wtorek, 27 sierpnia 2013

60. Fuck you bitch, Larry is real!

*Liam*
    Obudziły mnie jakieś piski i krzyki spod okna, więc ten poranek nie mógł być udany. Starałem się nic sobie z tego nie robić, lecz stawały się coraz bardziej irytujące. Ziewnąłem, przeciągając się. Na wszelki wypadek przejrzałem się w lustrze, następnie odsłaniając okna. Cała masa paparazzi oraz fanów, którzy przyszli za nimi. Do głowy nasuwało mi się jedno pytanie. Co znowu?
-Niall!-krzyknąłem wgłąb domu.-Wstałeś już?
Ujrzałem jedynie zaspanego Zayna, który nawet w takim stanie wyglądał świetnie.
-Nialler pojechał odwieźć mamę do domu Chris, tu już nie da się wyrobić.
-To ty?
-Co ja?
-Coś przeskrobałeś. Ty, prawda?
-Jak jakieś dramy to od razu ja, tak? Wyobraź sobie, że nie.
-W takim razie co?
Uśmiechnął się, jakby sam do siebie i usiadł na skrawku mojego łóżka.
-Naprawdę się nie domyślasz?
-Właśnie wstałem, po prostu mi powiedz.
-Pomyśl, na co czekaliśmy tyle lat? To w końcu miało się zdarzyć, a wtedy miał być szum niemal jak podczas narodzin Royal Baby.
-Oh, Zay, daj mi spokój. Gdzie Harry i Loui?-jęknąłem, zaraz po tym zdając sobie z czegoś sprawę.-Nie… Nie mów, że…
-Dokładnie. Horan już dzwonił do Modestu!, aby zapytać o tą sytuację. Wczoraj wszystko ustalili i zaraz po tym pojechali nad morze.
-O mój Boże…-zakryłem usta dłonią siadając. Od razu wstałem jak poparzony, zrobiłem dwa kroki i ponownie spocząłem.-Nie wierzę…
-Lepiej zastanów się co zrobimy z tymi na zewnątrz.
Pociągnąłem za rękę mojego przyjaciela i niemal nago podeszliśmy do bramy. Gdy nas zauważyli, jakby podnieśli głos o 5 tonów. Już nawet ochroniarze nie dawali sobie rady.
-O co chodzi?-rzuciłem w ich stronę, a dziennikarze pchali się jak najbliżej mnie z mikrofonami.
‘Louis i Harry!’ ‘Geje’ ‘Oni się całowali!’
Tylko to dało się usłyszeć z całego rumoru. Nie mogłem już tego wytrzymać.
-Przecież ich tu nie ma! Wyjechali za miasto!-krzyknąłem.
-O matko, Liam, ty nie masz spodni!-usłyszałem w odpowiedzi piskliwym krzykiem.
Na te słowa Malika dopadł atak śmiechu, a ja byłem trochę zawstydzony i zły.
-Wymyśl coś!-powiedziałem, nachylając się nad jego uchem.
-Myślę ostatnio bez przerwy, daj mi odpocząć!
-Okej, więc jeśli dam wam naleśniki pójdziecie sobie poszukać Larrego?
-On powiedział Larry! Słyszeliście?! Słyszeliście to?-kolejny pisk fanki, z serii tych, które dziś doprowadzały mnie do szału.
Na szczęście udało się ich przekonać na ten kompromis, więc zostawiłem im Zorra do towarzystwa, a sam rozpocząłem masową produkcję naleśników.

*Louis*
-Lou! Kochanie, chyba mamy kłopoty, wstawaj!-usłyszałem nad sobą ‘głośny szept’ Hazzy.
-Kłopoty? Co się dzieję? Gdzie ja jestem?
-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie pamiętasz nocy na plaży ze mną?
-Pamiętam…-westchnąłem, mając w głowie jedynie urywki.
-Szukają nas, musiałem nas ukryć za tą skałą.
-Kto nas szuka?
-Szczerze? Cały świat. Ten wczorajszy pocałunek rozpętał chaos.
Wstałem i otrzepałem się z piasku. Spojrzałem na telefon. Milion nieodebranych od mamy, taty, sióstr, rodziny Harrego, przyjaciół, w tym Nialla i Zayna. Zapewne w Londynie również nie jest kolorowo. Właśnie wtedy dostałem wiadomość utwierdzającą mnie w tym.

