niedziela, 29 grudnia 2013

77. Wait. I'm pregnant, yep?

*Liam*
    Była wkurzona. I to ostro. Na mnie, na Harrego i na cały świat. Po tych kilku tygodniach zdążyłem już poznać ją w małym stopniu. Tak… Jeśli dym ulatnia się z jej uszu, to najlepiej szukać kryjówki. Siedzieliśmy w samochodzie przed jej domem i sam nie wiedziałem, co powinienem powiedzieć, po milczeniu przez całą drogę.
-Wkurwiasz mnie.-wypaliła.
Może to nie było na miejscu, ale zachciało mi się śmiać. To naprawdę jest wyjątkowa dziewczyna… Na pewno bezpośrednia i szczera, co czasem jest… hm… słodkie.
-Okej, więc o co chodzi tym razem?-spytałem rozbawiony.
-Liam, ty mnie po prostu wkurwiasz… Ugh, chodź na górę, ojca nie ma…-westchnęła i za nim się obejrzałem, już trzasnęła drzwiami.
    Weszliśmy do windy, aby dojechać na 7 piętro. Złapałem ją za rękę, aby trochę ją zmiękczyć. Jednak sądząc po jej minie, chyba nie wiele to da. Nie zareagowała    entuzjastycznie, ale też nie znokautowała mnie jednym ruchem. To chyba dobrze rokuje.        Na trzecim weszła pani z pieskiem. Miała może trzydzieści lat i nie wyglądała na bizneswoman, ale niewiarygodnie zajmowała się swoim telefonem. Kundelek zaczął szczekać. Dość głośno. Gdy nikt nie zwrócił na niego uwagi, skakał na nas. Błagam, nie. To tylko pogarsza moją sytuację. Co robić? Starałem się go pogłaskać. Wyciągnąłem rękę, aby poczochrać jego jasną czuprynę. Był chyba dopiero umyty. Śmielej dotknąłem go też drugą dłonią. Jego pani chyba nawet nie zauważyła, gdy nagle bardzo mnie polubił. Za bardzo… Jakby to powiedzieć… Spodobała mu się moja noga i widział w niej partnerkę seksualną. Chciałem go jakoś odsunąć, nie robiąc większego zamieszania, lecz to nie było łatwe. Przelotnie spojrzałem na twarz mojej towarzyszki. Spoglądała na mnie nieźle ubawiona. Ugh, nie wiem co gorsze, doprawdy…
    Jest! Nareszcie 7! Trochę bałem się, tego co zaraz usłyszę, ale muszę stawić temu czoła. Pewne sprawy trzeba wreszcie wyjaśnić. Nie mogę pozostawiać tego wiecznie w grupie spraw „do przemilczenia”, niestety…
    Otworzyła mieszkanie i weszła pewnym krokiem, rzucając kluczę na komodę pod małym lusterkiem. Wychwyciła w nim swoje odbicie i ułożyła przedziałek. Tylko po to, żeby dosłownie po sekundzie rozczochrać włosy, jak to miała w zwyczaju. Zaraz po tym ruszyła do salonu, opadając na jasną, skórzaną sofę.
-Siadaj.-wskazała mi miejsce naprzeciwko.
-Dlaczego jesteś na mnie zła?
-Kim dla ciebie jestem?
-Jak to kim?-pytałem, nie rozumiejąc dokładnie pytania.
-No kim? Bo każdemu przedstawiasz inną wersję! Mnie mówisz coś innemu, chłopcom coś innego, a fanom to w ogóle wymyślasz, że jestem tym kotem który poleciał w kosmos…
-To był pies.
-Na pewno jakiś kot też tam był!
-Czyli, że żądasz jakiegoś publicznego oświadczenia, czy… Nie wiem. Zależy mi na prywatności.
-I to jest moment w którym wychodzę na sukę, która jest z tobą tylko i wyłącznie dla sławy. Bo nie mogę już błyszczeć przy Lou, więc chwytam się brzytwy. Tak?
-Tak.-odpowiedziałem, czego raczej się nie spodziewała.-Tak to wygląda.
-Myślałam, że będziesz mniej bezpośredni… Możesz już wyjść.
-Wyrzucasz mnie?
-Wyjdź, bo zaraz będę płakać i nie chcę żebyś tu wtedy był, okej?-rzuciła, po czym schowała twarz w dłoniach.
-Uh, nie wiem jak Lou z tobą wytrzymywał… Nigdzie nie idę, teraz ty mnie wkurwiasz.
-Liam, weź wypierdalaj, co?
-Dobrze!
Szybko wyprowadziła mnie z równowagi, to fakt. Momentalnie znalazłem się przy drzwiach balkonowych i otworzyłem je ostentacyjnie. Wyjrzałem za barierkę mało przekonany. Tu serio jest wysoko. Serio serio…
-To lecę. Pa.
-Rzuć się z balkonu sąsiadki, nie chcę mieć potem problemów!-odkrzyknęła.
-Spoko!-odpowiedziałem, przekładając pierwszą nogę.
    Jestem idiotą. Uświadamiam to sobie właśnie w tej chwili, gdy wiszę na siódmym piętrze. Wystarczy tylko małe potknięcie. Pierwszy raz w życiu zwariowałem tak na punkcie dziewczyny. I chyba nie będę miał szansy zrobić tego drugi raz… Liam, co ty odstawiasz? Zaśmiałem się sam do siebie. Naprawdę zwariowałem…
-Natychmiast tu wracaj, idioto!-warknęła, stając na balkonie.
-Przed chwilą mówiłaś…
-Liam, proszę cię.-powiedziała ciszej.
Obejrzałem się ostrożnie. Jej twarz była całkiem czerwona od płaczu. Chyba nieźle ją wystraszyłem. Może koniec tej szopki? Zaraz straż, policja i karetka się zjawią, co nie będzie miłe. A jak media się dowiedzą… Boże.
    Przeszedłem na jasną stronę mocy, aby więcej nie straszyć ludzi i siebie samego. Podciągnęła nogi do klatki piersiowej i zaplotła je rękoma. Oparła czoło o kolana tak, że nie widziałem jej twarzy. Usiadłem naprzeciw niej, po turecku. Atmosfera była tak gęsta, że można było lepić kulki i rzucać się nimi jak śnieżkami. Co powiedzieć?
-Wiesz, że jeszcze dla żadnej dziewczyny nie zrobiłem czegoś takiego?
-Nie ryzykowałeś życiem, aby śmiertelnie ją wystraszyć? Jej, musisz mnie naprawdę nie lubić.
-Lubię cię.
-Miło mi.
-Zależy mi na tobie. To chciałaś usłyszeć?
-Ja wiem o co w tym wszystkim chodzi… Zerwałeś z Danielle, z którą byłeś długo. Potem skakałeś z kwiatka na kwiatek. A gdy zatrzymałeś się przy mnie, nie chcesz się przyznać przed ludźmi i przed samym sobą, że mógłbyś mieć inną dziewczynę dłużej niż na jedną noc. Ona była idealna, prawda? Nigdy jej nie dorównam i nie wiem czy chcę próbować. Wszyscy ją kochali, pamiętam to.
-Może właśnie dlatego z nią zerwałem. Nie chcę być z kimś takim, to męczące na dłuższą metę.
-Wolisz brzydkie beztalencia, które są chamskie i niezrównoważone emocjonalnie?
-Jeśli te beztalencia są tobą to tak.
-Jeżeli chcesz uprawiać ze mną seks i gadasz takie głupoty, to możesz skończyć.-wypaliła, co mnie zatkało. Kocham tą bezpośredniość.
-Mogę skończyć bo już się na nie złapałaś?
-Nie, nie złapałam się. Poza tym, nie będę tego robić na balkonie.-odpowiedziała, podnosząc się i otrzepując pośladki wypielęgnowanymi dłońmi.
-W takim razie gdzie idziemy?-spytałem, śmiejąc się.
-Chodź na spacer.
-Nie chciałaś tego robić na balkonie, to zrobisz to na spacerze?
-Ale ty jesteś głupi.-pokręciła głową, kierując się do szafy.
Grzebała w niej chwile, szukając odpowiedniej kurtki do wyjścia. Wpatrywałem się tępo, a w mojej głowie błąkało się tysiące myśli. Serio jest niesamowita. Nie potrafię przestać się uśmiechać, gdy jestem w jej towarzystwie. Swoją aurą rozświetla wszystko dookoła. Aż mam ochotę tańczyć, skakać, cieszyć się i robić szalone rzeczy.
    Odwróciła się w jednej ręce trzymając dżinsową katanę, a w drugiej gruby, wełniany sweter.
-W czym iść?-spytała z niezdecydowaną miną.
-W niczym.-rzuciłem niespodziewanie.
W ciągu sekundy chwyciłem jej głowę i pocałowałem znienacka. Chyba mocno się zdziwiła i odchyliła do tyłu. Jednak nasze wargi wciąż pozostały połączone. W efekcie trochę wpadliśmy do małej garderoby. Diana usiadła na drewnianej półeczce, przyciągając mnie do siebie nogami. Payne, co ty wyprawiasz? Cały czas starałem się pogłębić pocałunek, pragnąc większej namiętności. Moje dłonie przestały oplatać jej włosy i nieoczekiwanie zjechały niżej. Pożądanie rosło tak jak i znajome uczucie w podbrzuszu. Traciłem oddech i robiło mi się coraz goręcej. Nie kontrolowałem już swoich ruchów, a moje oczy były zamknięte. Byłem w innym świecie. W naszym świecie. Pragnąłem jej co potwierdzał fakt, że powoli ściągałem jej bluzkę. Nareszcie odkleiłem się od jej ust, teraz całując po szyi.
    Gdy oboje pozbyliśmy się podkoszulek, nagle usłyszeliśmy znajomy dźwięk. Tak jakby… Otwierania drzwi.
-Kurwa kurwa kurwa…-wymknęło się cicho z jej ust, a sekundę po tym jej tata był już w przedpokoju.
-Dzień dobry.-odwrociłem się w jego stronę, świecąc gołą klatą.
Chyba dziś czuję się trochę za pewnie.
-Mógłbyś nie chodzić nago w moim domu? A ty kochanie nie łaź nago przy jakiś facetach!
-Tato!
-No co? Ubierać się i pożegnaj kolegę.-powiedział bezwzględnie, klaszcząc.-No, Liam. Miło było cię poznać, ale chyba nie jesteś odpowiednim chłopakiem… Wiesz, co mam na myśli. Zrozumiesz, gdy będziesz mieć córkę…
-On żartuje.-rzuciła do mnie, ubierając się pospiesznie.-Wychodzimy.-pociągnęła mnie za rękę, gdy jeszcze nie byłem całkiem ubrany…
    Spacerowaliśmy Oxford Street w godzinach szczytu. To nie mogło skończyć się dobrze. Szczególnie, że hormony wciąż buzowały we mnie jak w kobiecie w ciąży. Mimo upływu godziny i przejrzeniu tylu sklepów z ciuchami, dalej czułem się dziwnie. Szalenie. Jakbym mógł wszystko.
-Jeśli kupię ci jakąś sukienkę, to nie będę musiał więcej dyndać na siódmym piętrze?
-Kup mi wille z basenem i sportowe auto.
-Okej.
-Jesteś jednak debilem.
-Robię to, bo mi na tobie zależy, już mówiłem.-zaśmiałem się, sam nie wiem dlaczego. Chyba… po prostu byłem szczęśliwy.
-Wykrzycz to jeszcze.-nieśmiały uśmiech wkradł się na jej twarz.
-Ludzie! To moja dziewczyna i ją kocham! Piss joł.
Wrzeszczałbym dalej, gdyby nie to, że wskoczyła na moje plecy i zakryła niewyparzone usta…

