak ryczałam, że aż się o siebie bałam. I dalej mam ochotę. To oczywiście łzy szczęścia, że jestem tu gdzie jestem, z nimi. A jak u was? 

sobota, 16 listopada 2013

73. Bad day. Bad life...

*Alice, 2 tyg. później*
    Byłam jak wrak człowieka. Psychicznie. Bo fizycznie czułam się świetnie. Dużo latałam po lekarzach, zrobiłam wszystkie możliwe badania. Dodatkowo moją kondycję poprawił basen, który okazał się dobrym rozwiązaniem. Płakałam właściwie codziennie. Może niezbyt długo, bo nie można łzawić w nieskończoność, ale smutek pozostawał. To taki mój wierny towarzysz. Na dobre i na złe! Tylko on mnie nie opuszczał…
    Pamiętam jak kiedyś wyglądały moje wieczory… Chodziliśmy z Zaynem do kina, teatru, na zakupy, gotowaliśmy lub tylko leżeliśmy bezczynnie. Czasem wszyscy razem graliśmy w gry… Zawsze było tyle śmiechu, jak to z piątką idiotów. Gdy wyjeżdżali na trasy, nie traciłyśmy fun’u, razem z Christiną. Wymykałyśmy się potajemnie na imprezy albo… robiłyśmy imprezę w domu chłopców. Nie dowiedzieli się jeszcze o żadnej, to naprawdę było ściśle tajne. Niby nie robiłyśmy nic złego, ale lubiłyśmy mieć przed nimi zabawne tajemnice. Nawet jeśli nie chciało nam się kompletnie nic, zasiadałyśmy przed TV, oglądając seriale i wżerając imponujące ilości słodyczy. Byłam szczęśliwa.
    Co teraz? Nie mam nikogo. Wieczorami nie robię nic. Dosłownie nic. Siedzę przy zgaszonym świetle, nad filiżanką herbaty. Zwykle długo nie mogę usnąć, ale to nic. Mogę po prostu siedzieć. W ciszy i spokoju… Powoli przywykam. Oczywiście o ile da się przywyknąć do samotności.
    To kolejny z tych wieczorów. Załkałam, gdy zdałam sobie sprawę, że ja już nawet nie marzę. Człowiek może wszystko, jest największym na świecie i takim silnym, gdy stać go na marzenia. Czyli mnie już nic nie pomoże? Już na zawsze będę spędzać tak wieczory? Samotnie, czarno, cicho i smutno. Tak właśnie zapowiada się moje życie.
    To idealny moment do napisania piosenki. Tak, naprawdę świetny. Lecz ja już nie piszę piosenek. Nie śpiewam. Nie ma mnie. Muzyka zawsze była we mnie. Jeśli teraz jej nie ma, czy to znaczy, że mnie też nie ma? Nie wiem. Ale tonę we własnej niedoli, jeśli pomyślę jak bardzo zawodzę swoich fanów, każdego dnia, w którym decyduję się nie iść do studia nagraniowego. Oni o tym nie wiedzą. W ogóle nic nie wiedzą. Nic im nie mówię. Mimo wszystko, jestem pewna, że ich zawodzę.
    Myśląc o tym, przypomniała mi się pewna rozmowa, przeprowadzona z pewnym mądrym człowiekiem, tuż po tygodniu, w którym spałam łącznie jakieś 20 godzin…

-Nie daję już rady, to dla mnie za dużo… Gdy patrzy się na to z boku, wydaje się takie proste. Jednak trzeba w to włożyć tak wiele pracy…
-Czy gdybym wiedział, że nie dasz sobie rady, wciągałbym cię w to?
-No nie…
-No nie. Bo jesteś silna.
-Nie, wcale nie. Zawsze myślałam, że taka jestem. Łudziłam się, żeby poczuć się lepiej.
-Jesteś najsilniejszą osobą na świecie, a wiesz dlaczego?
-Dlaczego?
-Bo wyśniłaś sobie, że kiedyś będziesz tu, gdzie jesteś dziś.

    Zgadza się, to Zayn. Mój najlepszy przyjaciel. Do czasu. Faceci naprawdę potrafią być tacy kochani, opiekuńczy, zaskakujący, pełni poświęcenia, wręcz idealni. Można się od nich uzależnić. To prawie pewne. Z każdą sekundą w której o nich myślisz, coraz bardziej chcesz być z nimi na zawsze. Lecz każdy cię wykorzysta, wyssie z ciebie życie, a potem zostawi. Każdy. Nie ma takiego, którego można być pewnym w stu procentach. Teraz należy zadać sobie pytanie; czy chcesz przeżyć coś wspaniałego, w zamian za ból? Długi i okropny ból. Jest też druga opcja. Nigdy nie być pokochaną nawet na moment, ale nie cierpieć. Przynajmniej nie tak bardzo.
    Następnego dnia rano stało się coś dziwnego. Mianowicie obudził mnie dzwonek do drzwi. Przecież ja nie mam znajomych, przyjaciół, ogólnie kogoś, kto zechciałby mnie odwiedzić. O mój Boże, a jeśli to tata? Ogarnęłam wzrokiem mieszkanie. Prezentowało się nienajgorzej. Kurde, pewnie będzie wypytywanie, pewnie pojedzie do Zayna, zrobi mu aferę… Sądzę, że już wie, że nie jesteśmy razem. Na pewno wie. Ale wcześniej nie miał na to czasu. Może to i lepiej, że będzie ze mną? Jest naprawdę źle, więc przyda się człowiek, który już się urodził. Dzieci nie zawsze mogą mnie pocieszyć…
    Gdy otworzyłam drzwi, prawie pewna, że to ojciec, oniemiałam gdy zauważyłam jakiegoś faceta. Przecież ja jestem nie ubrana! To znaczy w piżamie, z sianem na głowie i worami pod oczami! Ehh, czyli jednak nie znalazł dla mnie czasu, swoją drogą… Stałam bujając w obłokach chyba jakąś chwilę, bo zaczął gadać coś w stylu ‘halo’.
-Dzień dobry.
-Ten dzień wcale nie jest dobry. Żaden dzień nie będzie.-odpowiedziałam, wpatrując się w swoje palce u stóp, którymi poruszałam zabawnie. Co ja wyprawiam?!
-Wydaje mi się, że jednak po mojej wizycie, wyjdzie z niego coś przyjemnego.-uśmiechnął się szeroko, jakby był jakimś akwizytorem i chciał opchnąć maszynę która za ciebie wstaje rano.
Hm, serio? Zwrócisz mi moje stare, szczęśliwe życie? Może masz tu Zayna, czystego jak łza, który klęczy z pierścionkiem i w ogóle… Ugh, a może on serio jest od Zayna? Albo chociaż Chris lub chłopaków…
-Mianowicie?
-Chyba nie ma nic lepszego jak powitać kobietę kwiatami, w tak piękny poranek!-wyciągnął z zza siebie bukiet jakiś badyli, które były cukierkowo urocze. Oh, tak jak to całe przedstawienie.
-Są taaakie prześliczne. Kocham chwasty i tym podobne… Wyrządzają tyle zła i są bezużyteczne, ale ja przecież na takie lece.-Co ja przed chwilą do kurwy nędzy powiedziałam?!
-Jest tu nawet dołączony liścik! W takim razie, proszę. Mam nadzieję, że ten upominek troszkę osłodzi pani czas.-znów ten wymuszony z całych sił wytrzeszcz twarzy i już chciał uciekać.
-Proszę poczekać.
Zlustrowałam go bardziej trzeźwymi oczami. Ubrany w jakieś debilne, służbowe wdzianko. Faktycznie, na jego lewej piersi widniało coś o poczcie kwiatowej. Jeśli to od Zayna, to mam je w dupie. Spojrzałam na karteczkę.

„Przepraszam za tamten wieczór, to wyszło przez przypadek, naprawdę. Błagam, daj mi jeszcze szansę, nie chcę znów Cię stracić, zrozum. Nawet jako przyjaciółki. Może masz ochotę na śniadanie w moim towarzystwie? Znasz adres, czekam na Ciebie. Ustalilibyśmy może szczegóły naszego wieczornego wyjścia, co Ty na to?
Brian xx”

