sobota, 6 kwietnia 2013

43. Trudne rozmowy.


   Kiedy tylko wstaliśmy rano, pojechaliśmy na badania. Te głupie zielonkawe ściany i specyficzny zapach… Nic nie zmusi mnie, żebym polubił to miejsce.
-Nie chcę!-zaczęła marudzić, już w budynku.
-Nie wydziwiaj. To nic nie boli.
-Och, będą mi pobierać krew!
Zaśmiałem się w odpowiedzi i pocałowałem ją w czoło.
-Niall, chyba jest jeszcze coś co powinnam ci powiedzieć…-zaczęła.
Co się stało w tym momencie? Zemdlała. Zresztą nie dziwie się, nie jadła nic, od… Nie wiem nawet od kiedy! Lekarze ją zabrali, a mi kazali czekać. To moje ulubione zajęcie. Po prostu ku*wa nowe hobby! Na szczęście po 15 minutach ktoś raczył do mnie podejść.
-Kim pan dla niej jest?
-Chłopakiem.
-Więc nie wiem czy mogę…
-Dobra, to moja żona, pasuje?! A teraz gadaj!
-Skoro tak… Ma 10-metrowego tasiemca w jelicie i anemie.
-Co?!
-Tak, będzie musiała zażywać odpowiednie leki, aby usunąć go z organizmu… Mam jeszcze kilka pytań.
-Ma bulimię. Przepraszam, muszę zadzwonić.
    Los postawił przede mną wybór. Być tchórzem, nie powiadamiając jej rodziców, czy odważnie im powiedzieć i dać się zeszmacić. Jej ojciec nigdy mi tego nie wybaczy i zabroni nam kontaktowania się. Po pięciu minutach byli na miejscu…
-Co jej jest?!-zaczęli krzyczeć.
-Lekarz wszystko wyjaśni.-szepnąłem.
Z ogromnym niepokojem przyglądałem się, jak byli coraz bardziej przerażeni.
-Kiedy można ją zabrać do domu?-zwróciłem się do lekarza.
-Ona nigdzie z tobą nie jedzie!-odgrażał się jej ojciec.
-Sądzę, że nie będziemy jej dłużej trzymać. Oczywiście będziemy w stałym kontakcie, co do leczenia.
-My, młodzieńcze, musimy porozmawiać… Przyjdź o 16.-rzekł chłodno jej tata i poszedł po córkę.
    Powoli człapałem w stronę wyjścia. No to dupa. Mam kilka godzin na obmyślenie kogo będę zgrywał w tej rozmowie. Czy twardziela, który powie coś w stylu „Oddawaj córkę, albo was wszystkich powystrzelam!”, czy mięczaka, który będzie stale przepraszał i błagał na kolanach o wybaczenie… A może pewniaka, który jest przekonany o swojej niewinności i postawi na swoim? Hm… Najlepiej będzie jak pójdę na żywioł.
    Punkt 4 byłem pod ich domem. Wpuścili mnie i gościnnie posadzili na kanapie.
-Pozwalałem jej spędzać z tobą tyle czasu, bo myślałem, że mimo wszystko, nie jesteś zwykłym, końskim gównem, wokół którego latają muchy. Po tym co zrobiłeś, czujesz się jak facet, czy może jak dziura w dupie, która nie umie stanąć na wysokości zadania?
-Mam do pana szacunek z wiadomych względów, ale jeśli nie powstrzyma pan choć trochę języka, stracę go.-Jea! 1:0 dla mnie! Zrobiłem z niego chama i prostaka.
-Kiedy rozmawiam z byle kim, nie dbam o to, wybacz…-chyba mnie zagiął. 1:1?
-Pozwól na chwilkę.-wydukała pani Cruise i wzięła swojego męża na bok.
-Przepraszam, Niall. To te nerwy, sam rozumiesz…-zaczął się tłumaczyć, a ja modliłem się aby nie wybuchnąć śmiechem.
-Tak, rozumiem. Chciałem pana uświadomić, że miałem z nią taki sam kontakt jak pan, przez ostatnie miesiące.
-Po co jej chłopak, który ciągle jeździ na trasy?
-Jest jeszcze takie uczucie zwane miłością. I może właśnie po to…
-Nie samą miłością człowiek żyje. Ona nie przywróci jej zdrowia.
-Skąd ta pewność?-po moich słowach zapadła cisza.-Czy mógłbym się z nią zobaczyć?
Jej ojciec chciał coś dodać, ale jej mama poprowadziła mnie na górę.
-Jak bardzo jesteś na mnie zły?-wyjęczał jakiś głosik spod kołdry.
-Dzieciuch. Serio połknęłaś robala? Jeśli już robisz głupoty, to może mów mi wystarczająco wcześnie. Potem musiałem ściemniać, że jesteś moją żoną.
-Ej, to nie było by takie złe. Ożenić się z chłopakiem, który ledwo wyrósł z pieluchy…
-Ha, ha, ha. Lepiej powiedz mi, czy coś dzisiaj jadłaś.
-Zabierz mnie stąd, to zjem co zechcesz.-zaczęła mnie namawiać.
-Kochanie, to twój dom…
-Aha, czyli po prostu mnie nie chcesz… No tak…
-Dobrze wiesz, że to nie tak!
-A jak?-oburzyła się.
-Twój tata ma rację, nie stanąłem na wysokości zadania. Nie obroniłem cię przed złem wszechświata. Lepiej będzie, jeśli tu zostaniesz…