*Alice, 2 tygodnie później*
-Zaaaaaaaayn! Zayn! O mój Boże! Zayn!-zaczęłam piszczeć, wygramalając się z kołdry.
-To już?-odkrzyknął z łazienki, goląc się.
-Co?
-Rodzisz?
-Nie, pryncypale.
-W takim razie dwie minuty cię nie zbawią, kończę brać prysznic.
-Tak sam?
-Nie chodzę pod prysznic z ludźmi ważącymi więcej niż mój aktualny samochód.
-Nie zepsujesz mi humoru, nawet jak będziesz się bardzo starał. Bo to ja zastąpię dziś wieczorem Taylor Swift na wielkim Festiwalu lat 70’ i 80’!
-Słucham?-trzasnął drzwiczkami prysznica i po sekundzie był przy łóżku. Nagi i cały mokry.
-Jestem super gwiazdą, a ty niee, a ty niee!
-Ja jestem super gwiazdą, a ty jesteś wielką gwiazdą.-rzucił, zaśmiewając się pod nosem ze swojego „żartu”.
-Zakryj się lepiej.-rzuciłam poduszką w jego kroczę.-Chociaż w sumie to nie jest konieczne. I tak nie wiele tam widać.
Pokręcił głową, wracając przed duże lustro, aby się ogolić.
-A dzieci są listonosza!-krzyknęłam ostatni raz i pobiegłam na dół, chwalić się dalej.
    Po chwili siedziałam na kuchennym blacie, powtarzając tekst piosenki i zajadając wczorajszą pizzę. Bylebym tylko zatarła ślady zbrodni zanim przyjdzie Niall, bo chyba on miał zamiar ją zjeść. Usłyszałam kroki na schodach i wstałam jak poparzona, wpychając resztę kawałka do ust i myjąc ręce.
-Alice, co będziesz śpiewać?-usłyszałam głos za plecami.
Odwróciłam się powoli. Nie mogłam nic odpowiedzieć, miałam policzki jak chomik, a kawałek jeszcze wystawał mi z ust. Czyli mówicie, że to nie Nialler…?
Widząc to, Zay zaśmiał się głośno i przytulił mnie do siebie. Ha, ha, ha. Halo, ta pizza zaraz mnie udusi!
-A wawa dawe obomo.-odpowiedziałam.
-Fajnie, fajnie… A kto to śpiewa?
-Whitney Houston.-dodałam po chwili.-I wanna dance with somebody, kochanie.
-Dobrze.
-Tylko tyle? Dobrze? Powinieneś albo skakać z radości, albo się na mnie drzeć, że jestem w ciąży. Czemu się nie drzesz?!
-A czujesz się na siłach, żeby tam iść? Pewnie od zaraz masz próby.
-Tak, dziś jest okej…-odpowiedziałam trochę niepewnie.
-Więc idź. Jestem z ciebie cholernie dumny, wiesz?-złapał mnie za dłonie.
-Ja z siebie też.-zachichotałam i pocałowałam go szybko.
-Ale nie będę mógł przyjść, wylatujemy dziś po 20 do Paryża.
-Jak to?
-Gdybyś mnie wczoraj słuchała, to byś wiedziała. Teraz żyj w niepewności.
-Masz rację, powinnam już wyjść.-stwierdziłam, odrywając się od niego.
-Ubierz się ciepło. To znaczy wystarczy, że przebierzesz się z tej piżamy…
    W mgnieniu oka wciągnęłam na siebie legginsy i jakiś podkoszulek, a włosy upięłam w koka. Mam nadzieję, że przed występem doprowadzą mnie do ładu. Łał, taki występ i taka ja. Taka Whitney i taka ja. Aż maluchy zaczęły wariować z podekscytowania. Zdaje się, że mama miała z nią jakieś zdjęcie. Widziałam w albumie i zawsze śpiewałam do niego I will always love you. Wcale nie byłam dziwnym dzieckiem…
-Kocham cię, daj z siebie wszystko. I zadzwoń po występie!-krzyknął, kiedy ubierałam buty.
-Ty też zrób to coś co masz tam zrobić… No, nieważne. Pożegnaj się z nami, co?
    Położyłam się na środku wielkiej sceny, co pewnie nie spodoba się Bobowi, który właśnie mnie przygotowuje. Egh, mam dość. Zaraz im wymyśle, że się źle czuje. Może to wszystko jest tego warte, ale łatwiej byłoby gdybym warzyła 20 kg mniej… Nie dam rady tak skakać po tej scenie w szpilkach, no way.
-Wszystko w porządku?-spytał choreograf, stając nade mną.
-Oczywiście.-uśmiechnęłam się słodko. Zdecydowanie byłam za miła…
    Od samej rozmowy z Zaynem czułam jakiś niepokój… Słysząc o tym, powinien się rzucać i pluć, że nie mogę tam iść, że to niebezpieczne i takie tam. A on nic. Czyżby się już o mnie nie martwił? Na pewno się martwi… Chyba… W każdym razie, teraz ja martwię się za niego, bo nie mogę usiedzieć w miejscu. Jestem druga w kolejności, a prezenterzy właśnie wyszli na scenę. Ilość zajętych miejsc mnie przytłacza. Dzisiaj jest tu wyjątkowo tłoczno. Nic dziwnego, to wielkie wydarzenie. Miliony czekały na to przypomnienie starej, dobrej muzyki, a teraz ja też mogę w tym uczestniczyć. Uśmiechnęłam się lekko do swoich myśli, co trochę mnie uspokoiło. Będzie dobrze. A gdy tylko skończę, zadzwonię do Zayna. Może już włączy telefon, po wystartowaniu…
    Z każdą sekundą serce biło mi coraz szybciej. Podobnie jak serduszka dzieci, które wierciły się niewiarygodnie. Ehh, nie powinnam tego robić. Nie powinnam występować tak blisko terminu. Jestem głupia. Zayn jest głupi. Czemu mi tego nie zakazał?! Pewnie skończyłoby się to moją wyprowadzką na kolejne trzy miesiące. Jednak ja jestem głupia. Wsłuchiwałam się w Mamma Mia w wykonaniu Rihanny. Dała wielkie show, to fakt. Wspaniałe rozpoczęcie gali, na której prawdopodobnie polegnę, bo powoli ze stresu zapominam tekstu. Wszystkie wersy mieszają mi się w głowie. Jak to szło? Spokojnie, pewnie gdy już tam wejdę nie będzie problemu. Au, nie tylko nie to. Uczucie jak wtedy w metrze, zaczynało atakować cały mój organizm. Dam radę. Jak nie ja to kto? W trójkę raźniej, prawda? No, gdyby tylko one jeszcze były bardziej posłuszne i mi nie przeszkadzały w tak ważnym momencie, było by lepiej, ale nie będę narzekać.
-Jakoś blado wyglądasz…-Bobby wyrósł spod ziemi, i położył swoją łapę na moim czole.-Jest ok., prawda?
-Tak, nie mogę się doczekać.
-O, słyszysz? Riri zeszła. Teraz puszczamy pięciominutową reklamę i wchodzisz! Naprawdę wyglądasz dziwnie… Usiądź.-polecił i znów przepadł.
    Zrobiłam tak, jak powiedział. Usiadłam. Bawiłam się telefonem, po czym zdecydowałam się wejść w kontakt „Malik’. Kliknęłam zieloną słuchawkę. „Abonent jest czasowo niedostępny…’ Blah blah blah. Chyba nie ma co dzwonić do reszty, przecież są razem… Co prawda Chris siedzi na widowni, ale już jej tu nie wpuszczą. To może… Alex? Niech doda mi otuchy.
    Po pięciu sygnałach traciłam nadzieję, jednakże zaskoczyło. Usłyszałam jego głos, co odrobinę zmniejszyło wszelkie skurcze i bóle.
-Halo?
-Cześć. Ja właśnie…
-Wchodzisz za 30 sekund!-usłyszałam krzyk zza wielkich monitorów, co sparaliżowało mnie ze strachu.
-Życz mi powodzenia!
-Powodzenia, ale…-chciał coś dodać, lecz musiałam rzucić słuchawką.
Podniosłam się szybko, czując, że moje nogi to nie nogi, ale wata. Upadłabym, gdyby nie rurka obok, której się podtrzymałam.
-5, 4, 3…
Co robić?! Nie wiele myśląc, zrzuciłam ze stóp wysokie buty i wkroczyłam na boso.
    Byłam tam. Stałam na tej scenie. W moich słuchawkach rozbrzmiewały pierwsze dźwięki. Poczułam się o wiele pewniej i starałam się wykonywać wszystkie ruchy, których się dziś nauczyłam. Dałam się ponieść muzyce i odśpiewałam pierwsze wersy.
-Clock strikes upon the hour
And the sun begins to fade
Still enough time to figure out
How to chase my blues away…
Widownia widząc mnie klaskała, bawiła się i tańczyła wraz ze mną. Patrząc na nich, wszystkie wątpliwości zniknęły. Cudownie było znów wystąpić, gdyż opuściłam estradę na kilka poprzednich miesięcy.
-Oh I wanna dance with somebody
I wanna feel the heat with somebody
Yeah I wanna dance with somebody
With somebody who loves me
Oh I wanna dance with somebody
I wanna feel the heat with somebody
Yeah I wanna dance with somebody
With somebody who loves me
    Śpiewałam dalej, zapominając o wszystkim co czułam przed minutą. To cudowna piosenka, której miałam szansę poświęcić się cała. Tylko czy dam radę wyciągnąć ostatnie słowo w przejściu…?
    O nie. Nie nie nie. Tylko nie to! Kończąc zwrotkę, skurcz niemal zwalił mnie z nóg. Mimo że nie miałam dodatkowego obciążenia na stopach, ciężko było mi utrzymać równowagę. A układ taneczny… Wszystkie kroki zaczęły wylatywać mi z głowy, gdy nie byłam w stanie się ruszyć. Jest tu jakiś stopień lub krzesło? Skoro nie jestem w stanie wykonać tych ruchów, wymyślę własne! Rozejrzałam się wokół, udając, że w tym momencie miał być obrót. Cholera! No nic… Chyba będę zmuszona rozłożyć się na podłodze.
    Zaczęłam najtrudniejszą część kucając, poruszając przy tym biodrami. Wtedy ciężar ciała przeniosłam z nóg na pośladki. Bałam się trochę reakcji Bobbiego i reszty, ale wolałam skupić się na śpiewie.
-I need a man who'll take a chance
On a love that burns hot enough to last
So when the night falls
My lonely heart calls.
Gdy otworzyłam oczy i zamilkłam po długo wstrzymywanym oddechu, byłam z siebie dumna. Ale też cała obolała. Dotknęłam czołem kolan, które ugięłam. Muzyka leciała dalej, przedstawienie trwało, lecz ja odleciałam. Krzyki w słuchawce zaczynały mnie drażnić, więc ją wyjęłam. Spojrzałam na wszystkich zdziwionych i czekających na dalszy przebieg wydarzeń oraz ponownie podniosłam mikrofon.

-Przepraszam, ale chyba właśnie rodzę…-zaśmiałam się krótko. To nie było śmieszne. Ani trochę…
_________________________________________________________

Oks, przepraszam, wiem, że długo czekaliście, ale ostatnio miałam jakieś kłopoty z napisaniem czegokolwiek idk. Chyba zmeczenie. Nie ważne. Ejjj rybki to co mam robić drugą część bloga czy kończymy? To zależy od was, nie będę pisać sama dla siebie ;p
Love ya xxx

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Merry Christmas!

Hi kochani!
Z okazji świąt Bożego Narodzenia, chciałabym życzyć wam:
  • dużo fajnych prezentów
  • spełnienia marzeń i postanowień w nowym roku
  • średniej w szkole 6.9
  • duużo miłości pod każdą postacią
  • jak najmniej tych 'złych dni'
  • dużo śmiechu, bo śmiech to zdrowie
  • cierpliwości do mnie w dodawaniu nowych rozdziałów
  • słonia na złotym łańcuchu
  • kolekcji sztucznych gówien (nic)
  • abyście nie żyli pod presją, ale byli wolni
  • szalonych nocy, których nigdy nie zapomnicie
  • biletów na wasze wymarzone koncerty
  • ballady pod balkonem/oknem
  • pizzy na śniadanie, obiad i kolację
  • zdjęcia z żyrafą, bo żyrafy są słodkie
  • dużo chorych nauczycieli
  • udanego sylwestra
  • wprowadzenia łóżek do szkół
Bardzo was kocham rlly. Wiem, że napisałam to chaotycznie, ale ledwo co "stoję na nogach" o tej godzinie, bo wcześnie wstałam. I ten... Kocham was. 
(Próbuje wymigać się od tłumaczenia, dlaczego nie dodaje rozdziału.) Powiem wam, że starałam się coś napisać, ale stwierdziłam, że wolę dokończyć po świętach, ale zrobić to lepiej, niż zrobić byle co. Wyjeżdżam 23 i wracam 26 i może wtedy dodam wieczorem ;) Wgl jeśli mogę coś wtrącić to następny rozdział i kolejny będą bardzo fajne ;p Ah, i niedługo koniec, biczys.
Sooo wesołych świąt, reniferki!
Love ya xxx

