niedziela, 14 kwietnia 2013

44. Kibel celebrytów.

*2 miesiące później, Chris*
    Obudziły mnie pocałunki na szyi. Mruknęłam cicho, dając znak, że już nie śpię.
-Kochanie, nie teraz… Muszę pędzić do pracy, a potem szykować się na tą głupią galę. Nie moja wina, że jesteś sławny.
-Och, to rzuć pracę…
-Albo chłopaka.
-Na pewno nie bez pożegnania…-wyszeptał wkładając mi rękę pod bluzkę i gładząc plecy.
-Nie, Niall. Nie teraz. Mogę zrobić ci naleśniki, jeśli chcesz.
-Sądzisz, że dam się przekupić? Wolę ciebie.
-Ej... Co ty w ogóle tutaj robisz?-spytałam wystraszona, zdając sobie sprawę, że jesteśmy u mnie w pokoju.
-Spokojnie, twoi rodzice mnie wpuścili i wyszli.
Bez słowa wyrwałam się mu i pomknęłam do łazienki. Chyba troszkę przegięłam, bo nie odezwał się do mnie potem ani słowem…
    Nadszedł wieczór. Wybrałam ładną, niebieską i dość obcisłą sukienkę.
-Zamówiłaś taksówkę?-krzyknęła Lena z góry.
-Pojedziemy twoim kabrioletem, będzie szpan.
-Okej, ale w drodze powrotnej ty prowadzisz. W końcu potem jest after party...-zaśmiała się i wyszłyśmy.
Ta gala strasznie mi się dłużyła. Prowadzący gadali coś bezsensu i był jakiś operowy występ. Przy stolikach były długie obrusy... Przejechałam Horanowi ręką po rozporku, po czym oświadczyłam, że idę do toalety. Stanęłam przed męską i rozejrzałam się czy wokół nikogo nie ma. Pusto. Wślizgnęłam się do środka i co zobaczyłam? Sikającego Bruno Marsa.
-Ymm... Cześć. Czyli damska jest obok?
-Tak sądzę.-zaśmiał się i ruszył do umywalki, a ja czym prędzej uciekłam.
Jakoś nie przyszło mi do głowy, że spotkam jakąś super gwiazdę w środku... Po chwili zjawił się blondyn i wciągnął mnie do środka, a następnie do jednej z kabin. Natychmiast rzuciliśmy się na siebie, łącząc nasze usta w pocałunku.
-Chcesz odkupić swoje winy?-zapytał.
-Uda mi się?
-Jeśli się postarasz...
Zdarłam z niego garnitur oraz koszulę, natomiast on miał problem z moją sukienką.
-Co to ma być?
-Dostałam ją od ciebie.
-Niemożliwe.
-A jednak. To jedna z tych sukienek do których nie zakłada się nic pod spód...
Kiedy mu to oświadczyłam, sprawniej mu poszło.
-Ty serio chcesz się pieprzyć przy celebrytach, którzy mogą w każdej chwili tu wejść?
-Nie podnieca cię to?
-Może gdyby to był damski kibel...
Zamknęłam mu usta pocałunkiem. Następnie chwyciłam po zawartość jego bokserek i wsadziłam ją do ust. Nialler jęknął, ale po chwili się uciszył, bo właśnie ktoś przyszedł. Kiedy jego męskość była już w pełni gotowości wszedł we mnie. Im szybciej się poruszał, tym mocniej wbijałam paznokcie w jego plecy. Nie przejmując się już kto mógł nas słyszeć, krzyczałam z rozkoszy. Po jakimś czasie oboje doszliśmy...
-Kocham cię.-szepnął.
Gdy chciałam się ogarnąć, zorientowałam się, że ten idiota popsuł mi sukienkę.
-Co ja mam teraz niby zrobić?
-Spokojnie, nie denerwuj się.
Kolejny raz usłyszeliśmy drzwi.
-Um, Niall?-rozbrzmiał głos Liama.
-Co?
-Zaraz występujemy, także...
-Już idę!-krzyknął i kiedy Li się oddalił powiedział, że jak zaśpiewa, przyniesie mi ubranie.
-No chyba oszalałeś!
-Wiesz ile milionów ludzi to ogląda? Nie denerwuj się, Lena ci potowarzyszy.
Wymknął się i po chwili przyszła moja przyjaciółka.
-Boże jaka żenada!-westchnęłam.
-Przynajmniej będziesz miała o czym wnukom opowiadać!
-Serio myślisz, że im to powiem?-obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Dzień dobry.-nagle usłyszałam, że Alice spoważniała.
-Przepraszam, musiałem pomylić drzwi.-odpowiedział jakiś mężczyzna.
-Kto to?-umierałam z ciekawości.
-O matko. W życiu nie zgadniesz kto to był!
-Hm... Może Robert Pattinson?
-Nie. Premier! Ogarniasz? Nie ma to jak, żeby premier cię zobaczył w męskim kiblu!
-Ciekawe gdzie się teraz odleje.
Znów ktoś przerwał naszą rozmowę.
-Cześć. Mnie tu nie ma jak coś, nie przeszkadzaj sobie.
-Jasne... Wiesz właściwie dobrze się składa, że cię spotkałem.
-Takk?
-Mój menadżer miał rozmawiać z twoim w sprawie duetu. Co byś powiedziała na jakąś piosenkę razem?
-Um, wiesz co, przemyśle i dam ci znać, w przeciągu jakiegoś tygodnia...
-Jasne. To do zobaczenia...
-Boże!
-Kto?
-Pitbull.
-Haha, dzisiejszy dzień to beka życia!

