niedziela, 14 lipca 2013

58. Kurczę pieczone na ruszcie!

*Niall*
    Mama szybko się rozgościła. Najpierw oczywiście zaczęła sprzątać po Niamowej wojnie, a kiedy tylko Li zszedł na dół, zrobił aferę, że ona nie powinna tego sprzątać, tylko my. Ostatecznie razem się do tego zabrali, a ja leżałem na kanapie, zajadałem pyszne kanapeczki z szynką, serem, pomidorem, jajkiem i szczypiorkiem i się z nich śmiałem. Tak, to było wredne, ale od czasu do czasu nikomu nie zaszkodzi! Przynajmniej miałem chwilkę, żeby wymyślić co mam zrobić. Patrzyłem na telefon już jakieś dziesięć minut, po czym zorientowałem się, że patrzeniem nic nie zdziałam. Chwyciłem go i pobiegłem na górę. Wykręciłem numer do niej. Nie, nie zadzwonię tam. Tylko, że muszę to zrobić. Raz kozie śmierć! Problem w tym, że ostatnio jak to powiedzenie pomogło mi w podjęciu decyzji, zadzwoniłem do Seleny Gomez śpiewając jej najnowszą piosenkę. Wygrałem 50 funtów w zakładzie z Louim, ale ona opowiedziała o wszystkim Taylor Swift, której przez przypadek wyrwało się w jakimś wywiadzie… W każdym razie wystawiłem się na światowe pośmiewisko! Eh, kliknąłem ‘połącz’. YOLO.

-Tak?-usłyszałem jej słodki głos. Dlaczego ona nie śpiewa? Dlaczego nigdy mi nic nie zaśpiewała? Raz słyszałem tylko jak śpiewała coś pod prysznicem, ale potem dostało mi się za…-Niall?!
-Halo? Tak to ja. Cześć.-czy to brzmiało idiotycznie?
-Po co dzwonisz?
-Lubisz mnie jeszcze? To znaczy… moglibyśmy może… Co robisz?
-Drożdżówki.-zaśmiała się. Śmiała się ze mnie, tak to normalne…
-O, więc może potrzebujesz kogoś, kto pomógłby ci je zjeść?-wypaliłem, niewiele myśląc.
-A znasz kogoś kto chciałby przyjść? Właśnie będę je wyciągać, więc powiedz temu komuś, żeby się spieszył póki gorące!
-Jasne, to pa!

Jestem definitywnie debilem. Założyłem buty i wyskoczyłem z domu, po czym usłyszałem krzyk matki. Cholera, no tak, ona tu jest… Cofnąłem się grzecznie.
-Gdzie się wybierasz bez uprzedzenia?
-Do Chris.
-Do Chris?-powtórzył zdziwiony Liam.
-Tak, do Chris.-wycedziłem przez zęby.-Niedługo będę, mamuś, pa.
-Niall!-zatrzymał mnie przyjaciel.
-Co?
-Ze mną też się pożegnaj.
-Niedługo będę, Payney, paa.-wysłałem mu buziaczka w powietrzu, śmiejąc się.
    Wskoczyłem do samochodu i za moment byłem przed jej drzwiami. Zaraz… A jeśli jest jej tata? A jeśli drożdżówki to zasadzka? Może chcą mnie uwięzić?! Przywiążą mnie do krzesła i będą bić zestawem patelni, którym jara się moja dziewczyna! Sam kazałem kupić jej wytrzymałe, żeby były na złodziei i teraz to obróci się przeciw mnie… Może nie będę wchodzić… Hmm… Raz kozie śmierć? Zanim zdążyłem zapukać, sama otworzyła.
-Wejdź.-posłała mi mały uśmiech i pobiegła do kuchni.
Wyglądała jak anioł. Nie wiem, czy to ze względu na to, że nie widziałem jej kilka dni, ale była obłędna! Miała tylko zwykłe szorty i podkoszulkę, ale mimo to, nie mogłem oderwać od niej wzroku.
    Kiedy była zajęta polewaniem swoich wypieków lukrem, klęknąłem przed nią. Obróciła się w moją stronę, a ja oplotłem ręce wokół jej nóg. Pisnęła zabawnie, próbując złapać równowagę.
-Co robisz?
-Błagam, wybacz mi!
-Co mam ci wybaczyć?
-Wszystko za co jesteś obrażona.
-A za co jestem obrażona?
-A kto cię tam wie!-na moje słowa zaśmiała się mimo wolnie, ale zaraz z powrotem spoważniała.
-Jeśli nie wiesz, to nie masz co u mnie szukać.
-Chyba, że jedzenia…
-Chyba że jedzenia…-powtórzyła.-Oczywiście za określoną cenę.
-Dużo wypiłem na after party Brit. Tańczyłem na stołach i byłem nie grzeczny, ale to ty nie chciałaś ze mną iść! Poza tym, czas spędzałem głównie z Cher, więc nie masz się o co martwić!
-Kochanie, nie jestem na ciebie zła.-westchnęła, siadając przy stole.
-Nie?
-Nie.
-To dlaczego zabrałaś rzeczy?
-Chodzi o Zayna i Alice... I zabrałam tylko kilka bluzek, nie panikuj. Więc, tak. Dalej cię lubię.
Szybko przeszedłem na klęczkach pod jej krzesło i pocałowałem ją namiętnie. Wsunęła dłoń w moje włosy i odwzajemniła pieszczotę.
-Wiesz… Bo. Jest sprawa.-mówiłem między pocałunkami.
-Hmm?
-Mama.
-Co?
-Moja mama.
Po tych słowach oderwała się ode mnie, wstając. Zaczęła chodzić w kółko i powtarzać ‘nie’. Patrząc na nią prawie zachichotałem, ale wiedziałem, że gdybym to zrobił, byłoby po ptokach.
-Spokojnie.
-Zadzwoniłeś tylko dlatego, tak?
-Nie. Zadzwoniłem, bo cię kocham wiesz?
-Wiem. Ale nie chcę tam iść!
-Więc dziś wieczór?
-Oszalałeś!
-Już zapomniałaś, co przechodziłem przez twojego ojca? Ale dałem radę i ty też musisz teraz stawić czoła teściowej.
-Nawet nie mam się w co ubrać.
-Nie pieprz głupot. Idź nago.
-Oczywiście.
Pocałowałem ją ostatni raz, żegnając się. Skierowałem się do samochodu, ale przypomniałem sobie o czymś. Wróciłem się, biorąc zapakowane słodkości.
-Może powinnam też dać dla twojej mamy? Nie, będzie, że się podlizuję… Ale z drugiej strony nie chcę wyjść na chytrą… Muszę też pamiętać o tym, że kiedy dam ci więcej, ty wszystkie zjesz!
-Nieprawda!
-Wezmę ze sobą kilka wieczorem. Przyjedziesz po mnie?
-W takich okolicznościach to ja już nie wiem…