    On sobie kpi, czy mi się wydaje? Przez ułamek sekundy przeszło mi przez myśl, żeby przyjąć zaproszenie. W końcu chyba żadna tragedia się nie stała, dramatyzuję jak zwykle, a poza tym, mam całkiem pustą lodówkę. Ale nie. To skurwiel i wszystko zaplanował i ja nie będę mieć z nim już nic wspólnego. Boję się. Jest kilka razy silniejszy, dodatkowo ja jestem w ciąży.
    Przez chwilę zastanawiałam się co zrobić, lecz wpadłam na kolejny idiotyczny pomysł.
-Mógłby pan wejść ze mną piętro wyżej?
-Słucham?
-Ugh, to potrwa 2 minuty. Tam mieszka nadawca.
-Dobrze.-odpowiedział, po chwili zawahania.
Nagle doznałam przypływu pewności siebie i śmiało zadzwoniłam dzwonkiem. Cały czas ściskałam w garści te kwiatki… Otworzył ucieszony, że jednak przyszłam. Jednak ocenił pochopnie sytuację…
-Cześć!
Ja na powitanie cisnęłam tym prezentem w niego z całych sił. Ma szczęście, że nie wybrał róż.
-Czego nie rozumiesz kurwa w zdaniu „Nie chcę cię więcej widzieć!”?!
-Uspokój się, pogadajmy.
-Czy wyglądam jakbym chciała gadać? A według pana-zwróciłam się do głupiego gostka.-wyglądam jakbym chciała gadać?
Wymienili jakieś męskie spojrzenia. Mhm, to jasne, że on stanie po stronie tego debila. Ale ja po swojej stronie mam dwójkę dzieci!
-No… Jakby… Proszę pomyśleć o dziecku, powinno mieć ojca i… To może zniszczyć mu życie… Lepiej żeby matka została z ojcem.-wyjąkał kilka zdań, które jakby zrzuciły mnie z wysokiego klifu.
-Tak pan myśli?-spytałam, niemal płacząc.
-No… Tak.
-Sam słyszałeś, powinnam wrócić do ojca. Nigdy więcej nie próbuj się do mnie zbliżać. Żeby było łatwiej, to ja się wyprowadzę. Nie zapominaj, że mam ochronę! I kurwa wsadź sobie to wszystko w dupę i posraj się tym zielskiem!-ostatnie zdanie może nie było zbyt inteligentne. Ale zrobiłam mu awanturę na całe sąsiedztwo. Fajnie. Może napiszą o mnie w gazecie i będzie kolejna drama!
    Wściekłość tętniła się w moich żyłach, jakby chciała je wysadzić. Jednak za wszelką cenę chciałam się samoistnie uspokoić. Napisałam do menadżera, że będę dziś w studiu. Musiałam więc szybko się ogarnąć. Nakręciłam się trochę, co poprawiło mi humor. Nareszcie gdzieś wyjdę, nareszcie poczuję się potrzebna. Nareszcie nie zawiodę i będę miała powód, żeby być z siebie dumna.
    To nie był zbyt dobry początek dnia. A może był? Właściwie to zmotywowało mnie w jakiś sposób do wyjścia do ludzi. Tak naprawdę, mam dla kogo się starać. Mam dla kogo jeździć do pracy i starać się z całych sił. To moi fani. Nie wchodzę na Twittera już od dłuższego czasu. Zostawiłam ich. Jestem pewna, że się martwią i tęsknią… Jeśli są źli, to rozumiem. Sama bym była. Jeszcze nie dawno byłam największą fanką One Direction, fangirling i te sprawy. Ha, a to błaganie o follow back! To dopiero było, czasem spędzałam na tym całe godziny. Wpadła mi do głowy pewna myśl. Po prostu włączę tą stronę w telefonie i zaobserwuję każdego, kogo tylko będę mogła. Wielkie, największe na świecie follow spree. Uśmiechnęłam się na samą myśl, że uczynię komuś ten dzień wyjątkowym. W dobrym znaczeniu, oczywiście. Zajmę się tym od razu kiedy wrócę…
    Wsiadając do samochodu, poczułam ból brzucha. Taak, dzieci lubią mi dokopać, gdy już trochę „dobrzeję”. Objęłam go rękami, delikatnie wsiadając do auta. Wtedy pomyślałam o jednym, co nawet było logiczne. To wcale nie jest dobry dzień. Nie może być z góry założone, że dzień jest dobry, lub zły. To zależy od nastawienia. Może nie czuję się dziś fizycznie najlepiej, ale myślę, że dam radę. Stawię czoła, wszystkiemu co ma się zdarzyć. A może czeka mnie szczęśliwy obrót spraw? A może wręcz na odwrót; stanie się coś strasznego. Ale spokojnie, ja jestem silna. Naprawdę silna. Dam radę.
    Wyjechałam z mojej ulicy, czułam się tak dziwnie. Nie wiem, czy było to spowodowane tym, że już długo nie ruszałam się z domu, a zakupy robiłam tylko przez Internet. A prowadzenie mojego kochanego autka, to już w ogóle! Pamiętam dzień w którym je dostałam. Trudno byłoby zapomnieć, to była moja osiemnastka! Ehh, byłyśmy takie głupie z Chris! Zrobiłyśmy rozróbę na cały Londyn. A potem ta impreza na której Zayn złożył mi życzenia i tak słodko pocałował w ucho i… Tam wyznaliśmy sobie miłość. Pierwszy powiedział do mnie ‘kocham cię’, a ja myślałam, że umrę. Przypominając sobie o tym łzy naszły mi do oczu. A moim życzeniem urodzinowym był on. Matko, jaką ja byłam zakochaną gówniarą! Nie widziałam poza nim świata. A jak widać takowy istnieje. Może nie przyzwyczaiłam się jeszcze do niego, ale na pewno nie jest taki zły…
    Wtedy doznałam bardzo nieprzyjemnego uczucia. Wstrząsnęło mną, jakbym była kuleczką w grzechotce. Nie widziałam nic, przez moje zaciśnięte powieki. Gdzie właściwie jestem? Poczułam ból na prawym udzie i oczywiście w brzuchu. Co się tu dzieję? Agh, nieprzyjemny powiew chłodnego powietrza. Postanowiłam nieśmiało ruszyć głową, lecz dalej przez zamknięte oczy.
-Halo? Słyszy mnie pani? Wszystko w porządku?-czy to było do mnie? Męski głos odbijał się echem w mojej głowie.
-Ja?-spytałam idiotycznie.
-Nic pani nie jest?
-Mi?
-Boli coś panią?
-No kurwa…-szepnęłam. Może zbyt głośno, ale czy ten ktoś to debil? Pokusił mnie, abym zobaczyła jego oblicze. O kurczę. To policjant…
-Słucham?-uniósł jedną brew, wpatrując się we mnie.
-Co się stało?
-Uderzyła pani w latarnię… Radziłbym uważać. Okej, proszę opuścić pojazd, dokumenty i tak dalej…
    Fuck. To słowo idealnie opisuje sytuację w której się znalazłam. I to przez głupie rozmyślanie o tym, co było kiedyś. Muszę nareszcie odciąć się od przeszłości. Jeśli tego nie zrobię, nigdy nie ruszę do przodu. Nigdy nie poczuję się dobrze. Właśnie. Mam jeszcze szansę na szczęśliwe życie!
    Tylko najpierw muszę oddać auto do naprawy. Cały rozwalony przód, szyba jest wybita… Na szczęście szkła nie zrobiły mi krzywdy. Zdecydowałam, że nie poddam się i zaraz wsiadam w metro, żeby dotrzeć do pracy. Kocham ten środek transportu. Może akurat spotkam tam jakiś fanów? Albo miłość swojego życia! Tak, to by było to. Szkoda tylko, że nikt na mnie nie poleci, bo mam dzieci z innym. Ehh, może zdarzy się wyjątek.
    Nagrywanie wyszło świetnie! Pomijając kilka wrednych komentarzy na temat mojej długiej nieobecności. Heloł, jestem w ciąży. Miałam prawo. Szczególnie w moim przypadku. Ale już teraz nie będę się tym zasłaniać. Jednak gdy schodziłam do metra, poczułam się gorzej. Po prostu jakoś tak… samotnie. Chciałabym z kimś pogadać, nie wiem… Z kimkolwiek. Może być nawet operator z sieci.
    Gdy tylko oddaliłam się od grupki fanów, z którymi robiłam sobie zdjęcia i opowiedziałam o dzisiejszym wypadku, zabrzęczało coś w mojej małej torebce. Hm, czyżby Bóg zdecydował się po kolei spełniać wszystkie moje prośby? Zaciekawiona i podekscytowana, co było dość dziwne, wyciągnęłam telefon, patrząc na wygaszasz. Awwh, to LouLou!

-Słucham?-starałam się brzmieć dobrze. Tak przyjaźnie, otwarcie, jakbym rozmawiała ze starym znajomym.
-Hej, Alice! Co u ciebie?-usłyszałam krzyk Harrego, a za nim Louisa.-Ja dzwonię, więc ja rozmawiam, tak? Nie wcinaj się!
Zaśmiałam się mimowolnie. Tak się za tym stęskniłam! Poczułam aż gulę w gardle, ale z całych sił starałam się ją przełknąć.
-No jakoś leci. A u was?