*Alice*
    Uchyliłam powoli powieki. Moim oczom ukazał się Malik z bitą śmietaną w ręku. Zniweczyłam jego plany budząc się, ale stwierdził, że jeszcze nie jest za późno. Całą mnie opryskał i zaczął uciekać.
-Dopadnę cię gnoju!
-Idź się umyj!
-Powiedział koleś z nosem jak Voldemort!
-Lecz się na stopy, bo na głowę za późno, pryncypale!
-Masz coś na czole, matole!
-Haha, przesadziłaś.-wskoczył na kanapę.-Ale serio? Gdzie jest jakieś lustro?
W odpowiedzi tylko się zaśmiałam i poszłam zmyć to z siebie.
-Chłopcy! Śniadanie!-wydarłam się wkrótce.
-Och, daj im się nacieszyć sobą.
-Są głodni!
-Skąd wiesz? Nie musicie schodzić, jeśli nie chcecie!-krzyknął do nich.
-Jesteśmy głodni.-odpowiedział Harry, schodząc po schodach, a ja wytknęłam Zayowi język.
-Właściwie… Mamy wam coś do powiedzenia…-zaczął niepewnie Lou, już przy stole.
- Tak. Bo my wczoraj…
-No… Dalej, wyduście to z siebie!-zachęcił ich mój chłopak.
-Zaręczyliśmy się.-wyznali chórem i zarumienili się lekko.
W tym momencie, musiałam mieć twarz Nialla, gdy nie jadł od kilku godzin, skrzyżowaną ze spranymi gaciami.
-C-co? Jezu, muszę się napić!-wydusiłam tylko i ruszyłam do barku. Szampan będzie odpowiedni.
-Lenka, tak rano?
Nie zważając na opinię Zorra, pociągnęłam spory łyk.
-Kochanie, nie płacz, wszystko będzie dobrze!-przytulił mnie.
-To ze wzruszenia, idioto!-wybełkotałam i rzuciłam się na narzeczonych z gratulacjami.
 Na takie rzeczy po prostu nie ma słów. Bo jak można określić coś tak pięknego? To jest takie… To pokazało, że każde marzenie jest do spełnienia. I, że człowiek może wszystko, że jest wolny… Mimo, że nie są heteroseksualni, kochają się jak nikt na świecie. Jedno ich spojrzenie, a mnie już ściska w żołądku. Jestem wdzięczna losowi, który pozwolił im się spotkać…
    Chłopców ok.12 już nie było. Znów cały dom dla siebie…
-Na czym my skończyliśmy?
-Nie przypominam sobie…-zaśmiałam się.
-To chyba było na tamtych schodach, jeśli mnie pamięć nie myli…
-Może przypomni mi się kiedy… złapiesz mnie!-rzuciłam ze śmiechem i zaczęłam uciekać.
Najpierw ganialiśmy się dookoła salonu, potem na górze. W końcu sama się poddałam, padając na łóżko.
-Zaczynam chodzić na siłownię!
-Haha, teraz jesteś tylko moja.-powiedział w żarcie, ale tak seksownym głosem, że… ah.
Zaczął pieścić pocałunkami moją szyję, jednocześnie błądząc dłońmi po ciele. Ja za to zaczęłam go rozbierać.
-O zobacz co jeszcze mam!-sięgnął po bitą śmietanę, nałożył na mój brzuch i zaczął zlizywać.
Kiedy chciałam sięgnąć po zawartość jego bokserek, coś nam przeszkodziło. Tym razem telefon.
-Nawet nie próbuj.-wysyczał.
-A jeśli…
-Świat się nie zawali, jeśli zaraz oddzwonisz!
Właściwie Zay ma rację. Był już gotowy, aby we mnie wejść, ale komórka znowu zaskoczyła.
-Przepraszam, muszę.-chwyciłam szybko telefon.