*Zayn*
    Siedziałem w samochodzie już dobre pół godziny. Mimo dość wczesnej pory Londyn był cały zakorkowany! Czułem, że psychicznie nie pociągnę już daleko. Moje myśli to: Alice, dzieci, zagadka, dzieci, Alice, zagadka, mój idiotyzm, idiotyzm losu, Alice, dzieci. Cały czas tylko zastanawiam się, czy aby nic jej nie brakuje, czy wszystko w porządku, czy za mną tęskni… Nie mam pojęcia, kiedy dowiodę o mojej niewinności. Jutro mam zadzwonić do mojego nowego przyjaciela, Rickyego, ale wiem, że on coś knuje. Ta dziewczyna… Ona była bardzo dziwna. W moich uszach obija się jej głos, przed oczami widzę kawałek jej płaszczu, gdy biegła z powrotem do tylnych drzwi… I ta kłótnia, wymiana zdań, która generalnie nie powinna mnie obchodzić.

Podchodzi do mnie trójka dziewczyn. Przedstawiają się śmiało dosiadając do mojego stolika. Zamówiliśmy po jednym drinku.
-Widziałyśmy, że jesteś samotny…-odezwała się Cara.
-Nie bardzo bo właściwie to ja jestem ten… No, ja jestem…
-Cii nie musimy o tym mówić.-poczułem palec Megan na moich ustach.
-Dobrze, to nie mówmy.
-Może chciałbyś zwiedzić nasze mieszkanie?-czyjś głos przeszkadzał mi w pochłanianiu kolejnej dawki alkoholu.
-Janet! Nie teraz…-szepnęła jej blondynka.-Moglibyśmy skoczyć do jakiegoś klubu.
-Tu jest okej.
-Tu jest zbyt wiele znanych ludzi i kamer. Podobno tego nie lubisz.
Te słowa błądziły po mojej spitej głowie. To prawda, chyba mnie przekonała. To nie miejsce dla mnie. Czemu od razu nie poszedłem do klubu? Starałem się wstać i złapać równowagę, lecz moje towarzyszki zaraz mnie posadziły.
-Jeszcze nie, jeszcze kilka kolejek…