    Nie lubię takich sytuacji. I chyba nikt nie lubi. Kiedy jestem w miejscu publicznym, sama i cały czas się śmieje, lub po prostu mam banana na 3/4 twarzy. Ugh, muszą mieć mnie za chorą psychicznie. Ale… Panie i panowie, tak działa chwila rozmowy z Larrym! Lata mijają, a oni wciąż tacy sami. Ja się zmieniłam. Trochę dorosłam… Usamodzielniłam się. Może nie udowadniałam tego, w przeciągu ostatnich kilku tygodni, ale jest lepiej. Lepiej niż wtedy gdy twierdziłam, że nienawidzę mamy, ale gdy tylko było coś nie tak, chowałam się pod jej spódnicę.
    Siedząc, na miejscu miłego chłopaka, który wydawał się zwykłym gówniarzem, ale ustąpił mi miejsca, rozmyślałam o tym wszystkim. Popadałam ze skrajności w skrajność. Albo jest zajebiście, albo idę się zabić. Wtedy poczułam jakieś dziwne… hmm… wstrząsy? Jakby tory były powykrzywiane, czy coś. Pociąg nie jechał płynnie, jak zazwyczaj. Zdezorientowana rozglądałam się, aby zauważyć reakcję ludzi. Może sobie coś ubzdurałam? Mówili coś jak: „Co się dzieję? Ah, metro ostatnio trochę szwankuje, ale przynajmniej dojeżdża na czas.”. Opanowanie i obojętność innych również mnie troszkę uspokoiła, lecz dalej miałam takie dziwne uczucie. Po chwili do tego doszedł okropny ból brzucha. Chyba z nerwów, lekarz powtarzał, że jestem za bardzo nerwowa. Ugh, dlaczego mieszkam tak daleko? Najchętniej wysiadłabym stąd i jednak wybrała inny środek transportu. Jechaliśmy coraz dziwniej, pojazd szarpał i jakby zatrzymywał się sekundami, co było do niego kompletnie niepodobne. Ludzie wydali się bardziej poruszeni, niż na początku. Zaczęły się jakieś obawy i szepty „Co się tu dzieje?”. Najgorzej czułam się chyba dlatego, że byliśmy pod ziemią. Nawet jakbym bardzo chciała się stąd wydostać, nie udało by się. Do tego rzadko zatrzymywaliśmy się na stacjach i praktycznie cały czas byliśmy w kompletnie czarnym tunelu. Napadały mnie takie lęki, które wzmagały, lekkie do jakiegoś czasu, skurcze. Stawały się one coraz bardziej nie do zniesienia. Ehh, dzieci, nie teraz! Doszło do tego, że wstałam, patrząc w okno z nadzieją zobaczenia czegoś więcej niż czerni. Postanowiłam, że natychmiast wysiadam, gdy tylko się zatrzymamy. Złapałam się mocno rury, o którą następnie się oparłam, przymykając oczy. Pociąg zwalniał z lekkim oporem, lecz nareszcie się zatrzymał. Ale zaraz… Wciąż byliśmy w tej jebanej otchłani ciemności! Ugh, serio? Dwa wypadki w jednym dniu?! Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie śnię. To by pasowało. Szczypnęłam się dyskretnie parę razy, na nic. Zaczęłam oddychać dość głęboko, lecz szybko. Mój strach naprawdę urósł do ogromnych rozmiarów, a ja kompletnie nie wiedziałam dlaczego. Spokojnie, zaraz to naprawią! Spokojnie, dzieciaki, spokojnie… Ale to tak boli! Syknęłam, nie wytrzymując napięcia.
    Musiałam naprawdę wzbudzać litość, gdyż wokół mnie utworzył się wianek przejmujących się mną, albo raczej wścibskich.
„Nic pani nie jest?” „Wszystko w porządku?” „Proszę usiąść!” „Coś panią boli?” „Czuje pani skurcze?” „Za chwilę ruszymy, proszę zachować zimną krew!” „Halo, słyszy pani?!”
Nie patrzyłam się na nich. Wzrok skierowałam na swoje buty, próbując zająć czymś myśli. Są dość ładne. Nigdy nie przepadałam za butami na płaskiej podeszwie, ale okazują się nie takie złe. Istnieją różne ładne baleriny, czy sandały. Te są akurat kremowe, z kokardkami po bokach. Wyglądają słodko. Kupiłam je na zakupach z Brianem, gdy zakazał mi wszelkich obcasów. Boże dlatego, że potem byłam cała obolała. Ból. Auch! Jestem tu zamknięta, pod ziemią, nie mogę wyjść, zadzwonić po karetkę, nic! Kolejny napad lęku. Tym razem skurcze nasiliły się na tyle, że nie wytrzymałam, kuląc się z grymasem na twarzy. Teraz nawet już nikogo nie słuchałam. Ale gdy poczułam dotyk na ramieniu, zdecydowałam się otworzyć oczu. To ten chłopak. Ten gówniarz, który ustąpił mi miejsca.
-Chcesz ze mną posłuchać?-zapytał prosto, wyciągając w moją stronę rękę z pojedynczą słuchawką.
Przez dłuższą chwilę, patrzyłam na niego jak na debila. Lecz ostatecznie kiwnęłam potakująco głową.
-Może usiądziemy?-zaproponował, osuwając się i układając pod drzwiami. Zrobiłam to samo. Plecy oparłam o ścianę, a nogi mogłam wyprostować. Dzięki tej pozycji poczułam się trochę lepiej.
-Jakiego rodzaju muzyki słuchasz?-zagadnął.
-Raczej popu.-wydusiłam szeptem.
-Hm, fajnie. Ja też.
Zdziwiłam się. Wyglądał na typowego metala. On i pop? Pozory mylą… Po chwili szukania, odtworzył najnowszą piosenkę Miley Cyrus w duecie z jakimś raperem.
-Ona to ma głos, co nie? Podoba mi się… Zawsze chciałem pojechać na jej koncert.
-Jesteś jej fanem?-odezwałam się, nie kontrolując słow. Ale co to teraz za różnica?
-Nie wiem, czy fanem. To po prostu mój cel, do którego dążę od jakiegoś czasu.
-To po prostu kup bilet i w drogę.
-Gdyby to było takie proste.-prychnął.
Miałam ochotę zacząć namawiać go, aby zaczął działać. Ogólnie wciskać mu jakieś gadki na pewność siebie, ale zwyczajnie nie miałam już siły na nic. Spoglądając na tych wszystkich wkurzonych ludzi, krzątających się po pojeździe, po raz kolejny skupiłam się na tych złych rzeczach. Nie mogłam słuchać dalej, więc wyrwałam słuchawkę z ucha. Nie mogłam siedzieć dłużej, więc starałam się podnieść, ale z każdym ruchem było coraz gorzej. Zacisnęłam powieki, czułam jakbym osuwała się w pozycję leżącą. Ale nie chcę leżeć, ani siedzieć, tym bardziej stać! Zawyłam dość głośno, co znów zwróciło całą uwagę na mnie. Czułam to. Tych ludzi wpatrujących się we mnie. Teraz nie obchodziło mnie to. Miałam ochotę zniknąć. Albo raczej, aby ten ból zniknął.
    W mojej głowie narodziła się nowa myśl. Czy ja… Czy ja właśnie rodzę? Chyba każdy zauważał to samo, nawet usłyszałam krzyk „Dzwońcie po karetkę!”. Tak, fajnie by było gdyby tu dojechała karetka, do cholery!
-Który to miesiąc?-usłyszałam zdesperowany głos jakiejś kobiety.
-Nie wiem, nie wiem…-mamrotałam, nie potrafiąc zebrać myśli.
-Może ty chcesz do kogoś zadzwonić?-mój nowy kolega, szepnął mi coś do ucha.
Uznałam to, jak i wszystkie inne wypowiedzi za bzdurę, ale hej. Powinnam chyba z tego skorzystać. Ktoś powinien wiedzieć. Ale kto, skoro nie mam nikogo? Przez myśl przewinął mi się Alex, jednak jak szybko się pojawił, tak szybko odszedł.
-W torebce mam komórkę. Zadzwoń do… Zayna.-bąknęłam. Co?! Co ja właśnie powiedziałam?! Argh, nie ważne. Po prostu mnie stąd zabierzcie. Tak mi gorąco!

*Zayn*
    Myślałem, że oszaleję! Zwolnię tego kierowcę, jeśli nie zacznie jechać szybciej! Miałem ochotę wyskoczyć z auta i dobiec na miejsce. Wydawało mi się, że pokonałbym ten dystans kilkanaście razy! Po telefonie od tego faceta, ręce telepią mi się nieustannie. Ja nawet nie zrozumiałem go dokładnie! Prawdopodobnie też był w tym metrze skoro dzwonił z jej telefonu, więc miał słaby zasięg. Wychwyciłem tylko kilka słów, takich jak „pana dziewczyna w ciąży”, „awaria metra”, „karetka”, „szpital”, „poród”  i coś o stracie przytomności. Żadne z nich nie wróżyło nic dobrego, więc zdecydowałem się ostatecznie nie tracić czasu.
-Proszę wyjść!-warknąłem.
-Słucham?-kierowca był w lekkim szoku.
-Wyjdź stąd, sam dojadę!
-Ależ ja jadę najszybciej jak się da w tym mieście!
-Jeśli ja przestrzegałbym wszystkich przepisów, nie dojechał bym nawet na sąsiednią ulicę. Pospiesz się!
    Gdy siadałem za kierownicą nie byłem do końca przekonany, co do moich zdolności. Lecz nie to teraz było ważne. Myślałem tylko i wyłącznie o tym, co tam się dzieję. Czy już wydostali się z podziemia, czy może pojechali do szpitala? Mam chociaż nadzieję, że dowiem się do którego. Przemierzając Londyn w prędkości światła, nie mówiąc o światłach i wszystkich tych znaczkach, było coś nie tak. Wpakowałem się w roboty drogowe! Kurwa! Seria głośnych trąbnięć rozeszła się po okolicy. Prawie rozwalając wnętrze auta, wyszedłem z niego. Hmm… Nie wiem po co tu jest to zabezpieczenie. Mała dziurka. Nic się chyba nie stanie, jeśli przejadę, skoro bardzo mi się spieszy? Jak najszybciej wsiadając z powrotem, cofnąłem kawałek, następnie dodając jak najwięcej gazu. Modliłem się, abym tam nie ugrzązł i udało się! Nie zważając już dosłownie na nic, jechałem z jak najszybszą prędkością. Zerknąłem na nazwę ulicy. Jestem już naprawdę blisko.
    Boże, nic nie potrafi wyrazić tego co teraz czuję. To tak ogromny strach, jednocześnie ekscytacja, ale też bezradność. W żaden sposób nie mogę jej pomóc. Pewnie siedzi w tym jebanym pociągu i płacze, czekając aż tam przyjdę. Zwija się z bólu i pragnie aby ktoś jej pomógł. Okropnie się denerwuje, nie wiem, czy nie bardziej ode mnie. Łzy cisnęły mi się do oczu na myśl, jaka bezbronna i słaba ona teraz jest. Powinienem już dawno tam być. Powinienem w ogóle nigdy jej nie zostawiać. Codziennie klęczeć przed jej drzwiami z bukietem kwiatów, zamiast rozpaczać z powodu jej braku. Jestem idiotą, dlaczego ona musiała trafić akurat na mnie?!
    Byłem tam. Zaparkowałem auto, nawet chyba nie na parkingu. Po prostu tam, gdzie było trochę miejsca. Widziałem karetkę i nie wiem dlaczego nie biegłem. Szedłem powoli. Mój żołądek w tym czasie przewrócił się o 180 stopni już kilkunasty raz. W miarę zbliżania się do pojazdu, była widoczna coraz lepiej. Moje nogi zwaciały jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle możliwe. Trzęsąc się każdą częścią ciała, dotarłem do celu. Chyba mnie nie widziała, siedziała w wozie na jakimś krzesełku, tyłem do wyjścia. Niepewnie wspiąłem się do środka, zwracając na siebie jej uwagę. Przyglądała mi się dokładnie, ale ja najpierw spojrzałem na jej stopy. Kiedy się denerwuje, zabawnie rusza stopami. Denerwowała się. Chciałem powiedzieć jej tak wiele. Przeprosić, powiedzieć „kocham cię”, cokolwiek. Nie mogłem skupić się na niczym. Mimowolnie padłem przed nią na kolana. Zamykając oczy objąłem ją czule.