*następnego dnia*
-Niall, o co chodzi?-powtarzałam jak traumę, kiedy z prędkością światła ciągnął mnie na dół, mówiąc, że ma niespodziankę.
-Mamy gościa.
Nagle moim oczom ukazała się sama Demi Lovato!
-Hej!-rzuciła radośnie, uśmiechając się tak, jak to ona się uśmiecha…
-Ale… To naprawdę ty?!-wypiszczałam i rzuciłam się jej w objęcia.
-Tak! Też się cieszę, że nareszcie mogę cię poznać!
-No to ja lecę do studia, miłej pogawędki, dziewczyny!-pożegnał się Horan i wyszedł.
-Wybacz, że nie mogłam odwiedzić cię wcześniej, ale wiesz, praca… Bo pewnie domyślasz się, dlaczego tu jestem…
-Tak… Nareszcie ktoś, kto w pełni będzie mógł mnie zrozumieć…
-Więc... Co robisz z tym teraz?
-Mam psychiatrę… Boże jak to brzmi. W każdym razie jakoś się trzymam. Na pewno lepiej niż na początku, kiedy łykałam jeszcze larwy tasiemca…
    W życiu z nikim nie gadało mi się tak dobrze na ten temat. Wiele osób próbowało ze mną rozmawiać, ale nie chciałam. I kiedy ją poznałam, poczułam się dobrze. Od dawna, było mi po prostu dobrze. Bo pierwszy raz nie byłam w cieniu i to ja byłam w centrum zainteresowania, nie Alice lub chłopcy. Nie byłam tą na doczepkę, która stoi obok i ma ładnie wyglądać.
-Już jestem!-krzyknęła moja przyjaciółka na wejściu.-O, widzę, że masz gościa… Cześć.
-Cześć, jestem Demi.-podały sobie ręce.-To ja już będę lecieć. Jesteśmy w kontakcie, pa.
-Wow, nie wiedziałam jakie masz znajomości!-zaśmiała się, kiedy drzwi za Dems się zatrzasnęły.
-Mam nadzieje, że odwiedzi mnie, podczas tych miesięcy, kiedy będziecie dawać koncerty…
-Oj, to nie aż tak długo, wytrzymasz.
-Mam nadzieję… I co? Kupiłaś tą sukienkę na jutro?
-Oczywiście. I torebkę, żeby zmieściło się dużo chusteczek.
Tak, na ślubie Larrego to najpotrzebniejsze…