    Wygrzebałem fragment rozmowy głęboko z mojej pamięci, zapominając, że jestem na drodze! Sznur samochodów za mną zaczął głośno trąbić, gdy nie ruszałem się z miejsca. Speszony dołączyłem do aut przede mną. Natomiast korek jak był tak został… Nigdy nie byłem dobrym kierowcą i chyba nigdy nim nie zostanę! Gdyby nie Lena, nie podszedł bym do egzaminu, jednak zmusiła mnie. Wytłumaczyła, że skoro mam być głową rodziny muszę umieć prowadzić. Powiedziała też, że będzie to potrzebne, gdy na przykład nagle zacznie rodzić! Te wspomnienia znów przeniosły mnie na złe myśli. A co jeśli nigdy nie uda mi się jej odzyskać? Jeśli stracę rodzinę?
    Kolejne trąbnięcia. Czy oni się na mnie uwzięli?! Przeżywam życiowe rozterki! Walczę o swoją przyszłość! Ruszenie się o 10cm nic im nie da! Ugh, teraz to naprawdę byłem zły.
Wysiadłem z samochodu, obracając się do kierowców za mną.
-Czego wy do k*rwy nędzy ode mnie chcecie?! Dajcie wy mi wszyscy spokój!-wydarłem się na całą ulicę.
Wsiadłem grzecznie do samochodu i zaparkowałem na parkingu 2m stamtąd. Oparłem się o maskę. Cała uwaga była skierowana tylko i wyłącznie na mnie. Każdy zastanawiał się „Czy to on? Czy to Zayn Malik? Chyba ma zły dzień…”. Miałem to w dupie. Zacząłem czuć na sobie pojedyncze flesze. Było ich coraz więcej i więcej… Zostawiłem pojazd i zdecydowałem się pobiec do stacji metra. Chciałem po prostu jak najszybciej znaleźć się w domu…
    Po rozdawaniu autografów, pozowaniu z fanami do ich smartfonów, nareszcie wszedłem do podziemnego pociągu. Jestem świadomy, że komunikacja miejska nie jest dla mnie, ale do domu dotarłbym zapewne w środku nocy. Poza tym, widocznie nie byłem w formie, żeby podołać temu powrocie.
    Siedząc tak i przejeżdżając przez kolejne stacje, rozmyślałem o tej całej sytuacji. Może one dosypały mi jakiś narkotyków? Musiało stać się to w tym klubie, tylko, że żaden kelner nigdy nie przyzna, że widział coś takiego… Co mogę zrobić?
-Chłopcy, ilu znacie dillerów dragami?-krzyknąłem, zamykając za sobą drzwi.
-Dzień dobry, Zayn.-powitała mnie mama Irlandczyka.

Kurczę?
________________________________________________________________________

Trololol. Napisałam rozdział w jedną noc, dawno nie miałam takiej weny jak w ostatnich dniach! ;) To z miłości do moich czytelników, haha ♥ mam nadzieje że wakacje som okej ;D chwalcie się w kom!

sobota, 13 lipca 2013

57. Spoil car is like a good sport wtf.

*Louis*
    Dojechaliśmy na parking w centrum. Zamknąłem oczy, odetchnąłem głęboko. Czyżbym… czyżbym był wolny? Mam koło siebie wszystko co mi potrzebne, nie muszę nic udawać, nie muszę oszukiwać, mogę po prostu wykrzyczeć to światu… Niesamowite… Inni ludzie mają to na co dzień, nikt tego nie docenia. Bo kto zwracałby uwagę na to, że może złapać swoją drugą połowę za rękę, może na nią spojrzeć w miejscu publicznym?
-Loui, ile będziemy tu siedzieć? Wysiadamy?
-Nie.-przekręciłem kluczyk w stacyjce i gwałtownie ruszyłem.
-Ej, co ty robisz?-zachichotał, pytając zdziwiony.
-Jadę!-stwierdziłem i otworzyłem dach.-Trzymaj kierownicę.
-Co?
-Potrzymaj kierownicę!-rozkazałem mu, a sam wystawiłem głowę z samochodu, krzycząc z całej siły ‘Jestem Louis i kocham Harrego!’.
-Haha, ty to jednak jesteś kreatywny! Siadaj tu, czopie. Zaraz spowodujesz wypadek!
-Kocham cię.
Wróciłem na swoje miejsce i pocałowałem go namiętnie.
-Patrz przed siebie!
    Droga mijała nam na krzyczeniu piosenek z radia. Którymś razem usłyszeliśmy What Makes You Beautiful i to był dopiero szał!
-Fałszujesz Styles!
-Sam fałszujesz! Co niby wielki pan Tomlinson, tak?
-Dla ciebie tak! Ledwo odrasta od ziemi i pluje się do starszych!
-Ekhem, jestem wyższy.
-Ale młodszy, więc sobie uważaj, maluchu!
Gdy byliśmy prawie na miejscu nagle samochód się zatrzymał. Na szczęście w pobliżu nie było wielu pojazdów...
-Lou, powiedz, że strzeliło ci coś do łba i chciałeś iść na spacer…
-Strzeliło mi coś do łba i chciałem iść na spacer.
-Naprawdę?
-Nie.
Oboje wysiedliśmy z auta. Otworzyłem maskę spoglądając w skupieniu na te… to co tam było. Taak i wszystko jasne…
-Nie masz zielonego pojęcia o co chodzi, zgadłem?-zaśmiał się pod nosem mój mąż.
-Wiesz… Nie. Ale zawsze mogę zadzwonić do Alexa.
-Próbuj…

-Halo?
-Cześć, tu Louis. Słuchaj mam problem z samochodem…
-Co jest?
-Stanął.
-To pchaj.
-Co?
-Strzelam, że zabrakło ci paliwa. Tydzień temu robiłem ci przegląd, było okej…
-Yy, dzięki, cześć.