-Nie rób mi tego nigdy więcej.-wyksztusiłem. Będę płakać?
____________________________________________________________________

Nareszcie! Fuck yeah! Wyszedł mi taki długi, 2x dłuższy niż zwykle, więc przeszło mi przez myśl, czy by nie podzielić go na 2 części. Ale nie będę wam przecież tego robić! I sorry od razu jakby był jakiś błąd, ale zrozumcie: jest 1 w nocy co po całym tygodniu wstawania o 6 znaczy naprawdę wiele, a tekstu jest sporo. 

Co do 2 części Wonderland to... kiedy napisze ostatni rozdział tej części, zrobię sobie jakiś miesiąc przerwy, napisze w tym czasie kilka rozdziałów, żeby jakby co, być do przodu i ogólnie odpocznę od stresu, że na weekend muszę mieć gotowe rozdziały na 2 blogi ;p I w tej części nie będzie zbyt wielu rozdziałów. Na pewno nie ok. 80 jak jest tu. Myślę, że hmm... Jakieś 30? To będzie taki jakby dodatek. Będzie pisany na nowym blogu (pod innym adresem). Ale będzie fainie! haha
PS co u was? jak oceny i wgl ilość nauki?

niedziela, 10 listopada 2013

72. Placki po węgiersku!

*Zayn*
    Gdy się obudziłem, czułem ból, głód i zimno. Nie było fajnie… Powieki mi się sklejały, nie mogłem otworzyć oczu. Tak bardzo chciałem wiedzieć gdzie jestem. Nie mogłem. Słyszałem jakiś głos. A może tylko mi się zdawało? Nie wiedziałem do kogo mógłby należeć. I przede wszystkim, czy chce mnie zabić, czy dziwnym trafem nie…
-Zen, słyszysz?! Musisz się obudzić! Zen! Błagam, powiedz coś! Zen, dzwonie na pogotowie, jeśli w tej chwili nie dasz cholernego znaku życia.
Chciałem coś powiedzieć, ale to okazało się jeszcze bardziej niemożliwe. Wtedy poczułem, jak strasznie zaschło mi w gardle. Agh, powinienem coś zrobić. Postarałem się ruszyć tą nie bolącą ręką. Przyłożyłem ją do twarzy, starając się zmusić się do całkowitej pobudki. Zamrugałem kilkakrotnie, przywracając się do normalności. Widząc Alexa, upewniłem się co do moich przypuszczeń. Uff, czyli jestem już po dobrej stronie mocy.
-Boli.-jęknąłem.
-Jedziemy do szpitala?-sam nie wiedziałem czy spytał, czy oznajmił.
-Nie, co ty…-zaprzeczyłem, choć sam nie byłem do końca pewien.
Podał mi rękę, aby pomóc usiąść na tylnim siedzeniu jego auta. Powoli dochodziłem do siebie psychicznie i fizycznie, ale nadal nie mogłem sobie przypomnieć co mi właściwie jest. Próbowałem zdjąć kurtkę, aby obejrzeć zranioną rękę. Mój szwagier z zapałem zrobił to za mnie, widać było że sam był przerażony. Lecz tragedia zaczęła się dopiero wtedy. Spostrzegłem, że cała ręką była zakrwawiona.
-To od postrzału. Ale kuli nie ma. Właściwie to tylko cię drasnęła.-zaczął tłumaczyć, gdy posłałem mu pytające spojrzenie.
-Chyba trochę bardzo.
-Oh, nie przesadzaj. Ta krew się tylko rozmazała. Czekaj, może zadzwonię po moją ciocię. Mieszka niedaleko, jest pielęgniarką.
-Może jednak do szpitala…
-To zbyt ryzykowne.
Jego słowa dochodziły do mnie jeszcze jakieś 3 minuty. Bo ktoś mnie postrzelił, tak? Ale kto? I właściwie to gdzie my jesteśmy? Nigdy nie słyszałem o jakiejś cioci Alice… Eh, co się tu dzieje…
    Po 15 minutach byliśmy w jakimś dziwnym, żółtym domu. Otworzyła nam około 40-letnie, zadbana kobieta. Wyglądała na paniusię, ale okazała się bardzo miła i troskliwa. Ucieszyła się, że mnie poznała. Być może nie słyszała o całej aferze, przez którą chyba nikt nie cieszy się na mój widok.
-W co się wplątaliście?-spytała surowym głosem, przemywając ranę.
-Oh, nie ważne. To nie porozumienie. Ktoś nie polubił Zayna…
-Dziwne.-zwróciła wzrok na mnie, posyłając życzliwy uśmiech.
Takiego uśmiechu właśnie teraz potrzebowałem… Przez te kilkanaście dni, nikt mnie nie obdarzył zwykłym uśmiechem. Chyba kupię jej prezent na święta…
-Dobra, gotowe. Zayn, proszę, dbaj o siebie bardziej, masz do wychowania dwójkę dzieci. Nie zgłoszę tego nigdzie, ale liczę, że jakoś to załatwicie. Rozsądnie załatwicie, chłopcy.-pożegnała się z nami serdecznie, odprowadzając do drzwi.
    Po chwili znów znaleźliśmy się w samochodzie, który przeżył już chyba wszystko. Skoro już nie krwawię, możemy się skupić na tym co się tu dzieję. To naprawdę nie wygodne, bo sam nie wiem co się ze mną dzieje.
-Więc… Opowiesz mi co zaszło? Tak po krótce.
-Po krótce? Jesteśmy teraz w Stockport, pod Manchesterem. Demi, jak twierdziłeś, cię więziła, a ja przyjechałem cię uwolnić. Gdy już mogłeś uciekać od tej wariatki, ty postanowiłeś wrócić się pożegnać. Wyszedłeś z budynku, a ona wychylając się przez okno, próbowała cię zastrzelić. Była zbyt zdenerwowana żeby trafić, ale i tak straciłeś przytomność. Ona się przestraszyła i schowała, a ja podbiegłem tam i szybko zgarnąłem cię do wozu. Odjechałem w bezpieczną odległość i zacząłem cucić. Tu mam płytę z nagraniem. Możesz wracać do Leny.-na koniec historii uśmiechnął się szeroko, a ja poczułem dziwne uczucie, budujące się w brzuchu.
To tak jakbym się dopiero co zakochał i przeżył pierwszy pocałunek. Jakbym wyjechał w trasę na 2 lata i wracał do swojej ukochanej. Jakbym był dzieciakiem, który jedzie na wycieczkę do Disneylandu. Miałem ochotę wstać i polecieć na skrzydłach podekscytowania, szczęścia i miłości.
    Gdy już byliśmy w drodze do Londynu myślałem, że wyskoczę z samochodu i pobiegnę niczym struś pędziwiatr. Alex obserwując mnie, śmiał się pod nosem z moich dygotających kończyn.
-Może do niej zadzwonię? Myślisz, że odbierze? Chyba, że lepiej zrobić niespodziankę, odwiedzając ją w domu. Będzie dziś w domu, tak? Huh, sam nie wiem…
-Zay, nie nakręcaj się. Zadzwoń jeśli chcesz.
-Okej, zadzwonię. Zaraz tylko… Gdzie mój telefon?-pytałem, nerwowo przeszukując wszystkie kieszenie, przy okazji jęcząc z bólu ręki.
Mój towarzysz zachichotał tajemniczo, wręczając mi swój telefon. Ymm?
-Twój ma Demi, stary. Ale dzwoń, bo zaraz tu zwariujesz z ekscytacji.
-Na pewno? Bo może to zły pomysł… Lepszy efekt będzie jeśli…
-Zayn. Licz się z tym, że ona może być zajęta.-powiedział jakby chciał mnie odciągnąć od niespodzianki.-Zadzwoń, mówię ci…
Nie analizując głębiej jego słów, wystukałem odpowiedni numer, przykładając słuchawkę do ucha. Nie wierzę… Ale co ja jej powiem? Jak ją przekonam? Ehh, idę na żywioł! Chyba nawet zaśmiałem się sam do siebie, nie kontrolowałem radości buzującej w moich żyłach.
-Hal… Halo? Tu Zayn…-głos mi drżał jakbym prosił ją o rękę. Wdech, wydech, Zay!
-Halo? Uhm, Alice nie chce teraz gadać.-usłyszałem męski głos po drugiej stronie. Koleś najwyraźniej chciał się już rozłączyć, ale byłem zbyt zaniepokojony, żeby mu na to pozwolić.
-Czekaj! Wszystko z nią w porządku?
-Tak, ona po prostu nie chce z tobą rozmawiać.-odparł oschle, jakbym go zirytował i odłożył telefon.
    Zastygłem w oniemieniu. Co? Co kurwa… Zacisnąłem pięści, a linia mojej szczęki zaostrzyła się. Zrobiło mi się momentalnie gorąco, a gdy zamknąłem oczy, powieki zaczęły mnie szczypać. Jak to się w ogóle stało? Kto to jest? Ponownie przegrzebałem kieszenie w poszukiwaniu telefonu. Ah, no tak, nie mam telefonu… Może to i lepiej. Kiedyś obiecałem sobie, że nie będę zaglądał na strony plotkarskie, lecz teraz bez zastanowienia, zrobił bym to. Odetchnąłem głęboko i zacząłem liczyć od 10 w dół.
-Co jest? Co ci powiedziała?-dopytywał się Alex, przyglądając mi się bacznie w zdziwieniu.
Próbowałem przełknąć tą wielką gulę w moim gardle i wyksztusić choć słowo. Ale jakie słowo?
-Zdradza mnie.
-Zayn, proszę cię, przestań. Ona jest w 28 tygodniu ciąży!
-W dniu tej naszej „akcji” widziałem ją. Była ubrana jakby na randkę, rozumiesz? A teraz odbiera jakiś koleś i mówi mi, że ona nie chce mnie słyszeć. Nie jestem debilem…
-Uspokój się! To przecież niemożliwe. Może to jej kolega, hmm?
-Czy ty siebie słyszysz? Kolega? Twoja dziewczyna też ma takich kolegów? Nie sądzę!
-Ja nie skrzywdziłem twojej siostry tak jak ty moją!
-Zostaw teraz Doniye w spokoju, ok.? To nie ma sensu.
-Jedziemy to wyjaśnić!-oznajmił tonem rządziciela.
-Ja nigdzie nie jadę, dla mnie sprawa jest jasna…
-Jednak jesteś debilem, wiesz? Jeszcze przed chwilą prawie poleciałeś do niej na skrzydłach.
-Posłuchaj… Ryzykowałem naprawdę wiele, żeby wyjaśnić to całe nieporozumienie. Mam wielkiego siniaka na brzuchu i postrzeloną rękę. Byłem więziony w jakiejś piwnicy, bo nie chciałem oddać płyty, ani jej zdradzić…
-Zdradzić… Co się tam w ogóle stało?
-Demi powiedziała, że wypuści mnie jeśli oddam płytę, albo się z nią prześpię. Wiesz, ona ma problemy…
-Ale nic się nie wydarzyło, prawda?
-Najgorsze jest to, że kilka godzin przed twoim przyjściem, ona przyszła do mnie. Niemal naga. I zaczęła mnie całować i w ogóle… Ale nic więcej się tam nie stało, ja byłem ubrany…
Na moje słowa gwałtownie zjechał na pobocze, obracając się do mnie. Oj, chyba będzie mnie opieprzać…
-Co ty pierdolisz? Słuchasz siebie? Cały czas liżesz się z innymi laskami, mając dziewczynę w ciąży i oczekujesz, że ona będzie czekać na ciebie z otwartymi ramionami?! Zastanów się, kto tu jest ofiarą. I rób w tej chwili co sobie chcesz, ale ja nie będę ci pomagać.
    Nie odzywaliśmy się aż do samego Londynu. Rozumiałem jego złość, ale byłem za bardzo pogrążony w smutku, żeby o tym myśleć. Jestem beznadziejnym człowiekiem. Ona zasługuje na kogoś lepszego, o wiele lepszego. Kogoś kto nigdy jej nie skrzywdzi i zaoferuje normalny ślub… Jeśli się rozstaniemy, już nie będzie dostawała masy hejtów, ze względu na mnie. Będzie szczęśliwsza. Mam nadzieję, że dzieci też będą. A ja… Nie będę niczego utrudniał, ona powinna mieć wszystko co najlepsze. Lecz kocham ją za bardzo, żeby żyć na tym samym świecie, nie będąc z nią. Ale przecież mogę umrzeć…