niedziela, 15 grudnia 2013

76. The chair.

*Harry*
    Siedziałem na bardzo, ale to bardzo niewygodnym krześle. Czy oni sobie w ogóle z tego zdają sprawę, jak bardzo te krzesła są niewygodne?! Boże, kto je kupił? Nie dałbym za nie nawet pensa… A ten smród? Coś strasznego. Mam nadzieję, że Lou nie będzie zmuszony jeść tutejszego jedzenia. Oni tu przecież trują ludzi! Ciekawe czy sami by tego spróbowali.
    Siedziałem na niewygodnym krześle. Narzekałem na cały świat. Na cały świat. Byleby tylko przez chwilę nie narzekać na samego siebie.
    Poprawiając się na niewygodnym krześle, zauważyłem coś kontem oka. O nie. Nie mówcie, że to wesoła brygada przyszła w odwiedziny! Muszę szybko zebrać myśli… Co im powiem? Prawdę. Tylko jak ubrać to w słowa, żeby się nie rozkleić?
-Hazz!-krzyknęła Alice.
Usiadła obok mnie i objęła ramieniem. Próbowałem zdobyć się na najmniejszy uśmiech. Sam nie wiem, co z tego wyszło…
-Czemu nie dzwoniłeś?-naskoczył na mnie Liam.
-To była ciężka noc, nie miałem głowy do telefonów.-powiedziałem to tak formalnie. Tak bezuczuciowo. Jakbym był premierem i przemawiał przed ludem.
-Ja tam nie wiem, nie znam się, ale chyba po to ma się przyjaciół.-bąknął Nialler, zajmując miejsce.
Chciałem coś odpowiedzieć. Z pewnością rzuciłbym jakąś głupią uwagę. Nie miałem ochoty z nimi gadać. Nie po tym wszystkim. Wolałem więc milczeć. Mowa jest srebrem, ale milczenie złotem…
-Harry, pogadaj z nami.-miałknęła Lena, trącając mnie w ramie.
-Przecież gadamy.-odparłem chłodno, po czym znów zapadła cisza.
    Nagle na szpitalnym korytarzu rozbrzmiał stukot obcasów. Jakby ktoś biegł. Normalnie nie zwróciłbym na to uwagi, ale mogła to być jakaś pielęgniarka. Ktokolwiek. Ktoś kto by mi coś powiedział. Wstałem przejęty.
    O matko… Ostatnia osoba, którą chciałbym teraz widzieć. Diana stanęła przy nas i zaaferowana zaczęła wymachiwać rękami. Niech stąd pójdzie. Inaczej sam ją wyprowadzę.
-Gdzie on jest?! Co się stało? Boże, ledwo tu dotarłam, przed wejściem jest ze 20 stacji telewizyjnych! Całe miasto huczy tylko o szpitalu, ale nikt nie wie o co chodzi. No odezwijcie się! Gdzie Louis?!
Dalej zachowywałem pionową postawę. Patrzałem jej prosto w oczy, szukając w głowie jakichkolwiek słów, byle się odczepiła.
-W dupie.-szepnąłem, opadając na to kurestwo.
    Ja byłem na maksa wkurwiony i ona też zaczynała być. Reszta przyglądała się nam bacznie. „Znowu się pokłócą?” Tak, znowu. To nie pierwszy raz i na pewno nie ostatni. Nie wiem co może zmienić tą niechęć, jaką ją darzę.
    W jej oczach zobaczyłem prawdziwy ogień. Skrzywiłem się lekko. Zresztą nie za bardzo mnie teraz obchodzi, czy ją obraziłem, czy nie.
-Posłuchaj Styles. Nie interesuje mnie to, za jaką dziwkę mnie masz. Naprawdę. Mam na to wyjebane. Mimo wszystko cię szanuję, bo jesteś mężem mojego przyjaciela. I w tej chwili masz powiedzieć nam wszystkim co wczoraj zaszło. Bo nie tylko my, ale miliony fanów umierają ze strachu o niego i nikogo, kurwa nikogo, nie obchodzą twoje fochy. Więc może łaskawie zdejmiesz maskę zbuntowanego chłopczyka i z nami porozmawiasz, co?
    Sprowadziła mnie na ziemię, to fakt. Są różne charaktery. Niektórzy są bardziej delikatni, a niektórzy szczerzy aż do bólu. Od nich słyszymy to, co prawdopodobnie wszyscy inni nie mają odwagi nam powiedzieć. Postawiłem się w ich sytuacji. Gdyby na przykład Niallowi się coś stało, a na moim miejscu byłaby Chris, chyba udusiłbym ją, gdyby nic nie chciała mi powiedzieć. Jestem frajerem. Ale krzesła są gorsze…
-Jest mi ciężko, bo to przeze mnie Lou wplątał się w niezłe tarapaty…-uśmiechnąłem się gorzko. Słowa mimowolnie wypływały z moich ust, a wszyscy słuchali mnie z uwagą i z szeroko otwartymi oczami.
-Co z nim jest teraz?-Zayn odezwał się pierwszy, po wysłuchanej historii.
-Sprowadzili specjalną maszynę, która… Która mu pomoże. A potem… Wróci do domu. Wszystko jest okej, naprawdę.-zapewniałem, choć sam nie byłem przekonany co do moich słów. Może chociaż trochę ich uspokoję i będą mogli wrócić do codziennych obowiązków.
-Dobra, to ja dzwonię do menadżera, odwołujemy wszystkie próby, nagrania i wywiady. Rzecznik napisze specjalne oświadczenie do mediów. A nie pomyślałeś o tym, żeby przenieść go do jakiejś… nie wiem, lepszej kliniki? Te krzesła są okropne!-jęknął Li.

*Alice*
    Nic nie widziałam. Zayn zasłonił mi oczy jakąś obleśną chustką w kwiatki i wsadził do samochodu. Chwilę zastanawiałam się, czy to nie aby jakieś porwanie. Na dodatek mi śpiewał jakieś głupkowate piosenki, zaśmiewając się co jakiś czas.
-Kochanie, dziś jest ślisko na drodze.
-Wiem, jestem ostrożnym kierowcą.
-Nie. Ty jesteś beznadziejnym kierowcą i zaraz nas pozabijasz!-zaśmiałam się, aby złagodzić fakt, że uraziłam jego męską dumę.-Może ja poprowadzę?
-Teraz ja jestem głową rodziny i ja będę prowadził. A po drugie to niespodzianka i masz nie wiedzieć gdzie jedziemy.-odpowiedział pewnie.-Ach i jeszcze jedno. Ty jesteś beznadziejną kucharką!
-Zayn!
-No co? Ty możesz, a ja nie mogę?
-Ale ty serio jesteś beznadziejny!
-Ty też!
-Och, spadaj idioto.-rzuciłam, chichotając, a zaraz po tym otrzymałam buziaka w policzek.
    Byłam lekko podenerwowana ze względu na Tomlinsona, ale siedzenie w tym śmierdzącym pomieszczeniu byłoby bezsensu. I tak dzisiaj nie ma możliwości spotkania się z nim. Pojedziemy jutro. O ile przeżyjemy tą podróż…
-Już jesteśmy na miejscu!-zawołał radośnie Zorro i wyskoczył z samochodu.
Fajnie. Tylko kurde szkoda, że ja nie wysiądę, bo mam zasłonięte oczy i brzuch jakbym miała urodzić dwa słonie. Ugh, bądź gentlemanem i otwórz przede mną te cholerne drzwi! Jakby na zawołanie zrobił to i podał mi rękę.
-Nie wiem co kombinujesz, ale robi się zimno.
-Spokojnie, zaraz będziemy w budynku.
-W budynku? Jakim?-ciekawość zżerała mnie w całości.
-Możesz ściągnąć opaskę.
Zanim dokończył ostatnie słowo ja już wszystko widziałam. To było… dziwne. Staliśmy przed ogromną budowlą, która robiła ogromne wrażenie. Tylko… co my tu robimy?
-O co chodzi?-spytałam oniemiała.
-To jest ta niespodzianka. Chodź do środka!-uśmiechnął się, ciągnąc mnie za rękę.
    Doprawdy, nie wiedziałam co się dzieje. Zayn otworzył jakieś drzwi, weszliśmy do środka, gdzie właściwie były tylko puste ściany. Na podłodze, w rogu leżały jakieś farby. Z drugiej strony widniały pocięte deski i narzędzia. Nie lśniło to również czystością. Wszystko było trochę zakurzone i od razu chciało mi się kichać. Co to do cholery…
-Nasz nowy dom, kochanie.-oświadczył z dumą w głosie.
-Słucham? Jaki dom?
-Pozwól, że ci wytłumaczę. Usiądźmy.-zaczął, przynosząc dwa krzesła.
Klapnęliśmy na nich, a on złapał mnie za ręce.
-Kocham cię. I będziemy mieć dzieci. Nie moglibyśmy dłużej mieszkać w jednym domu z chłopcami. Zrozum, będzie nas za dużo. A to nie byłoby odpowiednie miejsce do wychowywania. Więc zbudowałem dom.
-Ale jak to?-palnęłam głupio.-Gdzie oni będą mieszkać?
-Kochanie, kupili trzy inne domy w pobliżu. Kilka metrów od nas, okej?
-Nie wiem co powiedzieć…-odpowiedziałam, sparaliżowana.
-Spodoba ci się. Chodź, pokażę ci wszystko.-zawołał wesoło i poderwał się z miejsca.-Wiec tu jest salon…
    Najbardziej chyba zaimponowało mi mini studio nagraniowe. On na prawdę pomyślał o wszystkim. Ale coś mi tu nie pasowało. Coś było nie tak i widać to było po mojej minie. Pewnie spodziewał się, że będę skakać z radości. Jestem okropna…
-Coś nie tak?
-Zayn, ja… Też cię kocham i serio jesteś cudowny, tak jak ten dom…
-Więc?
-Nie umiem pogodzić się z tym, że już nie jestem dzieckiem. Tylko się nie śmiej!-ostrzegłam, lekko unosząc kąciki ku górze.
On po prostu uśmiechnął się szeroko i posadził mnie u siebie na kolanach, co chyba nie było przemyślaną decyzją. Poza tym po tym wyznaniu poczułam się głupio, mimo że powiedziałam to jemu. Chciał coś powiedzieć, ale go zwyczajnie zatkało. Boże, co on ze mną ma?
-No bo zobacz jak czas szybko leci.-zaczęłam.-Dopiero co miałam kilkanaście lat, chodziłam z Chris na imprezy, robiłyśmy głupoty, za które nie odpowiadałyśmy, mieszkałyśmy z rodzicami i miałyśmy wszystko w dupie. Zero zobowiązań. Potem się poznaliśmy, miałam osiemnastkę no i wtedy już z górki. Zaczęłam te pieprzone studia, zaczęłam śpiewać. Młodość przecieka mi między palcami. Albo przeciekła…
-Och, gadasz jakbyś miała 80 lat!
-Bo tak się czuję. Dzieci, dom, praca…
-I Zayn…
-Właśnie jeszcze on.
-Czas się jako tako ustatkować, kochanie.
Czy właśnie teraz mi się oświadczy? O mój Boże to chyba jest ten moment… Zbudował ten dom, zaraz będziemy mieć dzieci… Co ja mu powiem? Oczywiście, że się zgodzę. Czekam na tą chwilę odkąd pierwszy raz zobaczyłam go w X Factorze. Wyszczerzyłam się w duchu na samo wspomnienie. Wszystkie moje wnętrzności zaczęły ze sobą tańcować, a ja nie mogłam już usiedzieć na miejscu. Do tego wszystkiego dołączyły się bliźniaki. Ugh, chyba tu zaraz urodzę!
Spojrzał mi głęboko w oczy i uśmiechnął się lekko. Prawie klęczał, właściwie to przy mnie kucał, trzymając mnie za rękę.
-Kopią?-spytał, kładąc dłoń na moim brzuchu.-Jeszcze miesiąc, czekajcie chwilkę! Wiem, że spodobał wam się wasz pokoik, ale spokojnie.
-Do którego tatuś będzie chodził w nocy, aby was uspokoić.
-Ale wy i tak zawołacie mamę, prawda?
-Ugh, chyba śnisz! Jesteś w gorszej sytuacji, bo mam głębszy sen.-zaśmialiśmy się oboje.
-Jest jeszcze coś…-spoważniał, zmieniając pozycję.
-S-słucham.-wydukałam, a moje nogi zaczęły mimowolnie drżeć. Co ten człowiek ze mną robi?!
-Nie wiem… Nie wiem jak ci to powiedzieć.
Dalej, to nie takie trudne! Zaledwie kilka słów. Nie wstydź się, wiesz, że za bardzo cię kocham, żeby się nie zgodzić. Zrób to, zanim będziemy musieli jechać na porodówkę!
-Chodzi o to… Widziałem się z Demi.
-Słucham?-co? co co co co co co co. CO?!

*Zayn*
-To było dziś, kiedy wyskoczyłem do sklepu. Jak wróciliśmy ze szpitala.-odpowiedziałem, oddychając ciężko. Byłem przerażony.
-Kochasz mnie?-spytała.
Wstała i zakryła drobnymi dłońmi twarz. Również się podniosłem, aby spojrzeć w jej oczy. Chyba będzie płakać… Och, gdybym wiedział jak to na nią zadziała, nie mówiłbym o tym. Przynajmniej nie teraz. Założyłem jej pasemko za ucho, zastanawiając się, co odpowiedzieć. To chyba nie czas na sarkazm, ani na „oszalałaś?”.
-Tak. Kocham cię.
-Ja po prostu myślałam… Nieważne. Jak to się stało? Powinieneś bardziej uważać.