-I co?
-Hazz… Nie będziesz zły?
-Co?
-Zapomniałem zatankować.
-Słucham?
-Niedaleko powinna być stacja…
    Wielki fart, stacja była tuż za rogiem. Mimo to, zmęczeni oparliśmy się o maskę, dysząc ciężko.
-Lou, wisisz mi…
-Co ci wiszę?
-Nie wiem, ale jakoś musisz to sobie odpracować…
-Nie martw się o to kochanie…-zaśmiałem się cicho i pociągnąłem go ze sobą do kasy.
-Loui…
-Tak?
-Mam ochotę na coś słodkiego…
-Nie publicznie.
-Kup mi MilkyWaya, głupku! Nie mam przy sobie kasy…
-Wykorzystujesz mnie dla pieniędzy!-ułożyłem usta w ‘o’ i wydałem z nich zszokowany dźwięk.
-Tak, jak mi go kupisz to cię bzyknę.-odparł żartobliwym tonem.
-W takim razie może M&M’sy do tego?
-Piwo.
-Nie zgadzam się.
-Proszę?-jego zielone oczy, były całkowicie skupione na moich.-O mój Boże, patrz!
-Co? Nic nie widzę.
-Benzynę z 3, MilkyWaya i to piwo.-usłyszałem jak Hazz gada z kasjerką.-Lou, chodź, zapłacisz.
-Ja je pije!-wykłócałem się, gdy byliśmy już w samochodzie.
-Prowadzisz.
-Nic się nie stanie.
-Możesz mi powiedzieć o co ci właściwie chodzi?
-Kiedy ostatnio wypiłeś piwo, płakałeś, że wypala ci oko. Mam na to pozwolić?!
-W takim razie to nie było jedno piwo…
-Otwórz mi je lepiej.-poprosiłem.
Jechaliśmy chwilę w ciszy. Patrzyłem na niego co sekundkę, popijając alkohol. Uśmiechnął się nieśmiało, tak jak podczas naszego pierwszego spotkania i…
-Lou!
-Co?
-Gliny…

*Liam*
    Czy to normalne, że wstałem już pół godziny temu i leżę myśląc o osobie, której prawie nie znam? Tak, Diana od wczoraj całkiem zaprząta moje myśli… Jej oczy w których błękicie można utonąć… Jej włosy, które czasem, podenerwowana, oplatała wokół palców. I ten głos, który jest jak miód dla Kubusia Puchatka. Proponowałem jej, żeby została, bo było już późno, ale wzięła taksówkę do domu. Ciekawe czy jeszcze śpi. Ciekawe co ona jada na śniadanie… Może do niej zadzwonię? Dawała mi swój numer „w razie czego”. Nie, nie mogę dziś tego zrobić. Wyszedłbym na idiotę…
-Liam, wstałeś już?-usłyszałem krzyk Irlandczyka.
-Tak, coś się stało?
-Pomyślałem, że może zrobiłbyś mi naleśniki…
-Och, okej, ale zanieś mnie najpierw do kuchni.-zażartowałem i wyszedłem z pokoju.
-Wskakuj.-powiedział schylony Horan.
    Po chwili biegaliśmy po całym domu u siebie na baranach, drąc się ‘woohoo’. To nic, że za którymś razem Nialler wbiegł na kanapę, ‘rzucając’ mną o fotel. Pierwszy raz od dłuższego czasu się tak śmiałem!
-Co z tym jedzeniem?-pytałem, wybiegając do ogrodu i wbiegając z powrotem do domu.
-Kto pierwszy w kuchni?-zaproponował Niall i rzucił się tam biegiem.
-To nie fair! Nie byłem gotowy!-zaprotestowałem gdy wygrał.
-Sprawdźmy coś, Li.
-Co?
Żałowałem. Naprawdę żałowałem tego pytania. Otóż chciał zobaczyć, czy jak rzuci mi jajkiem w twarz, skorupka pęknie. Pękła…
-Myślisz, że jajka dobrze działają na włosy?-spytałem, rozbijając jajko na środku jego głowy.
Jego reakcja była niemal natychmiastowa. Teraz w obieg weszła również mąka… Zaraz po niej mleko. Ah tak, jak mógłbym zapomnieć o miodzie…
-Payne! Natychmiast przestań!-wydarł się przez śmiech, gdy wcierałem w niego coś lepkiego, następnie posypując białym proszkiem.
-Nie ruszaj się, jeśli nie chcesz, żebym uszkodził ci oko!-również chichotałem, przyciskając go do podłogi.
-Koniec tego dobrego!-chwila w której chwycił dżem była dla mnie straszna. Za moment moja twarz była cała w czerwonych ‘glutkach’. Westchnąłem, błyskawicznie myśląc, po co mogę jeszcze sięgnąć.