*Alice*
-Nie powinnaś przypadkiem być dziś u lekarza?-zagaiła Chris, podczas przygotowywania posiłku.
-Odpieprz się.-zaśmiałam się, szukając czegoś sensownego w telewizji.
-Nie żartuję, Alice. Powinnaś być bardziej odpowiedzialna.
-Nie marudź. Dziś Brian mnie gdzieś zabiera… Załatwię to po weekendzie.
-Nie podoba mi się ten typ.
-O co wam wszystkim chodzi?-wybuchnęłam, momentalnie zmieniając nastawienie.-On jedyny ma dla mnie czas, pociesza mnie, dba o mnie i zachowuje się jak prawdziwy przyjaciel. Znasz go przecież, od zawsze taki był.
-Chcesz mi powiedzieć, że nie jestem prawdziwą przyjaciółką, tak?
-Nie chodzi o to. Ale to on poświęca mi najwięcej czasu, teraz, gdy najbardziej tego potrzebuję.
-Okej, więc zadzwoń. Niech przyjdzie. Zjecie razem te pieprzone placki które robię już godzinę, specjalnie dla ciebie. I wstałam o 6, żeby pojechać po mięso do nich. Smacznego!
    Moja przyjaciółka wyszła trzaskając drzwiami. Świetnie! Po prostu zajebiście! O niczym innym nie marzyłam! Niech jeszcze Brian ma mnie w dupie, a co, przecież mogę zostać sama. 2 i pół miesiąca do porodu, ale ja zostanę sama. Położyłam się i nakładając poduszką na głowę, załkałam. Tak bardzo chciałabym wrócić do starego życia… Wrócić do Zayna. I może powinnam to zrobić. W mojej głowie narodziła się nowa myśl. A gdybym tak o wszystkim zapomniała? Honor nie jest najważniejszy. Prawdopodobnie będę mieć problemy z zachowywaniem się jak dawniej, z myślą, że zdradził mnie z trzema naraz. Ale może uda się to zaakceptować, nie wiem… Czemu po prostu nie mogę być normalną dziewczyną, która studiuje, ma chłopaka i to wszystko.
    O co mi właściwie do cholery chodzi? Przez ten cały czas odezwał się 2 razy. Właściwie raz po prostu chciał mnie przeprosić, a drugi upił się i nie wiedział co robi. I był na tyle wyrachowany, że się zaręczył! Nie chodzi mi o jakiś jebany ślub, ale urodzę mu dwójkę dzieci, a on nie dał żadnego znaku, że będzie ze mną… no właściwie na zawsze. Nie zależy mi na jakiś obietnicach, bo słowa nie są ważne. Ale czyny. A on nie zrobił nic. Więc jest zwykłym gnojkiem, który wiecznie będzie koncertował i imprezował, pozbywając się wszelkiej odpowiedzialności. Dobry wybór faceta, Lena!
    Gdy tak rozpaczałam, miałam ochotę po prostu się napić. Nachlać się i mieć wszystko w dupie. Albo chociaż połowę wszystkiego. Ale wiem, że nie mogę. Chyba. Nie no, na pewno. Potem będę żałować. Westchnęłam, zdając sobie sprawę, że w tym mieszkaniu nie mam żadnych trunków. Wprowadziłam się już w ciąży… Może i by mi sprzedali, gdyby nie zorientowali się, że nie powinni. Ale nie mam zamiaru sprawdzać. Mimo że bardzo bym chciała. Bo ja jednak nie jestem silna. Ani niezależna. Tylko taką udaję. Potrzebuję go…
    Wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi. To pewnie Brian, jak zwykle w dobrym momencie do pocieszenia. Krzyknęłam tylko „Wejdź”, gdyż nie miałam zamiaru zwlekać się z sofy. Usłyszałam jak wchodzi do środka i jest coraz bliżej mnie. Usiadł na skraju kanapy, którą oblegałam, rozpaczając nad beznadzieją, jaką jest życie.
-Wstawaj.-jęknął z irytacją w głosie.
-Dajże mi spokój.
-Nie „daj mi spokój”. Nie będziesz leżała w domu i wypłakiwała się w poduszkę, dopóki ja tu jestem.
-W takim razie… Wyjdź.
-Nie zniechęca mnie twoje chamstwo.-zaśmiał się.
Próbował mnie obrócić, aby widzieć moją twarz, przy czym zaczął mnie łaskotać. Oh, to najgorsze z najgorszych tortur! Jak on mógł?! Tak mu ufałam! Wie, że nawet dotknięcie palcem, tak na mnie działa. Dziwne, że to jeszcze pamięta. Drażnił mnie tak, jak kiedyś byliśmy razem. Jak najszybciej się podniosłam, żeby się ratować przed zagładą.
-Wiedziałem, że zaraz i tak będziesz się śmiać.
-Tak, niesamowite.-zaśmiałam się, odsuwając się od niego na bezpieczną odległość.
-To tylko jedna z moich magicznych mocy.-zabrewkował, posyłając mi nieziemsko czarujący uśmiech.
-Okej, więc… W kuchni są placki po węgiersku, możemy je zjeść, albo wyjść na miasto.
-Chyba lepiej ci zrobi wyrwanie się z tej nory. Mam niespodziankę!
-W takim razie idę się umyć, a ty wiesz… Zajmij się sobą.
    Cała w skowronkach pognałam do łazienki. Co ten człowiek ze mną robi? Przed chwilą nie chciało mi się żyć, a teraz mogłabym nawet zdobyć Mount Everest! Zdjęłam rozciągnięte ciuchy, które uważałam za piżamę i weszłam pod prysznic. Ciepła woda zupełnie zmyła ze mnie cały smutek i pozwoliła poczuć się jakoś tak… Lekko? Mimo codziennie rosnącej wagi. Spojrzałam na duże lustro, które wisiało naprzeciwko mnie. Brzuch serio był ogromny. Po porodzie długo będę musiała wracać do formy. O ile będę miała dla kogo… Eh, na pewno menadżerowie będą mnie do tego zmuszać, więc nie będę się martwić o motywację. Właśnie, po porodzie… Zayn zapisał nas do szkoły rodzenia. Potem jednak pokłóciliśmy się i pomysł zwyczajnie upadł. Może sama bym się zapisała na takie coś? Tylko nie wiem czy nie powinnam być razem z ojcem dziecka, czy coś. Mogłabym chodzi np. z… Brianem. Nie, to odpada. Za dużo by sobie pomyślał, czy coś. Nie chcę wyjść na idiotkę.
    Zorientowałam się, że zapomniałam o spodniach. Mając nadzieję, że w bluzce i ręczniku zawieszonym na biodrach, łatwo przemknę do pokoju, gdzie będę mogła ubrać się do końca.
-Pomóc ci w czymś?-zwrócił się w moją stronę mój gość.
-Nie, dzięki. Ja tylko… Muszę znaleźć jakieś legginsy.
Ku mojemu zdziwieniu Brian podążył za mną. Czułam się trochę niekomfortowo, ale starałam się zachowywać naturalnie. Grzebałam, być może nerwowo po szafkach, w poszukiwaniu nadających się ciuchów.
-Nie mam pojęcia co wybrać.-zrezygnowana opadłam na łóżko, tuż obok niego.
-Mamy jeszcze chwilkę.-niemal wyszeptał.
    Był coraz bliżej mnie. Naprawdę blisko. Czułam jego oddech na szyi, zwiesił wzrok na moje usta. To było dziwne, a ja nie wiedziałam jak zareagować. Chciałam się odezwać, lecz żadne z słów nie chciało wejść mi na język. Niekontrolowanie zaczęłam oddychać szybciej i szybciej… Gdy nasze usta dzieliły już zaledwie milimetry, Brian nie tracąc czasu połączył je w pocałunku. To nie było nic z tych nieśmiałych, pierwszych razów. Ok, to nie nasz pierwszy raz, ale zerwaliśmy wieki temu i aktualnie nie jesteśmy razem, więc… Co mu w ogóle strzeliło do głowy?! Zanim się zorientowałam, opadliśmy na łóżko, bardziej angażując się w pracę naszych języków i warg. To było jak jedzenie ciasteczek-kuleczek w czekoladzie. Tak mnie wciągało, że nie mogłam się od nich oderwać. „Jeszcze ostatni, ale teraz już naprawdę!” Wiedziałam, że muszę przestać, ale było to cholernie trudne i diabeł w mojej głowie, namawiał mnie, abym jadła, ile zdołam w siebie wepchnąć. Tak samo czułam się teraz. Byłam świadoma, że popełniam błąd i natychmiast mam się od niego odkleić, lecz coś mnie przyciągało. Błagam, niech on to zrobi! Ehh, teraz jestem w takiej pozycji, że tylko on decyduje kiedy to się skończy. Dobra, koleś, ja jestem bez spodni! Nie wiem, czy powiedziałam to na głos, ale wtedy jedna z jego rąk, powędrowała do mojej talii, odbierając mi ręcznik. Co on sobie wyobraża? Niech zabiera tą łapę z dołu moich pleców! A spróbuj tylko dotknąć mojego tyłka, wolałbyś nie wiedzieć co ci zrobię! Ej, au, mój brzuch! Złaź ze mnie i mojego łóżka! Gdy poczułam, że jednak jego dłonie błądzą po mojej bieliźnie, zaczęłam kopać z całej siły. Jak tylko potrafiłam. Nie chciałam robić tego wcześniej, bo tak jak się spodziewałam, sprawiło mi to lekki ból, ze względu na pokaźny brzuch. Gdy tylko poczuł pierwsze uderzenia, momentalnie się ode mnie odczepił i wstał na równe nogi. Jakby nie wiedział co powiedzieć. Już nie udawaj poczucia winy, cwaniaczku!
-Ja… Po prostu…
-Nic nie mów. Wyjdź i nigdy tu nie wracaj.-wysyczałam, starając się przełknąć gulę w gardle.
-Chcesz już na zawsze być sama? Gdy tylko pojawia się facet, ty automatycznie go odrzucasz. Nie dziwie się twoim byłym, że z tobą nie wytrzymali.