    Jajka, mleko i jakiś sok. Ah, no i ziemniaki. Cały czas byłem zdekoncentrowany. Loui zawsze się w coś wplącze… Jest taki od kiedy go znam. Od kiedy pierwszy raz go zobaczyłem, na bootcampie. Razem z Hazzą podkradali ciastka, które były przygotowane na małe przyjęcie, właściwie takie zebranie ważnych osobistości. Robili to tylko i wyłącznie dla zabawy i adrenaliny, gdyż to były najohydniejsze słodycze, jakie przyszło mi spróbować. Biegali po wszystkich korytarzach jak opętani, chowając łupy w dziwnych miejscach, jak np. koszach na pranie, czy w toalecie… Za którymś razem rozdzielili się i urządzili konkurs, komu uda się schować ich jak najwięcej oraz tak aby nikomu nie udało się ich znaleźć. Lou wszedł do wentylacji. Już nie wyszedł. Wszyscy uczestnicy zaczęli go szukać, jednak on był mistrzem w chowanego. Dopiero po trzech godzinach usłyszeliśmy walenie w rurach. Strażacy rozwalili wszystko, aby go wydostać. Zaklinował się, a wychodząc, skręcił nadgarstek. Tommo-mój mistrz.
    Bałem się trochę iść do większego hipermarketu, więc wybrałem Lidla. Sięgnąłem po koszyk i przemierzałem przez kolejne regały. Przystanąłem na chwilę przy półce z misiami. Były śliczne, doprawdy. Miłe w dotyku i do tego miały przyszyte serduszko. Trzymałem jednego z nich przez krótki czas, przyglądając się uważnie.
-Gdybym to ja miała takiego dostać, ucieszyłabym się. Mimo, że kosztuje tylko 4,5£. Nigdy nie byłam materialistką.-usłyszałem damski głos za sobą, w zasadzie to był szept.
Skamieniałem. Przypominał mi coś. Coś złego. Nie chciałem się odwracać, ale dalej czułem, że ona tam stoi. Niech idzie. Niech się odsunie!
-Zayn, popatrz na mnie. Przecież cię nie ugryzę. Przynajmniej nie tu…
Obróciłem się gwałtownie, patrząc na jej diabelskie oczy, które przeraziłyby nawet demonologa.
-Spieszy mi się.
-Pozdrów Louisa. Mam nadzieję, że z nim już lepiej.
-To twoja sprawka?-wysyczałem przestraszony.
-Pozdrów go. Ah, i kup tego misia. Idealny na zaręczyny, prawda? No chyba, że już to zrobiłeś, zaręczyłeś się. Nie? No pochwal się!
-Zamknij się.-rzuciłem zirytowany. Odłożyłem pluszaka, którego ściskałem do tej pory i ruszyłem do kas.
-Gra trwa, Zaynni.
-Chyba, że wcześniej zamkną cię w psychiatryku.
-Chyba, że wcześniej cię zaliczę.

    Gdy już opowiedziałem wszystko Lenie, oczywiście omijając temat zaręczyn, zaczęliśmy się ubierać. Inaczej wyobrażałem sobie ten dzień. Obudzę ją pocałunkiem, zjemy pyszne śniadanie, a potem pokażę jej coś, co tworzę pół roku. Coś co udowodni jak bardzo mi na niej zależy, na naszej rodzinie… Myślałem, że będzie nareszcie szczęśliwa, po tym wszystkim co przeszła. Co ja mam jeszcze kurwa zrobić? Teraz wychodzimy stąd, w sumie pokłóceni.
-Ja… um… Nie pokazałem ci jeszcze czegoś.-wybąkałem.
-Okej, chodźmy.-westchnęła niezadowolona.
    Zeszliśmy kilka schodków pod ziemię, gdzie znajdywał się pokój, który jako jedyny jest w pełni dokończony. Może to trochę głupie, nie wiem. Ale chciałem, żeby wszystko było tak jak ona to sobie wymarzyła. Przed nami ukazała się mini siłownia, a przy niej basen.
-Wow.-szepnęła, przyglądając się wszystkiemu dokładnie.
-Marzyłaś o takim czymś. Kiedyś, w nocy, na plaży, po naszym pierwszym razie mówiłaś mi jak wygląda twój wymarzony dom. Dodałaś „Ah i koniecznie musi tam być siłownia. I basen”. Nie chcę wywierać na tobie żadnej presji. Mogę go sprzedać, to nie problem.
-Nie chodzi mi o to, żebyś go sprzedawał, bo jest cudny. I nie sądziłam, że wtedy naprawdę mnie słuchałeś.-zachichotała.-Po prostu trudno będzie mi się przyzwyczaić do pustego salonu, bez kłócącego się Larrego, Liama, który cały czas nam o czymś opowiada, najczęściej o czymś bezsensownym. Jak mogłabym zapomnieć o pierdzącym i bekającym Niallu.
-Kochanie, nie zrywamy z nimi kontaktu. Będziemy się odwiedzać. Za pewne częściej niż często. A dom będzie oblegany przez nowych lokatorów. Więc jest ok.?
-Bardziej niż ok.-uśmiechnęła się promiennie, co od razu poprawiło mi humor.
    Nie wiele myśląc wziąłem ją w ramiona, na co zapiszczała radośnie. Powoli i niepozornie zbliżałem się do krawędzi basenu, czego ona chyba nie była świadoma. Nagle w całym pomieszczeniu słychać było tylko chlust, a spokojna tafla wody rozszalała się jak opętana. Ostatnie co słyszałem to jej krzyk.
-Malik, debilu!-uderzyła mnie w głowę, lecz nie mocno. Bardziej skupiała się na utrzymaniu się na powierzchni.-Jestem w ciąży!
-Sama mówiłaś, że chciałabyś zrobić coś głupiego.
-Nie powiedziałam tak!
-No, może nie dosłownie…
-Boże, ale ty jesteś głupi…-zaśmiała się mimo wszystko i podpłynęła do drabinek.
-Czekaj.-zatrzymałem ją.-Skoro już tu jesteśmy to możemy się trochę przepłynąć…
-Weź ty się lecz, bo…-zamknąłem jej niewyparzone usta pocałunkiem, przyciskając ją do ścianki.
-Dobra, możemy wyjść, ale i tak nie wrócimy do domu w takim stanie.
-Ja nie wiem, jak ty w ogóle zdałeś szkołę, kapucynie.
-Więc musimy się chyba rozebrać i poczekać aż ciuchy nam wyschną, tak?-wyszczerzyłem się.-Zacznij już, a ja polecę po koc do auta.
    Po chwili siedzieliśmy na jedynej kanapie w domu, opatuleni miękkim materiałem. Mebel był jakiś stary i brzydki, wstawiony tu tymczasowo, dla robotników. Alice miała minę jakby chciała mnie zabić, ale w duchu się śmiała. Cieszyła się. Czułem to. Złapałem ją za rękę, lecz w dalszym ciągu nie przerywaliśmy ciszy. Miałem tak straszną ochotę ją pocałować, a to, że byliśmy w samej bieliźnie tylko podkręcało atmosferę. Zrobiłem to w końcu. Wymierzyłem kilkusekundowego całusa w jej usta. Potem w szyję, ucho, ręcę, dekolt, wszędzie. Ona tylko chichotała, bo przy okazji ją łaskotałem. Zawsze śmieszy mnie fakt, jaka jest delikatna. Nawet najmniejszy dotyk ją drażni. W mgnieniu oka zmieniliśmy pozycję na bardziej leżącą, ponownie łącząc nasze usta. Miała dłonie wplecione w moje włosy, a ja szczypałem ją w pośladki, żeby ją trochę powkurzać. Zacząłem powoli ściągać ostatnie części jej garderoby, lecz mnie powstrzymała. Spojrzałem pytająco, podpierając się na łokciu.
-Złaź ze mnie stary zboku.-jęknęła tylko.
-Ale…
-Czy ty nie widzisz, że jestem w 8 miesiącu mnogiej ciąży? Żadnego seksu przez najbliższe 2 miesiące, kochanie.
-Dobrze, nie denerwuj się.
-Bęcwał…-rzuciła, co chyba miało być wyzwiskiem.
-Wiesz jak ślicznie wyglądasz w 8 miesiącu mnogiej ciąży?

-Oh, zamknij się.
__________________________________________________________

Wiem, że jestem straszna. Przepraszam, że ostatnio słabo idzie mi z dodawaniem rozdziałów. Przepraszam, naprawdę. Ale wiecie, szkoła, teraz poprawianie ocen i w ogóle. Teraz siedzę w niedziele do późna i nie odczuwam tego, że rano nie będę w stanie wyłączyć budzika xd
Jeszcze chyba tylko 2 rozdziały i przerwa. Chyba będzie trwała ok. miesiąca. A potem ruszamy z 2 częścią. Co wy na to? Tak jak już mówiłam; będzie ona pod innym adresem i będzie miała o wiele mniej rozdziałów niż jest tu. Ale to będzie takie dopełnienie fajne ;) Ah, no i akcja będzie toczyła się kilka lat później.
PS macie już gotowe prezenty dla rodziny/przyjaciół? + o co poprosiliście mikołaja?
Ja nie mam mikołajek klasowych bo moja klasa nie chciała ;c ale losowałyśmy między sobą z przyjaciółkami i prezenty damy sobie na wigilii naszej, którą robimy co roku ;)