*Niall*
-Co do cholery…-słysząc damski głos, poderwaliśmy się na równe nogi. Byłem przerażony faktem, że akurat teraz musiała nas odwiedzić.
-Maura! Dzień dobry, miło cię widzieć. Ja może skoczę do łazienki i…-głos mojego przyjaciela przerwał ciszę, po czym spieprzył jak najszybciej na górę.
-Dziecko, wszystko w porządku?!-przeraziła się.
-Mamo, wiem, że to nie wygląda najlepiej, ale…
-Ale?
-Ale… Miałem dać mu wygrać? Nigdy!
Na moje szczęście rodzicielka zaśmiała się, a ja się do niej przyłączyłem.
-Nie posprzątam tego.-spoważniała i oboje obrzuciliśmy wzrokiem brudne pomieszczenie.
Byłem w szoku. Pierwszy raz widziałem coś takiego… Jajka, mleko, wszystko oprószone mąką… Dobrze, że nie widzę w jakim ja jestem stanie.
-Dlaczego przyleciałaś tak niespodziewanie?-starałem się jak najszybciej odwrócić jej uwagę od całego chlewu.
-To miała być niespodzianka. Muszę wykorzystać kilka dni urlopu, więc pomyślałam, że cię odwiedzę. Widziałam Chris chyba tylko dwa razy, chciałabym ją lepiej poznać…
Byłem wdzięczny, że nie wymsknęło mi się na głos żadne dosadne przekleństwo. Jak jej wytłumaczyć, że niby jesteśmy pokłóceni, a niby nie? Co teraz?

*Zayn*
    Siedziałem wbity w krzesło przy barze i nie wiedziałem co mam powiedzieć. Nie wiedziałem co mam zrobić. O czym oni rozmawiali? To było naprawdę… dziwne.
-Słucham?-powtórzył zirytowany kelner.
-Mam nie typową sprawę… Byłem tu kilka dni temu, kojarzy mnie pan?
-Może i kojarzę, ale prędzej z radia…-starał się rozmawiać ze mną na luzie, ale widać było, że jest bardzo zdenerwowany. Świadczył o tym chociażby jego drżący i łamiący się głos…
-Były ze mną trzy młode dziewczyny… Musi pan pamiętać, były ładne, a ja nieźle wstawiony.
-A jakbym pamiętał to co?
-To może wiedziałby pan czy… Czy zachowywały się dobrze.
-Gdybym pamiętał to może bym wiedział…
-Naprawdę nie może mi pan pomóc? Nie ma tu kogoś kto był z panem na zmianie?
-Przestań z tym panem, bo dziwnie się czuję. Jestem Ricky.-podał mi dłoń. Teraz to mnie kompletnie zamurowało i musiał czekać chwilę na odwzajemnienie gestu.
-Zayn. Więc?
-Wiesz, dam ci swój numer. Zadzwoń jutro i powiem ci jeśli się czegoś dowiem.-uśmiechnął się słabo, zapisując szybko ciąg cyfr na żółtej karteczce.
-Dzięki!-ucieszyłem się, mając nadzieję na dalszy rozwój sytuacji.

Ricky oddalił się z powrotem na zaplecze, a ja kierowałem się do drzwi. W tym wszystkim coś mi nie pasowało… Dlaczego najpierw w ogóle nie chciał gadać, a zaraz uśmiechnięty dał mi swój numer? Muszę na niego uważać. Gdy byłem już na zewnątrz, przed oczami mignęła mi dziewczyna. Biegła z powrotem do tylnego wyjścia. Dziewczyna która przede mną uciekła…
_________________________________________________________________