Hormony i te sprawy, ale chyba troszkę przegięłam. Chwyciłam kubek z kawą, który stał na półce nocnej i cisnęłam w niego z całej siły. Oczywiście niecelnie, ale nieźle się wystraszył i jak najszybciej opuścił mój dom. Albo właściwie miejsce w którym sypiam od jakiegoś czasu. Powolnym krokiem podeszłam do drzwi, zamykając je na wszystkie możliwe zamki. Osunęłam się po drewnianej powłoce i załkałam cicho. Dlaczego? Kurwa, dlaczego?
________________________________________

Soo jest bardzo gód bo w czwartek byłam na wycieczce w pt dzien wolny od sql, potem weekend i pon też wolny! #biba Kto chce zabić teraz Briana palec do budki! Ale mnie wkurzył! (Haha, pomińmy, że sama to pisałam i wymyśliłam). A już prawie się zeszli z powrotem! Myślicie, że to koniec kłopotów z Demi? (Jeszcze raz was przepraszam, że akurat z niej zrobiłam czarny charakter xd). 
Wgl czy tylko ja za każdym razem jak widzę Story Of My Life to ryczę? Bez kitu, co się ze mną dzieje ;oo
PS Co do tej wycieczki to byłam w kinie na "Mój Biegun" i powiem tylko; nie idźcie na to, chyba że chcecie przeryczeć 2h. Serio masakra. Psycha zryta ;c (Ale mimo wszystko świetny film.)

piątek, 1 listopada 2013

71. Kratka.

*Alex*
    Leżałem na tyle samochodu, wsłuchując się w muzykę dudniącą w tle. Miałem za wysokie mniemanie o sobie. Jestem idiotą i to jest fakt. Skończony kretyn, który udaje bohatera i myśli że to przejdzie. Jednak to nie takie proste. Teraz muszę naprawdę wykazać się resztkami rozumu, by znaleźć Zayna i go uratować. Tylko jak? On może być wszędzie, dosłownie wszędzie. Może powinienem iść z tym na policję? Nie, prędzej mnie zamkną, niż wysłuchają, to bezsensu…
    Było południe i przez chwile nawet zastanawiałem się czy się po prostu nie upić. Rozluźniłbym się, odciął od problemów i może przyszłoby mi coś do głowy. Ale bądźmy poważni, to by tylko zaszkodziło. Myśląc o mojej młodszej siostrze to nie wchodzi w grę. Alkohol nie jest rozwiązaniem i nigdy nie będzie. Więc co kurwa robić?
    Nagle naszła mnie dość głupia myśl. A co jeśli bym do niego napisał? Taka banalna wiadomość „Wszystko ok.?”. Jeżeli porywacz ma jego telefon, odpisze, że oczywiście aby odwrócić od niego moją uwagę. Zay oddzwoni, bo doskonale wiem, że wczoraj miał przy sobie telefon z klawiaturą, na której nie umie wystukać ani jednego wyrazu. Od razu się wścieka i rzuca nim o ścianę. Tylko z niego telefonuje, a trzyma go tylko dlatego, że fajną obudowę. Zaśmiałem się sam do siebie. Tak to jest właśnie mój szwagier. Ehh. Okej, napisałem, teraz tylko czekać na reakcję. Kiedy usłyszałem dzwonek, kamień spadł mi z serca. On żyje! I za chwilkę dowiem się gdzie jest! Spojrzałem na wyświetlacz i zakląłem w duchu. To Alice!