środa, 4 grudnia 2013

75. Little cold...

*Louis*
    Byłem w dużym i pustym pomieszczeniu. Słyszałem tylko świst wiatru i odgłos deszczu uderzającego o parapet. Bo parapet był, jeden. I jedno okno było. To wyglądało doprawdy dziwnie. Wielka hala z małym, ładnym, drewnianym oknem. Mimowolnie podszedłem do niego i próbowałem wybić szybę. Bezskutecznie uderzałem pięścią w szkło. Zorientowałem się, że cały czas powtarzam „Harry”. Krzyczałem coraz głośniej lecz nie otrzymałem żadnego odzewu. Był tam, widziałem. Stał na zewnątrz. Nie pomógł mi.
-LouLou! Louis!
-Hmm?-mruknąłem zaspany.
-Wstawaj kochanie!-poczułem nacisk na klatkę piersiową. O Boże, położył się na mnie.
-Styles, złaź! Ja chcę spać!
-Mieliśmy coś obejrzeć. Tym czasem zasnąłeś, gdy tylko dotknąłeś tyłkiem kanapy!
-Ile?
-Spałeś godzinę. A teraz zbieraj się, jedziemy do sklepu.
Rzucił we mnie jakąś bluzą, która okazała się jego. Była stara, nosił ją jeszcze w X Factor. Uśmiechnąłem się na sam widok. Wspominałem już kiedyś jak bardzo kocham ubierać jego rzeczy? Bardzo. Naciągnąłem ją na siebie, mając ochotę rzucić jakiś zgryźliwy komentarz, dotyczący mojego snu. Jednakże powstrzymałem się, nie chciałem psuć atmosfery.
    Już 20 minut później, biegaliśmy pomiędzy regałami, z każdego biorąc coś głupiego. Czasem zakupy były katorgą, przez nadmiar fotoreporterów i fanek, ale nie dziś. Było już dość późno i każdy zajmował się tylko i wyłącznie tym, aby zdążyć do kasy przed zamknięciem.
-Nialler chciał płatki. Wiesz, te jego ulubione.-zakomunikowałem.
-Czekoladowe?
-Miodowe, z zabawką. Wszystko dlatego, że ostatnio zabawką są super bohaterowie z bajek.
-Ehh. A dla reszty? Alice czy coś?
-Kupmy jej coś fajnego. Uhm, nie wiem.
-Może by tak… Jakieś owoce. Kobiety w ciąży powinny spożywać wiele witamin, wiesz?-spytał z uśmiechem.
-Nie, jakoś nigdy nie byłem w ciąży. Lub nie byłem z kimś kto byłby w ciąży.-bąknąłem.
-Och, przepraszam, że jeszcze nie zdążyłem urodzić ci dziecka! Idę po owoce.-odrzekł odchodząc. Ja to wszystko potrafię spieprzyć, nawet jednym słowem.
    Zwieszając głowę ruszyłem w stronę mrożonek. To mój ulubiony regał, jednak wolę być przy nim z Hazzą. Zawsze wtedy oddaje mi swoją kurtkę, bo jestem o wiele większym zmarzluchem od niego… Wrzuciłem do koszyka kilka pizz i trochę warzyw. Może wybiorę jakieś lody na wieczór? Tylko jakie? Ja, Liam i Zayn lubimy Czekoladowe. Nialler i Harry owocowe. Chris i Alice stawiają na waniliowe. Ugh, wybór jest tak ciężki. Przecież mogę wziąć kilka pudełek, może zmieszczą się w zamrażalniku. Tylko teraz jakiej firmy… Ugh! Na dodatek tu jest tak zimno! Nerwowo obracałem obrączkę na palcu. Nagle niespodziewanie zsunęła się, lecąc nie wiadomo gdzie. Zajebiście po prostu! Padłem na kolana, przeczesując dłońmi teren. Usłyszałem za sobą jakiś dziwny odgłos lecz nie przejmowałem się tym za bardzo. Chyba wpadła pod jedną z lodówek. Ehh, musiałem serio dziwnie wyglądać leżąc tam plackiem, ale muszę ją znaleźć. Hazz nigdy by mi tego nie wybaczył. Poza tym, już nikogo tu nie ma. Kurwa, sprawdzałem niemalże wszędzie. Gdzie to kurestwo jest?! Zauważyłem już przed chwilą jakąś zmianę w oświetleniu, lecz teraz się przeraziłem. Światła zgasły zupełnie! Okazało się, że zamknęli już pomieszczenie z lodówkami. Aha. Ja jebie…
    Było tak bardzo zimno, a jedyne co trzymało mnie przy życiu to dość ciepła bluza Stylesa. Niedoceniałem dodatkowego futerka w środku. Siedziałem tam około pięciu minut, ale wydawało mi się, że mam za sobą już pół nocy. Najgorzej będzie, jak dostanę ataku paniki. Wtedy ściany będą się walić, kończyny paraliżować z chłodu, a ja na końcu zemdleję. Nagle poczułem jak robi się coraz zimniej. Boże, może być tu gorzej? Nie wpadłem na to, że nocą mogą zmniejszać temperaturę. Dodatkowo metalowa bariera zasłania dostęp do cieplejszego powietrza, dochodzącego z drugiej części sklepu. Czy oni są nienormalni? Nigdy nie sprawdzają czy jest tu pusto? Więc już mnie nie znajdą…? Oho, zaczyna się. Nie mogę ruszać palcami u rąk ani nóg, wszystko przeniesie się wyżej, i wtedy będę mógł się ewentualnie poturlać. Podniosłem się szybko, nie tracąc czasu. Zacząłem wykonywać różne ćwiczenia, takie jak pajacyki, przysiady, pompki, cokolwiek, aby tylko się rozgrzać. Po około dziesięciu minutach miałem dość, dodatkowo chore kolano zaczęło dawać o sobie znać. Myślałem, że już mi przeszło, najwidoczniej nie. Kulejąc, doczłapałem się do bramy, która była podobna do takiej garażowej. Waliłem w nią, lecz nie miałem po tym wszystkim wystarczająco siły, by ktoś mnie usłyszał. Pewnie już zamykają cały sklep, zaraz wszyscy wyjdą, razem z pracownikami… Padłem na kolana, łapiąc się za głowę. Co ja teraz zrobię? Nie mogę więcej się ruszać, przez pulsujący staw, a jest tu coraz bardziej lodowato. Jeszcze mam na sobie te pierdolone tomsy, które są idealne na lato, jednakże nie na Syberię! Stopy zaczęły mi nieruchomieć, zresztą podobnie jak i dłonie. Dlaczego te jebane lodówki wydają z siebie takie głupie odgłosy?! Ugh, ja chciałem tylko kupić pizzę, nie umierać! Oczy zaszły mi łzami, a ja położyłem się bezradnie, myśląc jaka śmierć byłaby najlepsza. Spróbuję zasnąć. Wtedy na pewno nic nie poczuję. Ale to nie takie łatwe. Pójść spać wiedząc, że nigdy więcej się nie obudzisz. O czym ja w ogóle myślę?! Przecież przeżyję! Na pewno! Chyba… Ciekawe, co zrobił by Harry, gdyby mnie zabrakło. Właśnie, Harry! Dla pewności sprawdziłem jeszcze raz kieszenie, w których oczywiście nie było telefonu. Bo po co mi on, gdy wychodzę tylko na chwileczkę, kupić kilka rzeczy? Zacząłem ćwiczenia oddechowe, których się nauczyłem, aby wydać z siebie jak najgłośniejszy krzyk. Nawoływałem go ile sił w płucach. On musi mnie usłyszeć. Pewnie mnie szuka, więc jeśli usłyszy mój głos, znajdzie i uratuje. Istnieje też opcja, że myślał, że się obraziłem i czekam w samochodzie, pójdzie do samochodu, mnie tam nie będzie, oni zamkną sklep i…
-Harry! Błagam, przyjdź!-wrzasnąłem, aż zabolało mnie gardło i wszystko w środku.
Zdałem sobie sprawę, że najpierw muszę zidentyfikować miejsce złotego krążka jako dowodu miłości. Wtedy Hazz będzie przy mnie… Przeszedłem na kolanach do miejsca, gdzie byłem na początku i pozostawiłem swój koszyk. Mogłem zdać się tylko na wyczucie, bo nie widziałem już prawie nic. Wyszeptując jeszcze imię ukochanego, pragnąłem dostać w swoje ręce ten mały, ale wart wszystko przedmiot.

*Harry*
    To takie nieodpowiedzialne i głupie dziecko! Jakim cudem mogłem związać się z kimś, kto nie ma za grosz rozumu?! Nawet jeśli kocham go bardziej od Tacos, to i tak jest debilem! Skończonym kretynem! Nie wie nawet co to empatia! Nie pomyśli co czuję! Ehh, chyba trochę przesadziłem, bo cisnąłem pomarańczą na kilka metrów przed siebie. Zresztą, i tak nikt nie widział… Sklep prawie opustoszał i my też powinniśmy już kończyć te jakże udane zakupy. Tylko gdzie on znów polazł? Mam dość, naprawdę. Zaraz chyba wyjdę bez niego, bo nie mam zamiaru ganiać po całym supermarkecie. Usłyszałem głos dochodzący z głośników, informujący, że pozostało jeszcze około pięciu minut, na dojście do kas. Starałem się zebrać myśli, by łatwiej było go odszukać. Miał iść po mrożonki, a potem pewnie przyciągnęło go do słodyczy, jak to Tomlinsona. Przebiegłem między niemalże wszystkimi regałami, nigdzie go nie widząc. Dział z lodówkami jest już zamknięty, więc nie mam pojęcia gdzie jest. Możliwe, że już sobie poszedł. Tak, to on ma klucze od auta. Sprytnie to wykorzystał i pewnie siedzi tam, włączył sobie radio i śpiewa na cały Londyn piosenki Robbiego Williamsa, a ja się tu męczę.
    Pani z kasy załatwiła to bardzo szybko i uśmiechnęła się szeroko. Widać, że była szczęśliwa, że praca dobiega końca. Nie zamierzałem dłużej zawracać jej głowy i pospiesznym krokiem, opuściłem sklep. Im bliżej auta byłem, tym szybciej biło moje serce. Nie było go. Za to ja byłem tak wkurzony! Założę się, że polazł gdzieś na fajkę, żeby zrobić mi na złość. Rzuciłem pełne reklamówki pod koła i skrzyżowałem ręce na piersi.
-Okej, to już nie jest zabawne. Robi się chłodno i jestem śpiący. Chcę do domu, wiesz? Jeśli ty nie, to chociaż oddaj mi klucze. Albo zabierz to żarcie, a ja wrócę autobusem. Słyszysz?-darłem się coraz głośniej, bo moje zdenerwowanie sięgało najwyższej skali.
Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi i miałem ochotę kląć na wszystko i wszystkich, szczególnie na niego.
    Stałem chwilkę pod samochodem, po czym naszła mnie pewna myśl. Może on wcale nie robi sobie żartów? Czasem nie zna umiaru, ale domyśliłby się, że to już przesada. A jeśli został w środku? Chyba powinienem sprawdzić to jeszcze raz… Podbiegłem lekko do głównego wejścia, lecz czujniki zostały wyłączone. Muszę próbować bokiem. Drzwi były zamknięte na klucz, więc zacząłem walić w nie, dopóki ktoś nie podszedł.
-Jest już zamknięte.-odezwał się facet w średnim wieku, z niezbyt przyjemną miną.
-Wiem. Wydaje mi się, że mój… mąż, został w środku.
-To niemożliwe, kamery nie zarejestrowały nikogo.-odrzekł i chamsko próbował zamknąć mi drzwi przed nosem. Ja w porę je złapałem, bo nie dałem tak łatwo się spławić.
-Wolałbym sam to ocenić. To zajmie moment. Przelecę szybko cały sklep i dam już spokój.
Mój rozmówca westchnął. Chyba go mam. Przepuścił mnie, pokazując gestem, bym wszedł do środka.
-Masz 3 minuty chłopcze.
-Jasne.-uśmiechnąłem się słabo i pospiesznie wkroczyłem z powrotem do budynku.
    Mój krzyk był dość doniosły, gdy go nawoływałem i biegałem w kółko. Musi gdzieś tu być! Czułem się jak na jakiś zawodach w biegu slalomem, sprawdzając kolejne alejki. Zatrzymałem się na chwilę. Może on też mnie szuka? Wtedy będziemy się ganiać w nieskończoność.
-Okej, twój czas minął.-usłyszałem głos za sobą.
-Nie ma go…
-Pewnie po prostu wyszedł. Ty też już spływaj.
-Nie! Tu gdzieś jest mój mąż. Nie wrócę bez niego!
-W takim razie, nie wrócisz w ogóle. Zamykam już. Dobranoc.
-Czekaj.-zawołałem, drżącym głosem.-Masz mi pomóc. Mogę was pozwać za zamknięcie tu klientów!
-A ja mogę cię pozwać za napad. Wyjazd, już!
-Nigdzie nie idę!-darłem się. Wkurwił mnie do granic możliwości. Co on sobie wyobraża?! Louisa nie ma, a on każe się jeszcze z sobą użerać.
    Wtedy nadeszła kobieta, która kasowała moje zakupy. Po raz kolejny obdarzyła mnie uśmiechem i spojrzała ciepłym wzrokiem. Przypominała mi trochę moją mamę, swoją aurą serdeczności i takiego wewnętrznego piękna.
-Co się stało, Ben?
-Pan nie chce wyjść.-wycedził przez zęby.
-Tu jest mój mąż!-wrzasnąłem po raz setny tego wieczoru.
-Spokojnie.-położyła mi rękę na ramieniu.-Znajdziemy go, to miejsce nie jest nie wiadomo jak wielkie. Na pewno tu został?
-Tak… Tak mi się wydaje… Nigdzie go nie ma…
-Gdzie widział go pan ostatnio?
-Na dziale z mrożonkami.-odpowiedziałem jak gdyby nigdy nic.
W momencie gdy ujrzałem wyraz twarzy drobnej brunetki, nogi zrobiły mi się jak z waty, dłonie się pociły i drgały, a w żołądek obrócił o 180 stopni. Przygryzła wargę, mówiąc niewerbalnie coś w stylu ‘o kurwa…’. Próbowałem zebrać myśli. Czyli, że go tam zamknęli? Zamknęli Lou w chłodni? Jakby był kurwa jakimś trupem, tak? Słowo trup, naprawdę nie pomagało mi w tej chwili. Wpadłem w szał. Bez słowa pobiegłem do powłoki, która nas oddzielała. Starałam się na siłę ją otworzyć, lecz była tak ogromna… Kilka razy taka, jak ta u nas w garażu. Zrobiłem głęboki oddech, znów natężając mięśnie, jednakże nic to nie dało. Zdecydowałem się więc walić w to, aby mnie usłyszał. Niech wie, że po niego idę…
-Zostaw to! Jeszcze zablokujesz i mechanizm tego nie utworzy. Wtedy będzie problem…-bąknął coś koleś, który wkurwiał mnie chyba najbardziej na świecie. Miałem ochotę mu coś powiedzieć, lecz teraz nie to było ważne.
-Mogłaby pani zrobić to szybciej?-krzyknąłem nerwowo do miłej pani, która poszła nacisnąć ten magiczny przycisk.
Nie odpowiedziała, za to usłyszałem, jak wykonuje moją prośbę. Bezmyślnie padłem na ziemie, aby móc od razu przecisnąć się przez szparę. Jakby to 10 sekund miało cokolwiek zmienić…
    Było okropnie ciemno. I lodowato. Nie wiem jak on by sobie tu poradził, jest takim zmarzluchem! Błagam cię, Boże, oby go tu nie było. Nie tutaj! Niech czeka na mnie na zewnątrz, może być obrażony. Tylko nie tu! Biegałem jak idiota, niezgrabnie i co chwilę potykałem się o własne nogi. Nawoływałem go, niemalże łkając. Brak odzewu powinien mnie cieszyć, ale miałem złe przeczucia. Mijając mięso, znajdowałem się koło działu z lodami. Wtedy zobaczyłem coś niebieskiego na białej podłodze. Czy to… To moja bluza! To na pewno ona! Niemalże rzuciłem się w tamtą stronę, padając przed nim na kolanach. Naprawdę, niewiele widziałem. Chwyciłem w ręce jego twarz, przyglądając mu się bacznie. Był taki zimny… Jego stale wesołe oczy były zamknięte. Przez krótki czas trwałem w ciszy, a pojedyncza łza skapnęła na jego ramię. Złapałem jego rękę, a jej chłód aż przyprawił mnie o ciarki. Dopiero wtedy pomyślałem, że natychmiast muszę oddać mu swoje ubranie. Ściągnąłem z siebie bluzę wraz z podkoszulkiem, jakby to miało mu wiele pomóc. Jednakże szybko nałożyłem to na jego unieruchomione ciało. Nagle zrobiło się jasno, a dwójka pracowników znalazła się tuż przy mnie.
-No zróbcie coś! Wezwijcie karetkę! To mój mąż, do chuja! Ruszcie się!-krzyczałem, płacząc coraz bardziej.
Usiadłem, opierając się o ścianę, układając go w podobną pozycję i przytulając do swojego nagiego torsu. Wtuliłem głowę w zagłębienie jego szyi, splatając nasze palce. Wtedy z jego dłoni wypadło coś brzęczącego. Spojrzałem w dół. To obrączka! Dlaczego ściskał ją w ręku? Niewiele myśląc, złapałem ten krążek i nasunąłem mu na palca, przyciskając go jeszcze mocniej.
-Proszę sprawdzić mu puls!-usłyszałem głos kasjerki, która właśnie dzwoniła do szpitala.
Nie! Nie chciałem tego robić. Nie! Na pewno wszystko z nim w porządku, przecież musi być, prawda? Czułem tak wielką presję, że nieśmiało puściłem go i zbliżyłem palce do tętnicy. Tak bardzo się trzęsły, że przyszło mi to z wielkim trudem. Wyczułem słabe bicie serca. Tak słabe, jak i moje.
-Hej, kochanie, mówiłeś, że nigdy mnie nie opuścisz, tak? Pamiętaj o tym, nie możesz tego zrobić. Czym byłbym bez ciebie? Jeśli chcesz, urodzę ci to dziecko, dobrze? Tylko powiedz coś do mnie… Powiedz, że mnie kochasz, proszę…-zaszlochałem ponownie, nie przejmując się już niczym poza nim.
    Nareszcie ujrzałem ratowników z noszami, na których wyczekiwałem wieczność. Odruchowo wstałem, chwytając go w ramiona i rzucając się biegiem do karetki. Tak, kurwa, jeszcze wolniej idźcie, a co tam. Przecież to wcale nie chodzi o mojego Tommo, który jest taki kruchy i słaby i który jest dla mnie całym życiem…