*Alice*
    Obudziłam się o trzeciej w nocy i nie mogłam usnąć. Przyglądałam się mojej miłości, która lekko pochrapywała… Chyba pierwszy raz w życiu poczułam się, aż tak staro. Jak dorosła kobieta, która nie jest córką, a powinna być matką. Która po prostu zakłada swoją rodzinę i odcina się od rodziców. Jest samowystarczalna. Ja nie jestem. W głębi duszy jestem zwykłym bachorem, który długo bez rodzicielki nie pociągnie. Są różne matki. Jedne mają świetny kontakt ze swoimi dziećmi, inne kochają je, ale mniej to okazują. Niektóre nawet przed sobą  to ukrywają. Ale matka to matka. Każde dziecko podświadomie jej potrzebuje i darzy nadzwyczajnym uczuciem. Bo to ona je trzymała pod sercem całe 9 miesięcy, urodziła i od razu pokochała. Chroniła przed złem wszechświata, które pchało się drzwiami i oknami. Od momentu, kiedy ma się dziecko, najpierw myśli się o nim, następnie o sobie. Ojcowie… No to już inna bajka. Ojciec może być i może go nie być, co nie wzbudza większego zdziwienia. Mój pojawił się ni stąd, ni zowąd po 19 latach, a do tego czasu, ona była dla mnie wszystkim.
    Ja nie jestem gotowa, naprawdę. Codziennie modlę się i proszę Boga, by mi jej nie odbierał, bo nie dam rady. To taka głupia nadzieja. Na tym etapie mam wrażenie, że tylko ja dalej wierzę. Wierzę, że wszystko będzie jak dawniej i w ogóle świetnie, a reszta wierzy, że uda jej się pociągnąć do końca wakacji. Oczywiście, nic po sobie nie okazuję, mam to po niej. Chodzę z poważną miną, i patrzę przed siebie z uniesioną głową, czekając czym obciąży mnie los. W środku jestem galaretą, która drży na dźwięk telefonu, bo boi się, że ktoś chce jej przekazać pewną złą wiadomość… Siedząc i myśląc szlochałam, co obudziło Zaya.
-Co się stało?-przeraził się, usiadł i natychmiast mnie przytulił.
-Boję się…-mocno wtuliłam się w jego nagi tors.
-Spokojnie, jestem z tobą…-uciszał mnie, całując i gładząc po głowie, bujając się przy tym lekko.
-Wiem.-chlipnęłam.
-Chcesz pogadać?
-Nie.
Położył nas oboje, dalej mocno mnie obejmując. Próbował mnie uśpić i czułam, że również było mu bardzo źle i nie zamierzał zasnąć, póki mi się nie uda.
    Rano zastałam go leżącego w tej samej pozycji.
-Wyspałaś się? Dziś ślub.
-Jasne, myślałeś, że zapomniałam o najważniejszym dniu w historii wolności?
-Wolni to będziemy jak powiemy o tym światu…-westchnął Hazz, wchodząc do pokoju.-Mam problem z krawatem…
-Przecież już go zawiązałeś…-zdziwił się Malik.
-No właśnie! To tylko przymiarka i teraz nie mogę się z niego uwolnić…
-Och, daj to.-zwinnie mu pomogłam i odprawiłam do dalszych przygotowań.
-Pierwszy pocałunek dnia?-zaproponował seksownym głosem i przycisnął swoje usta do moich.
-Rok. Wyobrażasz sobie? Jesteśmy razem od roku…-westchnęłam, uśmiechając się w myślach na wspomnienia.
-Wiesz co?
-Co?
-Ja tak naprawdę kocham cię całe życie. Od pierwszego stuknięcia, moje serce bije dla ciebie…
-Wierzysz w przeznaczenie?
-Wierzę w miłość.-cały czas patrzył mi głęboko w oczy i pocałował krótko.-Idę się szykować.
   
*Loui*
    Na ślubie miało być kilkanaście osób. Chłopcy, Alice, Chris, Danielle, oraz nasi rodzice i siostry. Czekałem już w urzędzie na resztę, niesamowicie się stresując. Co jeśli nie uda im się dojechać na czas? Co jeśli mój narzeczony się rozmyśli? Co jeśli będzie miał wypadek, straci pamięć i przestanie mnie kochać? Uh, Lou, uspokój się! Zacząłem coś nucić pod nosem. Wtedy poczułem czyjś dotyk na barku.
-Więc na pewno chcesz mnie dziś poślubić?-szepnął mój wybranek.
-Kto nie chciałby spełnić swoich najskrytszych marzeń?
-Wiesz, że jestem nieznośny... Śpiewam pod prysznicem, zabieram kołdrę, niezdara ze mnie, nie lubię kompromisów…
-I masz w sobie mnóstwo miłości…
-To może być minus, bo stale ją okazuję. Na pewno się na to piszesz?
-Zapomniałeś jeszcze dodać, że kiedy proszę cię o jajko na miękko, robisz je na twardo.
-Właśnie dlatego do końca naszego życia będziesz rankami przygotowywał jajecznicę i tosty. Zgadzasz się?
Do końca życia. To naprawdę brzmi poważnie. Za to „reszta życia z Harrym” brzmi przecudownie…
-Posłuchaj, kochanie… Pragnę do końca moich dni zasypiać i budzić się przy tobie, codziennie kochać cię coraz bardziej, dzielić kołdrę, słuchać twego głosu, usługiwać ci. Pozwól się kochać.
-Muszę ci coś pokazać.-ściszył głos.
-Hm…?
Wtedy wskazał na palec, na którym miała zaraz pojawić się obrączka. Widniał tam tatuaż „Gotta Be Lou”.
-Awww, Harreh!
Nie mieliśmy czasu dłużej rozmawiać, ponieważ ceremonia się zaczęła…
________________________________________________________________

Macie tego swojego pornola. Wiem, że to mało, ale szybka akcja w kiblu celebrytów nie mogła być bardziej romantyczna i w ogóle xd W przyszłości napiszę coś dłuższego jeśli chcecie. Przepraszam, że dopiero teraz dodaję, ale w weekend miałam moją rocznicę Directioner! Awh, normalnie łezka w oku i te sprawy, więc to się trochę opóźniło. Eh, dołuje mnie fakt, że moja siostra od jutra zaczyna OSTATNI TYDZIEŃ SZKOŁY W ŻYCIU #tazazdrość. No nic, #staystrong niedługo wakacje c;

1 komentarz:

  1. Świetne,czekam na kolejny <3
    Tak chcemy więcej irlandzkich aktów miłości :D <3

    OdpowiedzUsuń