-Hej. Co tam?
-Nie udawaj niewiniątka, bo twój samochód od wczoraj stoi przed moim mieszkaniem i ja tak tego nie zostawię.
-Po pierwsze pożyczyłem swoje auto koledze, a po drugie jest…-urwałem w połowie zdania gdy usłyszałem pukanie w szybę. Skamieniałem, ale odwróciłem się powoli by zobaczyć kto to.
-Chcesz coś jeszcze dodać?

Moja siostra rozłączyła się wchodząc do środka. Jestem skończony…
-Jest mi smutno, że nawet mój brat mnie okłamuje. Kurde, wiesz co? Chyba jednak każdy facet to taki chuj i powinnam zostać lesbijką. To dobry pomysł. Będziemy wychowywać razem moje dzieci i ona nigdy nas nie zostawi. Będzie nas kochać, troszczyć się o nas i nie okłamywać. Świat staję się coraz bardziej tolerancyjny i myślę, że to może się udać.
-Och, uspokój się.
-Nie no ja tu zaraz urodzę! Jak mam być spokojna, skoro widzę, że coś kombinujesz? Pilnujesz mnie?
Zapadła nie zręczna cisza. Jakbym przytaknął, chyba wyszedłbym na tym lepiej, jednak ile jeszcze mam brnąć w kłamstwo? Ciszę przerwał dźwięk sms-a. Oboje spojrzeliśmy się na wyświetlacz mojego telefonu. Zayn. Kurwa. Nie jestem pewien czy nie zakląłem na głos, bo niemal zabiła mnie wzrokiem. Mimo tego wiedziałem, że tego nie skomentuje. Udaje, że on ją nie obchodzi.
-Chciałem się upewnić, że nie pójdziesz na tą imprezę, która miała być w Soho. Było o niej dość głośno. Nawet Bieber i Selena się pojawili…
-Jakoś słabo ci poszło, bo wyszłam z domu. Ale nie tam. Dobra, nie ważne, spływaj stąd, nie potrzebuję obstawy.
Pocałowała mnie w policzek zostawiając samego. Od razu odczytałem wiadomość. Taa, tak jak myślałem. „Jasne, ale nie mam czasu teraz wyjaśniać. Nie dzwoń, muszę przemyśleć w samotności całą tą sprawę z Alice. Spotkamy się za kilka dni.”. Takie uniwersalne…
-Frankie? Pamiętasz mnie jeszcze? Tu Alex, to ja robiłem grafiti na twoim wozie pół roku temu. Masz szansę się odwdzięczyć. Mówiłeś, że umiesz namierzać ludzi po komórach, tak? To świetnie! Spotkajmy się, najlepiej teraz. Podjadę, będę za 20 minut, ok.? Do zobaczenia!

*Zayn*
    Całe 5 godzin zastanawiałem się jakie może być wyjście. Jak uciekają więźniowie? M.in. kopią dziury i podziemne tunele, tak widziałem na filmie. Jednak nie ma sposobu rozwalenia tej podłogi. Jedyną nadzieją było okno. Zakratowane z obu stron, malutkie, niecałe 0,5x0,5m. Więc jak rozwala się kraty, hmm. Trzeba znaleźć coś ostrego. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Raczej nic się nie nada, chociaż… Gdybym udźwignął ten stół i walił z całej siły to może by się ruszyła, czy coś… Ugh, jakie to cholerstwo jest ciężkie! No, dalej! Po co były ci te treningi, skoro nawet po małym zmęczeniu nie możesz sobie poradzić? Może napiszę piosenkę? To by było jak:

Au Au nie więźcie mnie
Au Au Demi jest zła
Au Au Lena w niebezpieczeństwie
Au Au a stół ciężki
Au Au ratuj mnie, błagam Cię