*Alice*
    Och, jak ja nienawidzę momentu, gdy budzi mnie nie mój budzik! Wtedy mam ochotę wymordować wszystkich dookoła. Przed otworzeniem oczu, zorientowałam się, że ręce dawniej oplatające mnie w dziwny sposób, rozluźniły uścisk.
-Obudziłem cię, kochanie?-usłyszałam zaspany głos Zayna. Mój Boże, mogę umierać…
Bez słowa wtuliłam się w niego mocniej, co spotkało się z jego śmiechem. Nie przejmując się tym, próbowałam ponownie usnąć.
-Muszę wstać, wiesz?
-Nie wiem.-mruknęłam.
-Ale mam dla ciebie niespodziankę jak wrócę ze studia.
Na tą wieść podniosłam się gwałtownie. Przetarłam oczy, ziewając i przyjrzałam się mu bacznie z zadowoleniem. To chyba sen, cholera… Znów obudzę się w samotności, czyż nie?
-Zgól ten koper, Malik!-krzyknęłam za nim do łazienki, głupkowatym tonem.
-A bo co?
-Bo wyglądasz jak mały terrorysta.
-Cicho kobieto, idź zrób mi śniadanie.
Gdybyśmy dopiero co nie byli po kłótni, dostałby prędzej po czapie. Dobrze o tym wie, więc wykorzystuje sytuacje. Zawijając się w szlafrok, zczłapałam na dół. Reszta chyba jeszcze spała, bo panowała cisza, jak nigdy w tym domu. Jednakże spotkałam kogoś w kuchni. Siedział na blacie esemesując. Uśmiechając się lekko, podeszłam powoli. Przywitałam się grzecznie i gwałtownie wyrwałam mu komórkę.
-Ej! Dawaj to!
-Oj, zobaczę tylko z kim piszesz!
-Ale ty chamska jesteś. Dawaj mówię!-wykłócał się, śmiejąc się nerwowo.
Zamurowało mnie. Na wyświetlaczu widniało imię Diana. Słyszałam ostatnio jakieś plotki z prasy. Ale plotki są tylko plotkami, wiem jak to jest. Nie raz pisali, że robiłam badania i wyszło, że mam raka. Lub zdesperowana próbowałam odkopać grób matki. Więc wolałam dostać potwierdzenie.
-Ale wy tak na serio? Jesteście razem?
-Zajmij się sobą i Zaynem…-odburknął.
-Jesteś idiotą, Liam.
-Bo nie chcę ci powiedzieć?-prychnął.
-Tak.-tupnęłam nogę, by podkreślić dramaturgię sytuacji.
-Och, chodzi o to, że w praktyce jesteśmy razem. Ja po prostu nie chcę złożyć oficjalnego oświadczenia, a ona się o to wścieka.
-Ale jesteście tak razem razem? Tak naprawdę razem? Tak wiesz…
-Powiedz wprost, nie rozumiem cię.
-No, mam na myśli, czy to coś poważniejszego może…
-Nie uprawialiśmy jeszcze seksu, ale to chyba dobrze, w moim przypadku. Serio mi się podoba.
Spojrzałam na niego wymownie, upijając łyk soku. Uh, wolałabym usłyszeć co innego. Chcę, aby był szczęśliwy. Ale czy właśnie z nią? Z tą Dianą? Co prawda, sporo się zmieniła od czasu gdy była z Lou, lecz i tak trochę mnie to niepokoi.
-Wiesz, to jedyna osoba, która przelizała się z 3/5 One Direction…-zaczęłam głośno myśleć, co chyba nie było dobrym pomysłem.
-A jedna z tych trzech osób, była pod wpływem.-zagaił Zayn chyba słyszący naszą rozmowę.
-Przestań się tym zasłaniać całe życie, okej?
-Już zaczynasz się kłócić?
Podszedł bliżej i pocałował mnie śmiało. Szczerze to nie spodziewałam się tego. Zwykle po kłótniach, boi się, że znów cokolwiek spieprzy. A to nawet nie była już kłótnia, tylko rozstanie. Li tylko skorzystał z sytuacji i wyrwał mi swój telefon, uciekając przed dalszą rozmową.
-Widzę, że nie podołałaś zadaniu. Usiądź sobie, ja coś szybko zrobię.-mruknął mi do ucha.
    Rozsiadłam się na blacie, obok jego miejsca pracy. Miałam ochotę skakać do góry widząc go takiego chłopięcego, jak był kiedyś. Włączył radio, tak jak zwykł to robić. Kiwałam się w rytm starej i zapomnianej piosenki Pitbulla. Wyciągnął jajka, więc możliwe, że to będzie jajecznica. Niespodziewanie podszedł do mnie, odkrywając pokaźny brzuch.
-Ej, nie molestuj mnie!-pisnęłam.
-To ma być rodzinne śniadanie, kochanie.-uśmiechnął się w taki sposób, że niemalże zemdlałam.
Wyciągnął jeszcze kilka produktów, tańcząc przy lodówce. Poruszał biodrami na boki, a rzadko spotyka się takiego Zayna! Przygryzłam wargę przyglądając mu się dokładnie. On natomiast podszedł do mnie z jakąś przepaską, zasłaniając mi oczy.
-Ugh, co znowu?
-Dekoncentrujesz mnie, gapiąc się na mój tyłek.
-Tak, oczyw… Ej, wcale się nie gapię!-zachichotałam, odpychając go lekko.
-Takie bajki to możesz wciskać dzieciom na dobranoc. Tak czy inaczej, zrobię ci test.
-Test?-zdziwiłam się.
Nie odpowiadał jakiś czas, brzęcząc sztućcami i talerzami. Co on kombinuje? Wtedy poczułam jego oddech na mojej szyi i dekolcie. Westchnęłam uśmiechając się do ukochanego.
-Otwórz usta.
-Słucham?
-No otwórz. Ale wiesz, nie myśl o tym pod kątem seksualnym.
-Do tej pory nie myślałam, idioto.-jęknęłam, wykonując polecenie.
Poczułam na języku coś pozornie gorzkiego, ale też słodkiego i soczystego z jakimiś granulkami... Znałam ten smak, lecz nie byłam w stanie skojarzyć. Zjadłam w całości, co ruszyło moje szare komórki.
-To grejpfrut! Posłodzony grejpfrut…
-Pff, to było zbyt proste. Czekaj teraz…
    Milczał chwilę, tłukąc się strasznie w tej kuchni. Jeśli on czegoś nie zbije, to będzie cud. Przez chwilę naszła mnie myśl, co bym teraz robiła, gdyby nie ten wczorajszy wypadek. Prawdopodobnie leżała w łóżku, oglądając brazylijską telenowele, do której zdążyłam się przyzwyczaić oraz beczała, że nie ma mi kto polecieć po bułki. Jakie szczęście, że nie widział teraz moich oczu…
-Więc? Co to?-spytał, gdy kolejny produkt wylądował w moich ustach.
-Um… Co to za cholerstwo? Jakby jakieś mięso, ale… Połączone tez z czymś słodkim. Ble!
-Dobrze kombinujesz…
-Może łaskawie powiesz mi co właśnie zjadłam?
-Poddajesz się? Jesteś pewna, że chcesz wiedzieć?
-Zaczynam się bać…
-Niall wczoraj przyrządzał ozorki…
Ozorki? Co to były ozorki? Coś mi świtało, lecz nie potrafiłam sprecyzować myśli. Brzmiało nie tak źle. Ale zaraz… Tata to kiedyś jadł, a ja prawie zwymiotowałam… Czy to…?
-Języki?!-szepnęłam dramatycznie, nie wierząc w to co się wydarzyło.-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że dałeś mi świńskie języki!
Uświadamiając to sobie, włączał mi się odruch wymiotny. Zaczęłam panikować. A jeśli to prawda?! O mój Boże, nie mogę uwierzyć. Nerwowo próbowałam zdjąć chustkę by napić się wody, czy cokolwiek, ale mnie powstrzymał.
-Kochanie, uspokój się! To był żart! To tylko wędlina z kawałkiem… malin, truskawek, bananów i cukier wanilinowy.
-Czy ciebie popieprzyło do końca?
-I tak jesteś w ciąży, więc jesz dziwne rzeczy. I nie zaprzeczaj, bo każdy potwierdzi, że wieczorem wpieprzałaś lody kabanosem!
-Dobra, dawaj dalej.-rzekłam, chowając dumę do kieszeni. Ma mnie, faktycznie tak było… Ale bez takich zmian życie byłoby potwornie nudne… Ciekawe co tym razem… Kawa z cebulą? Czy może jogurt jagodowy z tuńczykiem? Niecierpliwiłam się, rozchylając wargi i czekałam na kolejne smaki. Spodziewałam się, że coś ponownie spocznie w mojej buzi, ale teraz nagle poczułam lekkie cmoknięcie. I następne. Przerodziło się to w prawowity pocałunek. Czy on chce mnie zabić? Przyciągałam go bliżej, zahaczając nogami o jego pośladki. Zaczęłam angażować się coraz bardziej, wplatając palce w jego włosy. Zdałam sobie sprawę, że ten cały czas, w którym byłam na niego obrażona, pragnęłam tego najbardziej na świecie. Czasem złapałam się na myśleniu o nim, ale szybko przestawałam. Teraz mam go całego. Do wzięcia…
-O fu! To byłeś ty!-krzyknęłam, śmiejąc się, gdy odkleiliśmy się od siebie.
    Mimo że nic nie widziałam mogę przysiąc, że zrobił teraz udawaną obrażoną minę i oczy jak zbity szczeniak. Nasze milczenie trwało kilka sekund, po czym w radiu rozbrzmiała doskonale znana nam piosenka. To Michael i Earth Song.
-Poznajesz?-spytał, wsłuchując się w początek.
-Tańczyliśmy do niej, kiedy pierwszy raz wyznałeś mi miłość, na mojej osiemnastce. Pamiętam…-uśmiechnęłam się nieśmiało.
Poczułam jak delikatnie chwyta mnie w pasie, pomagając zejść na dół. Chwycił mnie w talii, uprzednio całując w ucho, tak jak zrobił to kilka lat temu. Zaczęliśmy stawiać małe kroki. Początkowo marnie nam to wychodziło, bo nigdy nie byłam dobrą tancerką, dodatkowo nic nie widziałam. Jednak coraz pewniej poruszaliśmy się powolnie w rytm muzyki. Trochę chciało mi się śmiać, bo z boku musiało wyglądać to komicznie. Ale wtedy cała fala wspomnień zalała moje myśli, co w połączeniu z tą melodią było płaczogenne. Jestem taka sentymentalna! Myśląc o Michaelu od razu przypomina mi się mama, która była jego przyjaciółką. Oh, Boże, pamiętam jaki ten czas był trudny. Najgorsze chwile w moim życiu. Nie odzywałam się. Olewałam lub wyzywałam, krzycząc, że nie chcę go widzieć. Wtedy objął mnie w ramiona. Trzymał tak blisko siebie jak teraz. Czułam i słyszałam jego bicie serca, przykładając głowę do klatki piersiowej. Mogłabym teraz zginąć…
-Hej, nie płacz…-skąd on wiedział?!
-Wcale nie płaczę.-odpowiedziałam, pociągając nosem. On tylko zaśmiał się w duchu. Na pewno tak zrobił.
-Nie zmieniliśmy się ani trochę, prawda kochanie?-szepnął mi do ucha, wzbudzając moje wzruszenie.
-Tylko ty masz ten pieprzony zarost, a ja kilkaset kilogramów więcej. Poza tym dalej jesteś tym dzieciorem, który kiedyś wszedł do mojej kuchni, a ja upuściłam lazagne na podłogę…-zaśmialiśmy się krótko na wspomnienie.
-O czym teraz myślisz?-spytał chwilkę później.
-O tym jak potoczyłoby się moje życie, gdybym nie miała ciebie. Jak dałabym radę z tym wszystkim… Jestem za słaba, dobrze o tym wiesz.
-Wcale nie, jesteś silna.-powtarzał to tak często, patrząc mi głęboko w oczy.
    Na koniec piosenki zdjął mi opaskę, i cmoknął wierz dłoni, dziękując za taniec. Następnie składał króciutkie pocałunki na mych ustach idąc przed siebie, jednocześnie zbliżając moje plecy do ściany. Gdy już tak się stało, pocałował mnie normalnie, trzymając w dole pleców. Nie wiem ile by to trwało, ale przerwałam to, bo dostałam napad śmiechu. Zorra wprawiło to w osłupienie i wpatrywał się we mnie z ciekawością. Miałam mu już wyjaśnić, lecz chichotałam jeszcze bardziej.
-Po pros-po prostu przypomniało mi się jak tak mnie całowałeś przy tej samej ścianie bardzo dawno temu, bo my jeszcze nigdy… no wiesz.
-Nie wiem.-odparł z udawaną powagą.
-Tego nie robiliśmy i byliśmy półnadzy, a nagle weszli Alex i Donyija.
-Haha, przypomnij sobie ich miny. Byli tak bardzo przerażeni! Chyba gorzej niż my.
-Nigdy ich nie zapomnę!-stwierdziłam, co było zgodne z prawdą.
-Wiesz… Możemy to powtórzyć.
-Masz na myśli zaproszenie tu naszego rodzeń…
-Nie, to drugie.-przerwał mi, patrząc takim strasznym wzrokiem.
-Dlaczego faceci myślą tylko dolną częścią ciała, hm?
-Nie wiem, może dlatego, że niektórzy nie mają jak użyć mózgu.-palnął, dalej próbując mnie pocałować.
-Na przykład ty.
-Na przykład ja.-zaśmiał się krótko.
-Miło jest zobaczyć kogoś szczęśliwego.-Horan schodząc na dół, zepsuł naszą sielankę.-Zauważyliście, że Larry nie wrócił na noc z zakupów?
Dopiero wtedy przypomniałam sobie o całym bożym świecie. Fakt, wczoraj wychodzili do supermarketu. Myślałam, że po prostu od razu po tym poszli do siebie. Zresztą, sama przeleżałam w łóżku resztę dnia.
-Gadałeś z nimi?-Zayn pierwszy przerwał dramatyczną ciszę.