„Radzimy sobie, dzięki za troskę.”

To mms. Dołączone było zdjęcie Payna rozdającego jedzenie. Au. Nawet cały tłum nie zmieścił się na tym zdjęciu. Niefajnie. Ale najbardziej interesuje mnie, co my mamy ze sobą zrobić… Nerwowo spojrzałem na Harrego. Liczyłem na jakieś pomysły, a on po prostu się śmiał!
-Styles!
-Niezłe jaja, co nie? Jesteśmy uwięzieni w jakiejś jaskini i szuka nas tyle ludzi. Czuje się jak seryjny morderca!
-Noo… No w sumie to tak.-również zachichotałem.
-Poza tym musze przyznać, że miałeś wyjątkowo słabą głowę…
-Ja?!
-Tak! Bylibyśmy teraz w przytulnym hotelu, ale ja nie miałem pieniędzy, a ty droczyłeś się ze mną i w końcu usnęliśmy tu.
Podszedłem do niego i pocałowałem prosto w usta, co trochę go zdziwiło, jednak odwzajemnij pieszczotę.
-Mam plan. Czy samochód jest zaparkowany daleko stąd?
-Jakieś 200m, ale to za dużo, żeby przemknąć niezauważonym, biorąc pod uwagę, że w tym mieście KAŻDY nas szuka.
-Czekaj tutaj.-rzuciłem i wychyliłem się zza skał.
Zauważyłem dwie nastolatki rozmawiające o nas. Jedna miała na sobie bluzkę z naszymi podobiznami. Pomogą nam, na pewno. Próbowałem jakoś zwrócić ich uwagę, jednocześnie będąc bardzo bardzo ostrożnym. Gwizdnąłem cicho. Potem troszkę głośniej, aż obróciły się i już miały zamiar krzyczeć na mój widok, jednak położyłem palec na ustach, dzięki czemu nas nie wydały. Podeszły nieśmiało, kiedy machnąłem na nie ręką.
-Więc mam prośbę.-zwróciłem się do nich, gdy byliśmy już ukryci.
-T-tak?-wycedziły, będąc totalnie zszokowane.
-Stanęłybyście obok Starbucksa na sąsiedniej ulicy i zaczęły krzyczeć najgłośniej jak się da, że nas widziałyście i że poszliśmy w stronę miasta? Przy okazji chcielibyśmy pożyczyć wasze swetry. Oddamy, obiecuję.
-Oczywiście, zrobimy wszystko.
Uśmiechnąłem się, a kiedy podały mi swoje ubrania pocałowałem je w policzek.
-Dzięki, jesteście najlepsze.-zawołałem za nimi.
-Myślisz, że to się uda?-spytał, gdy już zostaliśmy sami.
-Mam taką nadzieję…
-Zaraz zaraz… Gdzie kluczyki?-zagaił Harry.
-Jak to gdzie? Na pewno gdzieś je mama.-zacząłem nerwowo przeszukiwać kieszenie.
-A jeśli zgubiły się w nocy gdy my… no wiesz? W tym piasku w życiu ich nie znajdziemy!
-Och, cicho bądź i kop, bo oni nie długo ogarną, że nas tam nie ma!
    Na całe szczęście okazało się, że mój jakże mądry i kochany mąż oddał je do baru, aby przez noc nic się z nimi nie stało. Bardzo miła kelnerka oddała je i mogliśmy ruszać. Wszyscy zbiegli się do centrum, a my wyszliśmy z kryjówki owinięci w kolorowe tkaniny. Musieliśmy działać szybko, ale jednocześnie cały czas uważać, na pojedyncze osoby, które zostały na plaży. Fortunnie po krótkiej chwili siedzieliśmy już w samochodzie. Odkryliśmy swoją tożsamość i przejechaliśmy przez sam środek tłumu krzycząc coś w stylu ‘Larry Forever And Ever!’ i śmiejąc się wniebogłosy niczym małe dzieci, które podłożyły nauczycielce gumę do żucia na krzesło…