Jakie. Nudne. Wakacje. Też tak macie? Oh, nie wiem co mam ze sobą zrobić, na szczęście wyjeżdżam. Rozdział w przyszłym tyg. raczej będzie, mam nadzieje, że uda mi się go napisać do poniedziałku c; ale kurde nie wiem co z następnymi bo jak wrócę to już będzie u mnie kuzynka która zabiera mnie na rejs i będę w domu 20 sierpnia, eh. Damy jakoś radę! :)

niedziela, 7 lipca 2013

56. Doughnut comaaa!

*Alice*
    Obudził mnie dzwoniący Drake z wytwórni. Czego ci ludzie chcą w środku nocy?
-Gdzie jesteś?
-Gdzie jestem? No w łóżku chyba…
-Eh, znowu to samo? Czekamy już pół godziny! Pobudka księżniczko.
-Co? Dobra będę za godzinę.
Opadłam z powrotem na miękką poduszkę. Mój szloch wypełnił sypialnie. Zawsze kiedy budzik mi nawalał Zay go zastępował. Zbliżał powoli swoje usta do moich, całował lekko. Śmiał się z mojej niezadowolonej miny. Czasem przynosił śniadanie do łóżka, jakieś kwiaty. Tak po prostu, za to, że byłam, oddychałam blisko niego. Jak on mógł to zrobić?
    Strasznie mozolnie szykowałam się, aby pojechać pracować nad płytą. Nic mi się nie chciało, byłam tak cholernie samotna! Kiedy Chris, Lou czy Alex pytali czy wszystko ok. w nowym mieszkaniu, gorąco potakiwałam. Tak naprawdę, kiedy tylko tu wchodzę, chcę mi się rzygać. To najgorsze miejsce na świecie! Mieszkam tu tylko ja. Sama, z dwójką dzieci. W każdej chwili mogę zemdleć, mogę nawet zacząć rodzić. Nie, Zayn nie przyjdzie i mi nie pomoże. Trzeba być… naprawdę nie fajnym człowiekiem, żeby przyzwyczaić do swojej osoby na tyle, że nie da się bez niej funkcjonować. On zawsze był. Nawet gdy dzieliły nas miliony kilometrów, on zawsze był… Był gotowy przepłynąć ocean, gdyby coś mi się stało...    
    Już wychodziłam z domu. Zamykałam drzwi, ale znów się rozpłakałam. Chwyciłam za telefon i napisałam SMS-a, że dziś nie dam rady. Wtedy zauważyłam jakiegoś kolesia zbiegającego ze schodów. Wydawało mi się, że skądś go znam…
-Przepraszam…-mój głos odbił się echem.
Obrócił się. Spoglądaliśmy przez chwilę na siebie. Ciemny blondyn, niebieskie oczy, kilkudniowy zarost. Wydawałoby się, normalny, młody mężczyzna.
-Alice?
-A ty jesteś…?
-Brian. 2011 rok, Manchester. Może mnie pamiętasz.
-Wiesz raczej nie zapomina się takich rzeczy jak…
-Pierwszy raz?
-Tak… Może wejdziesz na kawę?
-Jeśli masz chwilę…
    Skończyło się na kilku godzinnych wspomnieniach z dawnych czasów. Stwierdziłam, że nie mogło wyrosnąć ze mnie nic normalnego, gdy mój były przypomniał mi wszystkie moje akcje. Jak na przykład to, kiedy zabrał mnie nad morze, mi urwał się film dość szybko i z rozbiegu skoczyłam z klifu i gdyby nie skoczył za mną utopiłabym się.
-Ale naprawdę nie pamiętasz jak weszłaś na scenę podczas tego koncertu i podbiegłaś do wolnych klawiszy?
-Kitujesz! Zwyczajnie mnie wkręcasz człowieku, nie zrobiłabym tego nawet na próbie dźwiękowej…
-Ale zrobiłaś! Koncert Paramore, ochrona ściągnęła cię dość szybko i trafiłaś na komisariat!
-No może kiedyś… Studiujesz coś?-starałam się jak najszybciej zmienić temat.
-Pracuje w firmie ojca, to moje służbowe mieszkanie. A ty co tu robisz? Nie widziałem cię wcześniej.
I właśnie wtedy zaczęłam płakać. Po prostu się przed nim rozbeczałam jak małe dziecko… Nie wiedział co się dzieje. Wstał i po chwili usiadł blisko mnie.
-Coś się stało? Przepraszam jeśli…
-No nie widzisz? Jestem w ciąży i mieszkam tu sama!-z powrotem schowałam twarz w bluzce. Pewnie wyglądam koszmarnie, więc wolałabym teraz zniknąć. Po co żyć skoro można umrzeć?
-Nie płacz, proszę…-kompletnie nie wiedział co ma zrobić.-Jeszcze się z nim pogodzisz…
-Nie chcę się z nim godzić! Przepraszam, nawet nie umiem normalnie przyjąć gości…
-Wiem co poprawi ci humor! Pamiętasz gdy pokłóciłaś się z mamą i uciekłaś z domu? Zabrałem cię na te pyszne pączki w cukierni mojego wujka. Wstawaj, przejdziemy się. Możesz zjeść nawet trzy w drodze wyjątku…-zaśmiał się lekko.
-3 pączki od twojego wujka? Serio? Daj mi pięć minut.