-Loui jest w szpitalu.
___________________________________________________________________

Prze-pra-szam jelonki. Życie z dwoma blogami jest ciężkie, nie powiem ;p Więc jeśli tu nie dam rady dodać to pocieszajcie się tym theblackcup.blogspot.com
Jezuu jutro mam prace klasową z historii i przyswoiłam w jedno popołudnie tyle wiedzy, że dosłownie głowa mi od niej pęka, haha (nie żartuję xd).
A u was jak? Wgl aaaaaa! Niedługo święta! Co chcecie dostać? Czy może polegacie na guście mikołaja?
Aha a co do rozdziału to wątek z Zalice miał być fajniejszy, ale może nadrobię następnym rozdziałem. 
A Larry... Larry to Larry i musieli wplątać się w kłopoty xd

niedziela, 24 listopada 2013

74. Sneez!

*Alice*
    Droga do szpitala, który był za rogiem minęła błyskawicznie i w ciszy. Nawet gdybym wiedziała co powiedzieć, wstydziłabym się. Jakie słowa były właściwe w takim momencie? Musimy wyjaśnić sobie tak wiele, że nawet nie wiem od czego należałoby zacząć… Poza tym, karetka nie jest do tego odpowiednim miejscem.
-Właściwie to nic pani nie jest. Ten lęk nie spowodował żadnych stałych urazów, tylko lekko panią przewiało, więc przyda się kilka leków na wzmocnienie.-oznajmił mi lekarz, gdy leżałam wykończona po milionach badań.-Tu jest recepta. Można wykupić je u nas, na parterze.
-Okej, to czekaj tu, kochanie. Ja polecę do tej apteki i zaraz po ciebie wrócę. I możemy jechać do domu, tak?-zwrócił się jeszcze raz do doktora.
On do mnie powiedział ‘kochanie’?! Kochanie?! Z całych sił starałam się nie jarać jak głupia, ale było to trudne. Tak jakbyśmy wrócili do siebie. Tak jak kiedyś...
-Najlepiej zostać w nim aż do porodu.-rzekł, a ja zamarłam. What are you pierdoling about?-Oczywiście w przenośni. Proszę się po prostu nie przemęczać, raczej nie pracować i w ogóle uważać na siebie. Widzimy się na następnej wizycie!-przypominając, pożegnał się. Miał naprawdę przyjazny uśmiech, który poprawiał samopoczucie pacjentom.
    Posadził mnie na wózek inwalidzki. Pchał do windy. Bylibyśmy w niej sami, gdyby nie jeden malec z mamą. Szeptał do niej, że jestem niepełnosprawna i taka gruba… Ona natychmiast obrzuciła mnie dokładnym spojrzeniem i uśmiechnęła się pod nosem. Tak, naśmiewajcie się z mojego ogromnego brzucha, proszę bardzo. Obejrzałam się na Zayna. Uśmiechał się i widziałam, że powstrzymywał śmiech. Ehh, walnęłabym mu, gdybyśmy się nie pokłócili, a teraz nie byli w trakcie godzenia…
    To było takie niezręczne. Siedzieliśmy w samochodzie odsunięci od siebie, jak obcy. Nawet kierowca siedział cicho. Na początku zapytał tylko, czy ma jechać do domu.
-Tak, do domu…-odpowiedział mu Zay, wpatrując się we mnie, lecz ja bacznie wyglądałam na ulicę.
Czułam się zażenowana. Jakbym nie miała gdzie iść i była bezdomnym. Jakby nie miał mnie kto przygarnąć. Taka ciężarna porzucona żebraczka, Boże…
    Mój żołądek przewrócił się o 180 stopni, gdy auto zatrzymało się przed domem. Znałam go bardzo dobrze. W końcu spędziłam tu kilka dobrych lat… Mimo, że wiele podróżowałam po globie, to zawsze tylko tu czułam się dobrze. Tylko w naszym łóżku mogłam się wyspać. Tylko wtulając się w niego. A rano schodziłam na dół, czując zapach jedzenia, które przyrządzała Chris lub Nialler. Na samą myśl, że właśnie do tego wracam, miałam ochotę skakać jak małe dziecko. Zayn szedł za mną, ale przed drzwiami przepuściłam go, aby je otworzył. Popatrzył na mnie jak „Hej, ty też tu mieszkasz, możesz to zrobić!”, ale jednak sam pociągnął za klamkę. Na wejściu zastaliśmy Christinę krzątającą się w kuchni wraz ze swoją miłością, Liama oglądającego coś w TV i Larrego malującego farbami po swoich twarzach. Dzieciuchy… Generalnie, codzienny widok. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, doprawdy. Do kogo podbiec i się przytulić? Oczywiście podbiec w moim wykonaniu to podejść w prędkości żółwia, poruszając śmiesznie nogami i trzymając się za brzuch. Obróciłam się na chwilę do Malika, jak gdybym  nie znała tych wszystkich ludzi i się wstydziła. Wtedy usłyszałam już tylko pisk. I mocny ucisk od tyłu. Obracając się zauważyłam naturalnie moją przyjaciółkę.
-Przepraszam cię za tamto…-wyszeptała mi.-Nareszcie jesteś!
Za nią już całe stado, łącznie z Louisem który nadał mojej twarzy trochę kolorów. Wszyscy coś mówili, co wiązało się z tym, że niczego nie zrozumiałam. Tylko kichałam. Pociągałam nosem. Kaszel też miałam… Uroki przeziębienia.
-Jesteś chora?-Liam dopchał się do mnie, kładąc mi rękę na czole.
-Tak, jest.-odpowiedział za mnie Zorro.-Więc teraz idziemy na górę odpocząć, a potem zjemy razem jakąś kolację.
    Bałam się. Tak cholernie się bałam zostać z nim sam na sam. Bałam się tej rozmowy. Bałam się prawdy. Bo powie mi prawdę, prawda? Wręcz sparaliżowana, wchodziłam po schodach, podtrzymywana przez niego. Za sobą słyszałam szepty reszty. Dziwi mnie, że LouLou i Hazz ukrywali się tyle czasu, a teraz nie umieją powiedzieć czegoś, żebym tego nie usłyszała. Paradoks.
-Tylko błagam, nie przeraź się…-rzekł Zayn przed naszą sypialnią, a ja trzęsłam się jeszcze bardziej. Co znowu?!
    Ubrania były wszędzie. Tak jak i śmieci. I cała zastawa stołowa. I nawet na żyrandolu coś wisiało. Dobra, sam sobie to będzie sprzątał. Nie mój problem… Ugh, okej, i tak mu pomogę. Sięgnęłam po czarny t-shirt, który zagradzał mi drogę i zaczęłam go składać. On natomiast, wyrwał mi go z ręki.
-Przestań. Usiądź tu sobie, a ja szybko ogarnę.-uśmiechnął się słabo, sadzając mnie na moim wymarzonym, wiszącym fotelu, o który niegdyś wykłócałam się cały tydzień, uprzednio ściągając z niego różne rzeczy.
Oby robił to jak najdłużej, błagam!
    On chyba też nieźle bał się tej rozmowy. Przeciągał to na tyle, że nawet pościel zmienił. Inna sprawa, że on kompletnie nie umie zmieniać pościeli… Może jeszcze tam nie lśniło, ale wyglądało o wiele lepiej. Przyjaźnie i dostatecznie jak na pokój kobiety w mnogiej ciąży. Jednak dalej nie miał zamiaru usiąść w spokoju. Zaczął czegoś szukać, aż w końcu całą swoją uwagę skupił na mnie.
-Jak się czujesz?
-Dobrze… To znaczy troszkę kicham.-dodałam, czynem potwierdzając moje słowa.
-Okej, weź te leki.-podał mi garść opakowań.-Ja zrobię ci gorącej herbaty, takiej z cytryną i może prześpij się jeszcze. A chcesz coś zjeść? Kiedy ostatnio coś jadłaś? Gdzie ja położyłem te kropelki na katar…
Uśmiechnęłam się pod nosem widząc go takiego… W ogóle go widząc. On był taki idealny. Nawet na chwilkę zapomniałam o tej całej sprawie, którą musimy omówić.
-Zay.-złapałam jego nadgarstki.-Uspokój się wreszcie. Nie umieram i zaraz wezmę leki, ale jest coś, czego nie możemy dalej przekładać. Nie mogę odzywać się do ciebie normalnie, mówić do ciebie "kochanie', przytulać cię, póki czegoś sobie nie wyjaśnimy, tak?
-Tak…-spuścił wzrok, opadając na łóżko.
Pociągnął mnie za rękę za sobą. Siedziałam tak blisko niego i w głębi duszy nie chciałam, żeby się odzywał. Nie chcę wracać do tego wszystkiego, skoro mam go przy sobie. Jednak wolałabym uniknąć wszelkich niedomówień. Ehh, mogę po prostu iść spać, albo nie wiem, zjeść coś? Zjadłabym Subwaya. Ostatnio wprowadzili nowe kanapki, tuńczyk i jajko z takim dziwnym sosem. Świetnie się komponuje. Więc to chyba lepsza opcja, niż siedzenie tu i gadanie…
-Więc…
-Teraz będę mówił, ale mi nie przerywaj. Opowiem ci wszystko co robiłem w ciągu tego miesiąca…
-Słucham...-rzekłam cicho, nie będąc przekonaną co do tej rozmowy.
-Załamałem się, bo tak naprawdę sam nie wiedziałem, co stało się tamtej nocy. Wtedy przyszedł do mnie Alex i powiedział, że daje mi 10 dni.
-10 dni na co?
-Nie przerywaj. 10 dni na wyjaśnienie wszystkiego, miał mi pomóc cię odzyskać. Nie wiedziałem od czego zacząć. Najpierw poszperałem w Internecie o tym wszystkim, następnie dowiedziałem się gdzie mieszkasz. Potem zhaczyłem kelnera, który powiedział, że po wyjściu z After Party byliśmy w klubie oraz tamte trzy dziewczyny przekupiły ich, żeby milczeli. Znalazłem ten Pub i okazało się, że pracuje tam brat jednej z dziewczyn. Dalej zająłem szukanie dillera. Jasne dla mnie było, że to nie tylko alkohol tak na mnie zadziałał. Nie mogłem przecież wypić aż tyle, żeby kompletnie nic nie pamiętać. Jednakże stopniowo przypominałem sobie fragmenty tamtej nocy, co również mi pomogło. No i dalej troszkę mi nie szło i miałem moment załamania i…
-Przyszedłeś do mnie, kompletnie schlany. Jak świnia, Malik. Powiedziałeś, że cię zdradzam i coś o Larrym i…-ugryzłam się w język w ostatniej chwili. Przecież nie powiem mu, że poprosił mnie o rękę! Nie ma opcji. Poczuje się nie zręcznie, że powinien to zrobić. Skoro nie chce to nie…
On gdy to usłyszał, wyglądał jakby dostał w twarz i spojrzał mi głęboko w oczy, cały przerażony.
-Wrócimy do tego później… W dalszym ciągu szukałem dillerów. Byłem chyba w każdym klubie w Londynie. W jednym z nich spotkałem Samantę-jedną z tych… kobiet. Okazało się, że mieszka naprzeciw ciebie…-powiedział ciszej, a moje oczy osiągnęły chyba wielkość spodków.
-Żartujesz, tak?
-Niestety nie.
To dlatego spotkałam tam wtedy Alexa? On wcale nie czekał całą noc, aby mnie szpiegować… Od początku ta wersja mi nie pasowała.
-Wracając do tematu, to nie dowiedziałem się nic nowego. Byłem na cmentarzu u twojej mamy i spotkałem cię. Wyglądałaś tak ślicznie… Więc poleciałem wysłać ci róże.
-Jakie róże?-spytałam zdziwiona. Jedyne kwiaty, które otrzymałem to te od Briana…
-166 błękitnych róż. Niebieskie róże oznaczają wierność.
-Czemu aż tyle?
-Wtedy minęło 166 godzin bez ciebie, wiesz?
Taki Zayn mnie rozbraja. Taki Zayn sprawia, że chce mi się płakać ze wzruszenia. Szepczący nieśmiało rzeczy, których nie usłyszałam nigdy od żadnego faceta. I był na cmentarzu, widział mnie kiedy spieszyłam na pseudo randkę z Brianem. Czyli, że on wysyłał mi kwiatki i walczył o to, aby mnie odzyskać, a ja dobrze bawiłam się w towarzystwie innego faceta? Łzy naszły mi do oczu, a w gardle utworzyła się gula, której nienawidzę.
-Nie dostałam ich.-westchnęłam, nie chcąc mówić nic więcej. Jeszcze chwila, a znów bym ryczała.
-To teraz nie ważne.-spojrzał na mnie dosadnie-Twój brat powiedział mi, że zabiera mnie na jakąś akcję. Pojechaliśmy po broń i mieliśmy zaatakować głównego winowajcę, ale przypomniałem sobie o czymś bardzo istotnym…
-Jaką broń? W coś ty się wplątał?!-denerwowałam się coraz bardziej z każdym wypowiedzianym przez niego słowem. Co się w ogóle stało?
-Słuchaj dalej, kochanie.-o mój Boże, znów użył tego słowa!-Te dziewczyny były przez kogoś wynajęte i nagrywały całe nasze spotkanie, które odbyło się w tym apartamencie, sąsiadującym z twoim. Chciałem za wszelką cenę odzyskać to nagranie, bo wiesz… Ono udowodniłoby ci, że jestem nie winny. No, przynajmniej nie tak całkiem. I pojechaliśmy tam. Wdarliśmy się do ich mieszkania, a one uciekły na dach. Alex za nimi. Ja zostałem w środku i szukałem tej pieprzonej płyty i właśnie wtedy mnie porwali…
-Słucham? Zay, ty słyszysz co mówisz?
-To Demi.
-Co?!
-Demi Lovato nasłała na mnie te dziewczyny, aby wyszło, że cię zdradzam i żebyśmy się rozstali.
Nie rozumiem. Mój mózg powoli przestaje przyswajać te wszystkie informacje. Demi Lovato chciała zniszczyć nam związek, tak? Ale po kiego muchomora? Przecież ona jest taka kochana… Tyle razy nam pomogła. Bardzo pomogła Chris… Nie wierzę. Albo on się przejęzyczył, albo ja się przesłyszałam, albo to w ogóle jakiś sen. Zmęczenie. Tak, to jest to. Zmieniłam pozycję na leżącą i przyglądałam mu się bacznie. Wygląda na poważnego.
-Zayn, ale…
-Uwięziła mnie w piwnicy i powiedziała, że wypuści gdy oddam płytę. Nie chciałem jej oddać, żeby dać ją tobie. W końcu to o to walczyłem te wszystkie dni.-zaczął mówić jak opętany, zdenerwował się. Po tym jak go znam albo czuje się winny, albo się boi.
-Spokojnie…
-Nie wiedziałem co robić, bo ona chciała cię skrzywdzić, a ja nie mogłem się wydostać…-dokończył ciszej, a ja zamarłam.
Sądził, że jeśli nie da mi dowodu, nie uwierzę mu. I pewnie bym mu nie uwierzyła. Ale ze mnie suka… On zrobił tak wiele, by mnie odzyskać. Tymczasem ja myślałam, że zabawia się w najlepsze i zrezygnował ze mnie. Już mnie nie chce. A ja starałam się sobie wmówić, że nie chcę jego.
-Oddałeś ją w końcu?-spytałam, tłumiąc w sobie uczucia, które rozszarpywały mnie od środka.
-Twój brat po mnie przyjechał. I mnie uwolnił. Uciekłem. Zdążyła mnie jeszcze postrzelić, ale to nic takiego. Dziś zostało po tym małe zadrapanie.
-Gdzie?-usiadłam gwałtownie, wyprowadzona z równowagi.
-W ramię, to nie ważne.-chwycił moje barki, by położyć mnie ponownie.
-Spójrz mi teraz w oczy i powiedz, że to wszystko prawda.-rzekłam, nie wierząc. No błagam. Takich rzeczy to nawet na filmach nie ma. Poza tym, po co Dems miała niby to robić?
-Proszę, obejrzyj.-wręczył mi zmaltretowaną kopertę z płytą.
Wyciągnęłam ją ze środka i obejrzałam dokładnie. Widniał na niej napis „Zayn”. To było… Straszne. I że tam jest nagranie, jak te dziewczyny coś z nim robią tak? Nie rozumiem. Więc dlaczego mam to oglądać. Jakoś nie mam ochoty na takie seanse…
-Co na niej jest?
-Sama zobacz.
-Nie, Zayn. Chcę to usłyszeć od ciebie.
-Tam jest nagrane jak mnie całują i rozbierają i mówią, że muszą to nagrać i…
-I?
-I nic poza tym. Właśnie chodzi o to, że nic się nie wydarzyło. Tylko mnie całowały. A ja byłem nieprzytomny. Sprawdź.
Nie pewnie przyglądałam się chwile plastikowemu krążkowi. Obracałam w palcach. Czyli o to walczył Zayn tyle czasu, był porwany, postrzelony… tak? Posłał mi pytające spojrzenie. A ja… Ja po prostu ją połamałam. Nie chciałam tego widzieć. Po prostu nie chciałam oglądać mojego nieprzytomnego chłopaka, którego liżą jakieś dziwki. Po co mi to?