    Albo się pomodlę. Modlitwa zawsze pomaga. Uklęknąłem pogłębiając się w modłach i błagałem o to, abym mógł znaleźć w sobie jakąkolwiek moc, by zakończyć tą całą paradę. Gdy skończyłem, podniosłem się, biorąc głęboki wdech. Już miałem działać lecz przerwało mi wejście smoka aka Demetrii.
-Jak sobie radzisz? Znalazłeś już sposób ucieczki czy coś?-spytała bezczelnie.
-Nie oddam ci płyty, jeśli chcesz o to zapytać.
-Cóż…
-Mógłbym chociaż skorzystać z telefonu?
-Ja już to zrobiłam.
-Słucham?
-Skorzystałam z twojego telefonu. Napisałam do twojego byłego szwagra, że masz się dobrze. Po co ma się martwić.
-Dzięki.-odpowiedziałem sarkastycznie. Boże, niech ona się leczy…-W takim razie coś jeszcze? Wolałbym umierać w samotności.
-Nie umrzesz, spokojnie.-to mnie pocieszyła.-Mam dla ciebie propozycję. Wyjdziesz stąd, zachowując płytę.
-Więc co mam zrobić.-oczy zaświeciły mi się, mimo że spodziewałem się czegoś kosmicznego.
Jednak tego nigdy bym nie przewidział. W mgnieniu oka zdjęła swoją zwiewną sukienkę, pozostając przede mną tylko w skąpej bieliźnie. Taak… Więc mam być taką męską dziwką i ‘sprzedać się’ za wolność, dobrze zrozumiałem?
-Chciałabym się pobawić.-rzekła dziecinnym tonem.-W lekarza.
-Hm, czyli za dowód mojej wierności, każesz mi zdradzić moją dziewczynę? Interesujące…
-To nie twoja dziewczyna, bo zerwaliście. Teraz ona też obraca się z jakimś kolesiem. A po drugie udowodnisz swoją niewinność światu, a nas nikt się nie dowie. Zobacz, jesteśmy sami. Żadnych ukrytych kamer. Tylko ty i naga ja, w tym podziemiu. Nie podnieca cię to? Chodź do mnie, zimno mi.
-Demi, po prostu się ubierz i odpuść, proszę…
-Chociaż mnie pocałuj. Raz.
Jeśli mam być szczery to przeszło mi to przez myśl, bo może wtedy dałaby mi spokój. Jednak wiedziałem, że to tak nie działa. Bałem się, że stracę kontrolę. Jestem beznadziejny. Ale przynajmniej umiem powiedzieć ‘nie’. Chyba zastanawiałem się za długo, bo podeszła i zwyczajnie usiadła na mnie okrakiem.
-Chcę cię. Czy to tak wiele?-szepnęła pochylając się nade mną.
Następnie wpiła swoje wargi w moje, łącząc je w dość długim i namiętnym pocałunku. Nie chciałem tego. Na pewno nie chciałem. Po chwili pozbyła się stanika. Czemu po prostu jej nie odepchnę? Nie całuj mnie, kobieto! Muszę jakoś zareagować, bo to skończy się niezbyt dobrze. Do tej pory moje ręce tkwiły w jej włosach, teraz przeniosła je na swoje pośladki, cały czas na mnie leżąc, nie odklejając się chociażby na sekundę. Zorientowałem się, że miałem zamknięte oczy. Nie chciałem patrzeć na to wszystko. Nie chciałem czuć smaku jej ust, ani miękkiej skóry pod palcami. Nie mogę tego zrobić, ale nie daję już rady… Jak jedna zwykła dziewczyna może tak omotać faceta? Demi, zostaw mnie, błagam. Czy ona ma na sobie jeszcze te stringi? Matko, chyba nie. Co się tu dzieję? Nie mogłem złapać oddechu, przez ciągły kontakt naszych ust. Jej doskwierał chyba ten sam problem, bo przeniosła usta na moją szyję i barki i… O cholera, gdzie są moje dłonie?!
    Oboje usłyszeliśmy krzyk jakiegoś mężczyzny. Odskoczyła ode mnie jak oparzona, zakrywając się cienkim materiałem. Nie wiedziała co ma zrobić, więc naciągnęła ubranie na nagie ciało, następnie zakładając majtki. Była nieźle speszona, ciekawe kto to… Sam usiadłem, opierając się o ścianę i poprawiając włosy. Kolejne wrzaski, jakby ktoś ją wołał. Nie wiem kto, ale doprawdy kocham tego gościa i jak tylko stąd wyjdę kupię mu jakiś prezent. Który i tak nie wyrazi wdzięczności jaką go darzę. Bo nie wiem co wydarzyło by się za moment. Nawet nie chcę o tym myśleć.
-Przyjdę potem.-rzuciła w pośpiechu opuszczając moje lochy. Bała się, było widać.
    Im dłużej o tym myślałem tym bardziej byłem zdołowany. Oh, tak, to jeden wielki koszmar. I ja dalej nie wiem, czemu po prostu jej nie odepchnąłem, przecież tego nie chciałem. Naprawdę. Może było mi jej żal? Ona jest taka… Z nią jest coś nie tak, to było widać. Po każdym jej czynie, słowie… To przykre i ja nie chciałem, aby poczuła się źle. Boże jestem beznadziejny. Ale po rachunku sumienia nie chciałem, żeby powtórzyła się sytuacja jak ta z Anne, której naprawdę zburzyłem całą pewność czy akceptacje siebie. Ona chyba potrzebuje psychologa, ale ja też muszę z nią pogadać. Bo boje się tak po prostu uciec. Takie akcje mogą się powtórzyć. Jezu, wpakowałem się w jeszcze większe gówno. Idiota, debil, kretyn…
    To było późnym popołudniem, możliwe, że po 4. Leżąc i kombinując usłyszałem dziwny huk. Dochodził zza okna, o ile można tak nazwać ten skrawek szkła obity z każdej strony. Wstałem żeby zobaczyć co się dzieje. But. Interesujące. Czarny, ubłocony glan. Z czymś mi się kojarzy… Stuknięcie się powtórzyło. Zaczynałem się bać… Czy ktoś to robi przez przypadek, czy jak? Wtedy w zauważyłem kartkę. Odskoczyłem wystraszony, ale zdecydowałem się przeczytać pierwsze zdanie. „To ja, Alex”… O matko, to Alex! Fuck yeah, bracie, teraz mnie stąd zabierz, jak najdalej tej wariatki! „Przygotuj się do wyjścia przez to okno, spróbuję je otworzyć.”. Nie wiele myśląc przesunąłem stół kładąc na nim kilka książek, były opuszczone, leżały w rogu pomieszczenia. Ale to zawsze trochę centymetrów więcej! Tak w ogóle to kurwa on ocipiał skoro myśli że tak zwyczajnie spiłuje sobie kraty w oknie niezauważony. Przecież to takie oczywiste. Westchnąłem, licząc na cud. Gapiąc się na mojego wybawiciela, spostrzegłem, że grzebie czymś cienkim. Co? Tu to raczej piła motorowa, koleś. Dopiero wtedy dojrzałem, że ta krata działa na zasadzie kłódki, którą bezszelestnie można rozpracować. Oh, chyba to sobie wymodliłem, doprawdy. Gdy już się z tym uporał, pozostawała kwestia szyby. Ciekawe jak to sobie zaplanował… Po prostu to wybije? Narobi niezłego rumoru, kurna… Chwila… Ale teraz to mnie zaskoczył. Miał ze sobą coś takiego ostrego i wykroił otwór w szkle niczym kot w butach z Shreka. Wow, naprawdę się przygotował. Dzieliła nas tylko jedna kratka. Jedna kratka od wolności. Jedna kratka od powrotu do Leny, przeproszenia jej, normalnego życia… Moje serce biło coraz szybciej. Jedna kratka. Odetchnąłem głęboko, starając się zrozumieć Alexa.
-Posłuchaj, rozpiłujemy to. Pomożesz mi, będziemy robić to ręcznie. Uważaj, wkładam piłę.
    Nic nie pamiętam z tego momentu. Byłem taki podekscytowany. Czyli to już koniec? Nareszcie koniec? Niestety piłowanie nie było takie proste. Ugh, trudno jest być więźniem, serio… To wymykanie się i ta adrenalina czy ktoś mnie przyuważy i skaże na śmierć, ahh.
    Kratka upadła. Na ziemie. Z hukiem uderzając o kafelki. To nieszczęście które mnie spotkało. To właśnie ta bariera. Lecz coś podpowiadało mi, że to nie może być takie proste. Jestem zbyt pechowy, aby tak po prostu wyjść po mojej piramidzie i wrócić do domu. O dziwo wyślizgnąłem się bez większego problemu. No okej, but mi spadł, ale kij z nim. Niech zostanie tam po mnie jakaś pamiątka…
-Jej, nareszcie jesteś!-przytulił mnie, klepiąc po plecach.
-Tak.-uśmiechnąłem się słabo.-Ale ja muszę do niej wrócić…
-Niedługo wrócisz do Leny… Masz nagranie, prawda? Zresztą, to nie jest najważniejsze w takiej chwili, Boże jak się bałem. Przepraszam, że cię…
-Nie. Mam na myśli Demi. Muszę wrócić do Demi.
-Jakiej Demi?-popatrzył na mnie jakbym w wyniku szoku po traumatycznym przeżyciu stracił pamięć.
-Demi Lovato zaplanowała to wszystko. Chciała odciąć mnie od twojej siostry. Potem mnie tam uwięziła. Ugh, nie wiem od czego zacząć… Muszę do niej wrócić.
-Zayn, zaczynasz bredzić…-popatrzył na mnie z litością.-Ej, ktoś chyba idzie. Biegnij!
-Nie, posłuchaj: masz tu płytę i pilnuj jej jak największy skarb. Zaraz wracam.
    Nie wiem czy byłem pewny co robię. Istniało prawdopodobieństwo, że znów mnie tam zgarnie i znów trzeba będzie robić pieprzone akcje ratunkowe. Ale ja wiedziałem, że nie mogę tego tak zostawić. Tym bardziej po tym co zaszło… Muszę jej coś wyjaśnić. Jeśli tego nie zrobię, będzie próbować dalej. Okej, wjeżdżam windą. Wdech, wydech… To tylko gwiazda z Disneya, idioto! Nie ma się czego bać. No, prawie… Gdy stanąłem przed drzwiami prezesa, nagle jakby wszyscy zniknęli. Korytarz był pusty, a ja wahałem się, trzymając dłoń na klamce. Poczułem ciarki opływające całe moje ciało. Na trzy? Raz… Dwa… Trzy…
    Śmiało, może nawet przesadnie, wkroczyłem do środka. Ku mojemu zdziwieniu, na fotelu władcy nie zasiadał nikt. Albo mam przewidzenia. Ale raczej nikt. Rozejrzałem się. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. Może oni już skończyli pracę, skoro żadnej żywej duszy wokół.
-Felice, możesz mi coś z kserować? Nie ogarniam tego nowego sprzętu!-usłyszałem krzyk z sąsiedniego pokoiku.
Wychyliłem się, by ujrzeć właściciela donośnego głosu. Nie myliłem się, to ona. Obróciła się dość gwałtownie. Chyba miała coś powiedzieć, bo zdążyła otworzyć usta, lecz tylko po to by je zamknąć. Widać, że była w szczerym szoku. Zamiast spiskować przeciwko mnie powinna zbudować sobie jakieś lochy i gwałcić tam ludzi. Zwykłe piwnice nie wystarczą…
-Co ty tu… Czyżbyś nie był zamknięty na dole? Kto cię wypuścił? Zwolnię frajera…
-Nie ważne, chciałem pogadać, zanim odejdę.
-Więc jednak… Chcesz to zrobić na biurku?
-Raczej przy biurku. Na krzesłach.
-Na dwóch?
-Jest nas dwoje.
-Dobra, czego chcesz?-skończyła się ze mną droczyć, zauważając, że do niczego to nie prowadzi.
-Zostaw mnie i moją rodzinę, którą kocham ponad życie w spokoju. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Nie chcę na ciebie patrzeć, a tym bardziej przebywać w twoim towarzystwie. Jeśli będzie trzeba wystąpię do sądu o papiery na zakaz zbliżania się. Kupię ci krzyżówki i kiedy najdzie cię ochota aby zniszczyć komuś wszystko, po prostu rozwiążesz jedną, ewentualnie dwie. Jesteś uciążliwa dla otoczenia i sama dla siebie. Powinnaś trafić do psychiatry, ale to twój wybór.
-Nie bądź nie miły, bo nie wyjdzie ci to na dobre…
-A teraz wyobraź sobie… Jesteś w ciąży. Całe życie bałaś się, że twój chłopak zostawi cię w takim momencie, ale jesteście szczęśliwi. Bardziej niż kiedykolwiek. Niestety, został on wrobiony w zdradę, przez zwykłą sukę. Rozstajecie się. Zostajesz sama. Sama jak palec, w ciąży, w świecie pełnym morderców, złodziei, gwałcicieli… Po prostu w świecie zła. Nie wiesz czy sobie poradzisz, płaczesz. Codziennie modliłaś się, aby uniknąć takiej sytuacji. Codziennie błagałaś, bo nie chciałaś więcej cierpieć i patrzeć na ból swoich dzieci.
-Nie opowiadaj mi ckliwych historii o swojej panience. I nie radzę wypowiadać więcej wyzwisk pod mój adres.
-Nikt nigdy nie znienawidzi cię tak bardzo jak ja…-rzuciłem i po prostu opuściłem budynek.
    Gdy tylko fala orzeźwiającego powietrza uderzyła w moją twarz, poczułem jakby wolność. Z daleka widziałem samochód którym wrócę do domu. Do swojej miłości. Do wszystkiego co udało mi się w życiu najbardziej. Uśmiechnąłem się leniwie. Potem czułem już tylko ból. Krótki impuls. To nie było jak uderzenie, nie cierpiałem długo. Zraniło mnie przez ułamek sekundy. Upadłem, zamykając oczy. Usłyszałem krzyk, ale nie zwróciłem na niego uwagi. Może to i lepiej. Bo powinienem odpocząć…
__________________________________________________

To ten... troche mnie ponioslo z tą Dems. Ale co tam ;p mam nadzieje ze nie przeszkadzaja wam przeklenstwa (ja na codzien nie przeklinam ale w opowiadaniu czasem lepiej ich uzyc) oraz brak przecinkow bo nie zdazylam w domu zrobic korekty ale wazne ze rozdzial jest ;) pytacie czemu akurat Demi. Oczywiscie nie chcialam jej obrazic jej ani lovatics bo osobiscie ja kocham. Moze dlatego ze sie jej nie spodziewaliscie. Taylor czy Selena bardziej pasuja na taki czarny charakter ;p no zobaczymy co z tego wyniknie.
Love ya xx