*Louis*
    Obudziło mnie rżenie konia. Tak, wiem, bardzo dziwne. Po jakiejś minucie ogarnąłem, że to budzik Hazzy. Kiedyś, w NY zauważyłem go i nie mogłem się oprzeć sprawienia zabawnego prezentu. Wyciągnąłem rękę, by wymacać brązowe loki. Były na swoim miejscu. Uśmiechnąłem się mimowolnie.
-Wróciłeś…-wymruczałem.
-Mhm… Powinniśmy wstać…
Przysunąłem się bliżej niego. Splotłem nasze nogi i wtuliłem się w jego tors.
-Nie sądzę, Curly…
-Musimy jechać uregulować sprawy z Managementem.
-Dobrze, ale najpierw mnie pocałuj.-podniosłem na niego wzrok.
Nieśmiało zbliżył swoje wargi do moich i musnął je. Raz, drugi, trzeci… Przerodziło się to w namiętny pocałunek.
-Chłopcy! Wstawać, zmusiłem Nialla, żeby zrobił śniadanie! O boże…-jęknął, gdy wszedł do naszej sypialni.
-Idziemy!-odkrzyknął Hazz, a ja tylko cicho zachichotałem.
    Przy śniadaniu atmosfera była naprawdę gęsta. Zwykle gadamy, żartujemy, a teraz było jak na stypie… Spoglądałem co jakiś czas na wszystkich po kolei. Liam chyba miał dobry humor, tak jak i Harry, a o reszcie szkoda gadać…
-Gdybyś potrzebował jakiejś pomocy to wiesz, że…
-Dzięki, Li.-odparł Zay.-Daję radę. Tylko mam prośbę. Moglibyście co jakiś czas dzwonić do niej i pytać czy wszystko ok.? Albo ją odwiedzić, mam jej nowy adres…
-Jasne.-uśmiechnął się jednak trochę smutno Liam. Nasz przyjaciel wygląda jakby ktoś wyssał z niego życie. Stanowczo nam się to nie podobało, jednak nie mogliśmy nic poradzić. Jeśli narozrabiał, teraz sam musi to naprawić…

*Harry*
    Wchodząc do budynku denerwowałem się jak nigdy dotąd. Złapał mnie za rękę! On naprawdę to zrobił!
-Nie musisz.-szepnąłem mu.
-Chcę.
Po chwili byliśmy już w gabinecie. Kompletnie nie wiedziałem co tam ustalimy, nie wiedziałem co się wydarzy… Bałem się cokolwiek powiedzieć.
-Więc… Przygotowałem się na każdą okoliczność, daję wam wolną rękę. Co chcecie zrobić?
-Myślę, że może… to już czas.-odezwał się LouLou.
-Tak myślałem. Przygotowałem na to specjalny plan. Najpierw moglibyśmy…
Nic nie słyszałem. Nic nie widziałem, miałem chyba zamknięte oczy. Co? Zacząłem denerwować się jeszcze bardziej. Na co jest czas? Co? Boże, czy oni planują… Co? Zaczęło brakować mi powietrze. Chciałem iść otworzyć okno, ale jednocześnie nie mogłem się ruszyć.
-Harry, dobrze się czujesz? Harry! Słyszysz mnie?-słyszałem jakiś głos odbijający się w mojej głowie echem. Wtedy poczułem jak ktoś przykłada mi inhalator do ust. Po chwili wszystko było okej, wróciliśmy do auta.
-Kochanie co ci jest?
-Nie wiem, wiesz, że nie często mi się to zdarza. To chyba z nerwów… Skąd miałeś inhalator?
-Zawsze powinieneś mieć go przy sobie, rozumiesz? Nawet jeśli wychodzisz do sklepu.
-Nosisz go ze względu na mnie?-moje pytanie zawisło w powietrzu, bez odpowiedzi. Jednak wiedziałem, że to prawda. Jak ja bym bez niego przeżył?
-Mamy dziś wolne, jedziemy do miasta?-zapytał zza kierownicy.
Przytaknąłem łapiąc go za rękę. Co teraz? Czyżby… moje największe marzenie miało szansę się spełnić?