*Zayn*
    Patrzyłem na nią oniemiały. Co ona właśnie zrobiła? Co tu się do cholery dzieje? Tyle przeszedłem dla tego małego gówna, a ona je zniszczyła? I znów będzie obrażona? Co jeszcze mam zrobić?
-O co chodzi?-w moim głosie dało wyczuć się nutkę wkurzenia. Wzdrygnęła się gdy to usłyszała. Chyba miałem prawo. Tyle o to walczyłem… Z drugiej strony, oddałem to jej. Mogła zrobić z tym co chciała...
-Ufam ci, Zayn.
-A wcześniej mi ufałaś?
-Chciałam, ale z każdym dniem wyglądało to coraz gorzej. Sam przecież nie znałeś prawdy.
-Czyli wszystko wróci do normy?
-To wszystko co miałeś mi do powiedzenia?
-Nie.-zaprzeczyłem, a ona posłała mi pytające spojrzenie.-Bo siedziałem u tej Demi, pod ziemią i… Ona miała dla mnie propozycje.
-Jaką?-spytała, jakby od niechcenia. Nie spodziewała się, co zaraz usłyszy.
-Że jeśli się z nią prześpię, wypuści mnie oraz pozwoli zatrzymać płytę. Udowodniłbym ci, że cię nie zdradziłem, tak naprawdę cię zdradzając, rozumiesz? I ona się rozebrała i się całowaliśmy. To znaczy ona mnie całowała. Ale zaraz potem poszła. Do niczego nie doszło, oczywiście.
    Wstała, obracając się do okna. Chyba była w szoku. Nie dziwie się. Tyle strasznych informacji naraz, to niezbyt dobry pomysł, szczególnie dla kobiety w ciąży. Nie wiedziałem co powiedzieć. Przepraszam? Również się podniosłem, podchodząc do niej powoli. Jeśli znowu się obrazi na miesiąc, to nie wiem co zrobię. Schowałem twarz w dłoniach. Mam dość! Po prostu mam dość...
-Czemu nie dałeś mi tej płyty od razu?-odwróciła się, po czym zauważyłem łzy na jej twarzy.
-Chciałem i dzwoniłem, ale odebrał twój chłopak mówiąc, że nie chcesz ze mną gadać.
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę. Zrobiła 2 kroki, przybliżając się do mnie. Złapała za brzegi mojej dżinsowej kurtki. Zawsze tak robi, gdy jest zdenerwowana.
-Całowałam się z nim, wiesz?
Au. Zabolało. Jednak nie mam najmniejszego prawa mieć o to pretensji. Mogłem się w zasadzie tego spodziewać. Spędzali razem tak wiele czasu… W zasadzie powinienem być mu wdzięczny, że się nią zajął, gdy ja tego nie robiłem. Mam kompletny mętlik w głowie. Czemu to wszystko jest takie pojebane?
-Skończmy z tym. To nie ma sensu.-odpowiedziałem, po dłuższej chwili.
-Z nami?-spojrzała na mnie, a kolejne łezki zapełniały jej śliczne oczy.
-Oszalałaś, głuptasie? Nie wywlekajmy już całej przeszłości, zostawmy to. Mam dość. Bądźmy szczęśliwi, hm?
-Mogę cię przytulić?-spytała, dalej ze smutkiem na twarzy.

    Głupio poczułem się, gdy o to zdanie wyszło z jej ust. Zabiłbym dla niej siebie i resztę populacji. Myślę o niej bez przerwy. Zrywam się rano żeby zrobić zakupy na śniadanie. Czasem po 2 koncertach dziennie śpię 2 godziny, aby móc się z nią zobaczyć lub pogadać na Skype. Wiem o niej wszystko, a ona wie wszystko o mnie. Stale piszę dla niej piosenki, których nigdy nie widziała, ale kiedyś zobaczy. W dniu gdy jej się oświadczę, odśpiewam jej wszystkie dzieła. Bo kiedyś to zrobię, na pewno. Teraz nie mogę, lecz kiedyś przysięgnę jej oficjalnie, że będę u jej boku do śmierci i jeszcze dłużej. Przecież za niecałe 2 miesiące urodzi mi dzieci. Na samą myśl o nich, czułem coś dziwnego w brzuchu. Nie wierzę, że już niedługo będą się tu krzątać 2 maluchy. Nasze. Takie tylko nasze. Będą połączeniem jej i mnie. Będą płakać w nocy, a my będziemy się kłócić kto ma wstać. Będziemy je karmić, kąpać i przebierać razem. A gdy już zaczną raczkować, będziemy biegać za nimi we wszystkie strony. I będziemy je kochać najbardziej na świecie. Tak jak siebie. Na zawsze. Więc dlaczego ona zapytała, czy może mnie przytulić?
__________________________________________________________

Ten rozdział może jest taki nudnawy, ale jest przypomnieniem co działo się ostatnio. Bo ogólnie to planowałam, że oni się będą kłócić jakieś hmm 3 rozdziały. Skłóciłam ich pod koniec czerwca. Minęło 20 rozdziałów. 20. Czaicie? Pozdro dla mnie, rili. Mam nadzieje, że nie jest bardzo chaotyczny.

PS Wgl aaaaaa 1dday! Ale mam takie poczucie winy, że mam ochotę się powiesić, bo spałam akurat u koleżanki i tak oglądałam to 1 okiem. Dopiero jak koleżanki poszły spać o 1 to ja to oglądałam i poszłam spać po 4 ;p Tak ryczałam, że aż się o siebie bałam. I dalej mam ochotę. To oczywiście łzy szczęścia, że jestem tu gdzie jestem, z nimi. A jak u was?