*Alice*
    Obudził mnie dźwięk dzwonka telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz. Brian, a któż by inny. Od kilku dni spotykamy się codziennie. Rano przychodzi po mnie, czasem opróżnia moją lodówkę, a potem idziemy razem do pracy. Wytwórnia i firma jego taty znajdują się na tej samej ulicy. Ostatnio mamy spore luzy, więc kończymy po kilku godzinach i wychodzimy na miasto. Bawimy się świetnie w swoim towarzystwie! Wczoraj wybraliśmy się na koncert 30 seconds to mars, tak jak kilka lat temu! Czasem świetnie jest powspominać stare dzieje. Od razu rzuca mi się do głowy jak bardzo go kochałam. Kiedy tylko na niego spoglądam, myślę „Tak, to ten facet, któremu pierwszy raz oddałam się całkowicie. Duszę i ciało.” i nie mogę wyzbyć się tego nawyku. Nacisnęłam wreszcie zieloną słuchawką, słysząc jego głos. Umówiliśmy się za godzinę do cukierni jego wuja, którą kocham jak mało co.
    Do wyjścia zostały jeszcze pięć minut, ale już było słychać pukanie do drzwi.
-Właź!-krzyknęłam.-Nie mogę zdecydować się na buty…
-Załóż wygodne.
-Myślałam raczej… o tych?-wskazałam ręką na moje ulubione czarne szpilki z ćwiekami.
-Oszalałaś? Jesteś w ciąży, zobaczysz, będziesz tego żałować.
-Może i będę, ale tak bardzo chcę!
-Wytrzymasz jeszcze te dwa miesiące.
-Och, mylisz się. Okej, więc demokracja. Kto jest za szpilkami? Jeden, dwa, trzy. Ach i ty za płaskimi. Wygraliśmy.
-Sądzę, że dzieci głosowały by przeciwko tobie.-zaśmiał się.-Nie zakładaj ich.
-Przestań, nie jesteś moim ojcem ani nic.
-Każdy wie, że jest tylko jedna osoba, która może na ciebie wpłynąć, ale…
-Nie prawda. Nie ma takiej osoby.-przerwałam mu, gdy wspomniał o Zaynie.-Okej, koturny i wychodzimy.-westchnęłam.
    Już po chwili kroczyliśmy ulicami Londynu. Niejeden powiedziałby, że wyglądaliśmy jak para; szczęśliwi i roześmiani, szliśmy pod rękę, cały czas drocząc się miedzy sobą. Jednak ja miałam gdzieś co napiszą o mnie media. Nie zrezygnuje z świetnego przyjaciela, który właściwie jako jedyny codziennie mnie wspiera. Wiem, że gdyby chłopcy czy Chris mieli taką możliwość też by to robili, jednak jej nie mają.
    Po krótkim spacerze wkroczyliśmy do mojego ulubionego miejsca. Zamówiłam pączka z budyniem i gorącą czekoladę.
-Są tu karty stałego klienta?-spytałam właściciela.
-Nie, ale mogę ci taką zrobić.-zaśmiał się.
-Oszalał pan? Wtedy nie będę stąd wychodzić. A jak już będę chciała wyjść to nie zmieszczę się w drzwiach. Podejrzewam, że będę miała niezłe kłopoty z figurą po porodzie.-westchnęłam.
-Nie przesadzaj. I tak będziesz świetnie wyglądać.
-Chyba jako jedyny tak uważasz…
    Po kolejnym znakomicie spędzonym dniu zmęczona wróciłam do domu. Zdejmując buty od razu miałam chęć napisać do Briana, mimo że rozstaliśmy się zaledwie minutę temu.

„Miałeś rację. Teraz żałuje…”.

Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, za to rozdźwięczał dzwonek powiadamiający, że ktoś chcę się tu dostać. Może to Chris? Ostatnio zapraszałam ją, żeby przyszła w odwiedziny. Nie widziałam jej już prawie tydzień. Nie, przecież nie dawałam jej adresu.
-Stwierdziłem, że przyda się masaż stóp.-mój ex uśmiechnął się uroczo.
-Nie mogę cię tak wykorzystywać.
-Och nic mi nie będzie. Jeśli zaproponujesz coś do jedzenia, bo wiesz, właśnie zauważyłem, że moja lodówka jest pusta…
-A więc to tak! Jednak jest tu coś podejrzanego, bo kiedy byliśmy razem nie dałoby się ciebie siłą zmusić do takiego gestu.-zaśmiałam się radośnie.
-Nie przesadzaj, że było ci tak źle! Ja ci nawet gotowałem!
-Raz zaprosiłeś mnie na obiad, czubku! Co do jedzenia, mogą być kanapki z pasztetem? Niczego innego już nie mam.
-Było ci źle?-dociekał.
-Nie, nie było.
-Więc było ci dobrze?
-Przestań!-parsknęłam śmiechem rzucając w niego poduszką.-Masuj jak masz masować, to zaraz dam ci jeść.
-A teraz ci dobrze?
-Tak, dobrze mi.-uśmiechnęłam się głupio, mając zamknięte oczy.
    Po kilku minutach skończył, a ja podniosłam się i poszłam do kuchni. Wyciągnęłam produkty i zaczęłam przyrządzać jakże wytworne danie. Wtedy zadzwonił mu telefon. Po krótkiej i zwięzłej rozmowie popatrzył na mnie z miną zbitego szczeniaka.
-Wiesz, kazali mi wypełnić takie papiery na jutro rano…
-Masz.-uśmiechnęłam się, wciskając mu talerz w ręcę.-Dobranoc.-pocałowałam go w policzek i zamknęłam za nim drzwi.
    Z kubkiem gorącej herbaty usiadłam na parapecie w samotności obserwując miasto. Latarnie i światła samochodów oświetlały szare i mokre od deszczu ulice. Niestety to koniec lata i coraz wcześniej robi się tak ponuro jak jest teraz. Westchnęłam, upijając łyk. Co będzie zimą? Ja sama z dziećmi, w tym mieszkanku, które w najmniejszym stopniu nie jest przystosowane do nowych, małych lokatorów. Niedługo będę musiała o tym pomyśleć. Mam nadzieje, że Brian mi pomoże, chociaż na jego miejscu powinien być ktoś inny. Ktoś kto tyle dla mnie znaczył i tak bardzo mnie zranił. Ktoś o kim nigdy nie będę w stanie zapomnieć, chociażby przez ten tatuaż. Zdjęłam pierścionek po babci, aby przyjrzeć się mu jeszcze raz. „I’m Yours, Zay.”. Napis jak widniał, tak i pozostał. Czemu w życiu wszystko musi się tak konkretnie zjebać?
    Znów ten przeklęty dzwonek! Czy ci ludzie nie dadzą mi żyć?! Teraz naprawdę nie miałam pomysłu kto to i zaczęłam głęboko rozmyślać kto jeszcze zna mój adres. Przyszła mi do głowy jedna osoba, ale nie, przecież to nie możliwe… Ostrzegałam, że ma się tu nie pojawiać. Śmiało otworzyłam drzwi, nie wierząc własnym oczom.
-Co tu robisz?
-Wyjdziesz za mnie?-padł na kolana i zakłócił ciszę nocną. Widać, że był bardzo, ale to bardzo wstawiony…
____________________________________________________________________

Patrzcie jak mi dobrze pisanie idzie c; Jest wena jest imprezaa *-*

5 komentarzy:

  1. obiecałam że będę komentowała każdy więc chciałam napisać ci, że ten rozdział jest wspaniały i wgl :) napisz jak najszybciej kolejny-najlepiej jakiś dłuuugi :* nie mogę się doczekać xd

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Cię!!
    Super rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super, super, Super!!!!!!!!!!! Kiedy next?

    OdpowiedzUsuń
  4. kiedy dodasz kolejny rozdział? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. O matko, o matko, o matko! Kocham to! ♥ Kiedy następny? *o*

    OdpowiedzUsuń