*Zayn*
    To dopiero drugi dzień, a ja już nie daje rady przyjmować waleczną postawę i działać. To trudne, tak optymistycznie podchodzić do życia, podczas gdy mam świadomość, że straciłem wszystko. Zamknąłem oczy, biorąc wdech i wydech. Zacząłem zbierać myśli, wspominając wczorajszą rozmowę z kelnerami…

-Więc, mam dość dziwne pytanie, odnośnie mnie i pewnych trzech kobiet…
-My nic nie wiemy na ten temat.-rzekł jeden z nich. Już chcieli odejść.
-Ale zaraz. Ile czasu siedzieliśmy razem?
-Nie wiem, nie patrzyłem tam cały czas. Myślę, że jakieś 2 godziny. Potem wyszliście.
-A co robiliśmy?
-To samo co reszta.
-Dzięki…-odparłem z niezadowoloną miną.
Jeden z nich podał mi rękę na pożegnanie i odeszli. To nie był zwykły uścisk dłoni. Wręczył mi karteczkę.
„Dziś, 16, Milkshake City obok sklepu muzycznego.”
    Nie bardzo rozumiałem o co w tym wszystkim chodzi. Po co on chciał się ze mną spotkać? Chce przyprowadzić swoją młodszą siostrę z przyjaciółkami? A może wypić shake w moim towarzystwie? Zaśmiałem się mimowolnie na tę myśl. Punkt 4 czekałem w barze. Na szczęście koleś nie należał do spóźnialskich…
-Przekupiły ich.
-Słucham?
-Oni byli przez całą imprezę. Ja dołączyłem pod koniec. Kobiety z którymi pan był, przekupiły ich. Mieli milczeć, nic nie wspominać.-tłumaczył powoli i bardzo cicho. Widać, że trochę się bał, że wszystko się wyda.
-Wie pan coś co mogłoby mi pomóc?
-Przez całe after party przystawiały się do pana, nie dając chwili spokoju. Był pan…
-Tak. Spity jak świnia…
-Właśnie. Jakoś pod koniec wyszliście. ‘Aura Club’, usłyszałem przez przypadek, gdy wzywały taksówkę. To chyba wszystko…
-Dziękuje bardzo! Gdybym mógł się jakoś odwdzięczyć…
-Drobiazg. Mam nadzieję, że to pomoże. Do widzenia.
Wstał i po prostu wyszedł. Człowiek, który stał się moim bohaterem. Gdyby nie tacy uczciwi ludzie, nic by się nie udało…

    Od razu po śniadaniu byłem w drodze do klubu. Miałem nadzieje, że zastanę tam kogoś, kto będzie chciał ze mną gadać. Po półgodzinnej przeprawie przez miasto nareszcie się do niego dostałem. Nie wyglądał zbyt… porządnie. Wyglądał na pup gdzie co noc ktoś kogoś gwałci, ktoś rzyga w kiblu, ktoś handluje jakimś towarem, ktoś zgasza miliony fajek na ścianach czy stołach. Wystrój nie był taki straszny, trochę dziwkarski, ale dało się wytrzymać. Naprawdę widać, że dużo się tu dzieje… Usiadłem przed barem, licząc, że ktoś do mnie podejdzie. Mimo dzwoneczków zawieszonych obok drzwi, chyba nikt nie zorientował się, że tu wszedłem.
-Megan, do kurwy nędzy! Kiedy wreszcie przestaniesz odwalać jakiś akcji?!
-Nie krzycz Ricky… Ja tylko pomagałam, nie możesz po prostu przenocować mnie kilka dni?
-Śpij u swojej zajebiście mądrej przyjaciółeczki. Niech zgadnę, Cara to wymyśliła?
-Spokojnie braciszku… Czasu już nie cofniesz.
-Nie przyszło ci do głowy, że on może podać was na policję?
-Był tak wstawiony, że nawet nie wie, że był na jakiejś imprezie, spokojnie. Wszystko było starannie zaplanowane…
Niejaki Ricky właśnie zmierzał w moją stronę. Rzucił mi jedno spojrzenie, a po chwili przyjrzał się bardziej. Miałem wrażenie, że zaraz wyjdą mu oczy…
-Dzień dobry…-zacząłem.

-Chwila.-rzucił w pośpiechu i wrócił szybko na zaplecze.-Wypi*rdalaj przez tył. Szybko!-szepnął do dziewczyny.
______________________________________________________________

Heeej ;) Co do waszych pytań. Moje świadectwo-czerwony pasek. Codziennie zadaje sobie pytanie 'Jak?' i dalej nie ogarniam, ale w końcu to ja. Moje plany na wakacje... Ej, też miałam zamiar pouczyć się trochę grać na gitarze! c; oprócz tego 15 lipca wyjeżdżam do Londynu na obóz językowy, a potem spędzę tydzień na łódce na mazurach. Nie wiem jak to wytrzymam, będzie ciekawie ;D + wplotę w to przyjazd do kuzynki i takie tam. 
Za tydzień normalnie dodam rozdział, a za 2 tyg może poprosze przyjaciolke zeby dodala bo nie wiem jak bedzie tam z internetem ;) 
I jak mijają wam wakacje? Ja założyłam specjalny zeszyt w którym krótko opisuje każdy dzień, żeby pod koniec do niego zajrzeć i móc odpowiedzieć sobie na pytanie 'Na czym straciłam najlepsze 2 miesiące w roku?" haha