-I co?-spytał gdy zakończyłam rozmowę.
-Jade do Manchesteru, pa.-dałam mu soczystego buziaka, zarzuciłam szybko ubrania i wybiegłam.-Wrócę po ciebie, kochanie!
    Modliłam się, abym z nerwów nikogo nie przejechała. Tata dzwonił. Z mamą jest źle. Nawet nie wiem i nie chcę wiedzieć na ile źle… Po godzinie jazdy ją zobaczyłam. Leżącą w łóżku. Miała włosy. To dobrze czy źle?
-O, Alice, już jesteś?
-Tak, byłam w Bradford…
-Chyba musimy porozmawiać…
-Więc…?-udawałam twardą, ale jak tak na nią patrzyłam, pękało mi serce.
-Sprawy się troszkę pokomplikowały…
-O czym mówisz?
-Krótko: z rakiem żołądka nie ma żartów. Szanse są małe. Muszę się poddać chemioterapii, kiedy lepiej się poczuję…
-Wiesz… Chris jest chora…
-Na co?
-Ma bulimię. Przez całą trasę, kiedy z nią byłam, była chora, a dowiedziałam się kilka dni temu!
-Chyba żartujesz?! Trzeba jej jakoś pomóc!-jej gałki oczne się powiększyły i zakaszlała głośno.
Co ja gadam… Pieprze o problemach innych, podczas gdy moja mama… umiera? Niee. Nie? Co mam robić? Co robić?!
-Ogólnie zadzwoniłam, bo musimy omówić kilka spraw organizacyjnych. Już, po… no wiesz czym, ty przejmiesz przede wszystkim fundację. Wiem, że należycie o nią zadbasz. Całą dokumentację przedstawi ci wtedy księgowa. Co jeszcze… W domu będzie mieszkał ojciec, ale prawnie będzie twój i Alexa.
-Mamo, stop! Po co mi to wszystko mówisz?! Przecież zaraz pójdziesz na leczenie i będzie dobrze… Nie chciałabyś bawić się na moim weselu?
-A potem bawić twoje dzieci… Marzę o tym, jednak pewne rzeczy, nie pozwalają nam spełniać wszystkich pragnień. Trish będzie dobrą babcią.-powiedziała po chwili, spokojnie, a ja zrobiłam chyba dziwną minę.
-No co? Nie planujecie dzieci?
-Mam 18 lat.
-19 rocznikowo, kochanie. Och, przecież po was widać, że to nie jest przelotny romans…
_____________________________________________________________________

Taki troszkę o niczym ;c Co do tej zboczonej scenki to w nastepnym rozdziale ;p Licze na troszkę więcej niż 2 komentarze... Love ya xx

5 komentarzy:

  1. genialny rozdział,hahahahaha coś nie udało im się tego zrobić ;d
    biedny Malik,czekam na nowy,pisz szybko.
    ZAPRASZAM DO MNIE: http://life-is-not-that-easy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ ty męczysz tego Malika.
    Żal mi Chris... Ale wyjdzie z tej choroby/chorób, prawda? Radzę pogadać z tymi na górze ;D
    Całuje;*
    Pataxxon

    OdpowiedzUsuń
  3. świetny rozdział.. haha ojj Zayn,Zayn.. hehe.
    szkoda mi mamy Alice. Chciałabym żeby przynajmniej dożyła ślubu Alice i Zayna.
    pozdrawiam Weronika;***

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny.Czekam na następny!

    Zapraszam do mnie!
    http://i-love-you-as-you-are.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń