niedziela, 30 marca 2014

Niespodziewankaaa!

Hej hej hej! Przykro mi, że tylko jedna osoba odważyła się wziąć udział w quizie, ale cóż. Pataxxon, przypomnij mi swojego TT, to do Ciebie napiszę ;)
A co do niespodziewanki to jest ona taka, że mam dla was świeżuteńki jak chlebek z reklamy Smakowity, trailer nowego bloga! I samego bloga, ha! Nie będę bawić się w żadne prologi, po prostu w przyszłym tygodniu pojawi się pierwszy rozdział, a póki co, rozkoszujcie się tym krótkim filmikiem, tu albo na:

whiteisdark.blogspot.com

Popracuję jeszcze trochę nad wyglądem, ale mam nadzieję, że jest w miarę ok. Poszłam teraz w tematykę Alice In Wonderland ;)

A oto trailer! ;D Smacznego!



niedziela, 23 marca 2014

Quiz xx

Hej hej hej! Wiem, tak, przepraszam, że się nie odzywałam, mimo że miałam dodawać posty co tydzień. Musiałam odetchnąć, przemyśleć parę rzeczy. W miniony czwartek skończyłam 15 lat i czuje się staro. Tzn. nie staro, bo czuje się na 12 lat, ale właśnie przez to dziwnie. Miałam też dużo roboty nad filmikiem przedstawiającym szkołę (https://www.youtube.com/watch?v=HEOaCWf6jX4 wiem, że zajebisty haha). Ale dziś wstawiam wam mały quiz o blogu. Starajcie się rozwiązywać bez zaglądania w rozdziały (to raczej byłoby trudne), a co do nagród to przemyślę tę kwestie. Ah i nowy blog przewiduje na pierwsze dni kwietnia, a za tydzień wstawię wam małą niespodziankę ;)
Powodzenia!

1. Jakim dniem zaczął się cały blog?
a) 1 stycznia
b) 31 sierpnia
c) 1 kwietnia

2. Jak miał na imię taki chujek-były partner mamy Alice, z początku opowiadania?
a) Mike
b) Rob
c) Bill

3. Jaki był powód zerwania Mathewa i Alice?
a) jego propozycja pracy w Ameryce
b) zakochał się w kimś innym
c) Alice nie mogła z nim dłużej być ze względu na zauroczenie w One Direction

4. Jaki był stary i sprawdzony sposób na doła Chris i Alice?
a) oglądanie UAN Tour
b) lody czekoladowe
c) chodzenie po galerii i przymierzanie niemalże wszystkiego

5. Dokąd wszyscy polecieli na pierwsze wspólne wakacje?
a) na Jamajkę
b) na Hawaje
c) na Kretę

6. Co zrobiła Alice żeby Zayn przestał palić?
a) narysowała obraz
b) napisała piosenkę
c) napisała wiersz

7. Co Zayn podarował Alice, jako symbol ich miłości?
a) wisiorek serce
b) broszkę
c) zegarek na łańcuszku

8. Co było prezentem urodzinowym dla Liama?
a) skok ze spadochronem
b) wizyta w fabryce czekolady
c) lot balonem

9. Dlaczego Alice raz musiała ubrać kołnierz ortopedyczny?
a) gdy uczyła się jeździć miała mały wypadek
b) ze względu na liczne malinki na szyi
c) założyła się z Harrym i Louisem

10. Jak nazywała się pierwsza piosenka Alice? (ściągnięta ze świata rzeczywistego)
a) Call Me Maybe
b) Summertime Sadness
c) Want U Back

11. Kto próbował zabić Alice?
a) jej przyrodnia siostra
b) Taylor, znajomy Alexa i Zayna
c) partnerka jej ojca

12. Kto śpiewał tą „piosenkę”?
(Oooh I love you, I love you, I love youu!
I love your eyes and arms and hands.
I love your little toe, and more more more
But I love the most your nose
Becauseeeeeeeeeeeeee
It is nice? )
a) Harry dla Louisa
b) Zayn dla Alice
c) Niall dla Chris

13. Jaki żart w ramach rewanżu chłopcy wymyślili dla Louisa?
a) wyrzucenie go z zespołu
b) cofnięcie się w czasie, na 2 lata przed X Factorem
c) wmawianie, że świat dowiedział się o Larrym

14. Kto był najlepszym przyjacielem Natalie (mamy alice) i ukazał jej się przed śmiercią?
a) Michael Jackson
b) Johnny Depp
c) Will Smith

15. Kim był Brian?
a) pierwszym chłopakiem Alice
b) kolegą Zayna
c) kosmitą, który zapowiadał inwazję obcych

16. Jak ujawnił się Larry?
a) na koncercie
b) na Twitterze
c) całowali się publicznie

17. Co zrobił Liam, żeby wyznać Dianie, że coś do niej czuje?
a) kolację
b) kolację ze śniadaniem
c) zaśpiewał piosenkę

18. Gdzie była płyta z nagraniem udowadniającym, że Zayn nie zdradził Alice?
a) w fortepianie
b) w płatkach śniadaniowych
c) w kominku

sobota, 22 lutego 2014

Imagin, cz. II

http://twitlonger.com/show/n_1rjht7j
Daje wam link bo nie mam innej możliwości ale mam nadzieje ze wybaczcie. Dalej jesteem u babci a konkretnie teraz to u kuzynki i ciesze sie feriami :) (Przepraszam nie chcialam was dolowac xd) 5

poniedziałek, 17 lutego 2014

Katastrofa!

    Ej, słuchajcie, katastrofa!
    Zacznę może od początku. Mianowicie, w wakacje telefon wpadł mi do wody i zepsuły się dolne dwa przyciski na dotyk, ale mogłam z tym żyć. Lecz potem, na początku grudnia upuściłam go na beton i cała szybka poszła. Oddałam go do naprawy i szybka razem z dotykiem wyniosła mnie (moją mamę ku ścisłości) 500zł. Punkt, gdzie go oddałam był trochę szemrany, więc odzyskałam go po ponad miesiącu.
    Jakieś 3tyg. po tym, ni stąd ni zowąd, szybka była przełamana na pół. Nawet go nie opuściłam! Ale z tym też nie było najgorzej. W międzyczasie mojej mamie stało się to samo co mi wcześniej (kupiła se ten sam telefon co ja mam, lol) i też oddała do naprawy, płacąc jeszcze więcej niż ja.            
    Tydzień później zepsułam swojego laptopa! On był moim życiem, bez niego żaden z rozdziałów nie miał prawa by powstać! Więc go oddałam do naprawy. Zwrócili mi po 2 dniach, zapłaciłam tylko 2 stówy, byłam zadowolona (mimo straconej całej pamięci i wszystkich plików)(no dobra, trochę rozpaczałam, bo zapisałam tam wszystkie listy, które napisałam do Lou, Li, Hazzy, Zaya i Horana). Niestety, coś spieprzyli. Znów nie mogłam go włączyć i w sobotę wrócił do naprawy. Już się boję, ile znów zawołają.
    3 godziny później mój mały brat prawdopodobnie chciał podać mi mój troszkę już poturbowany telefon i zwyczajnie go upuścił. Stłuczona szybka, ekran po prostu czarny.
    Załamałam się. Ewidentnie położyłam się do łóżka i zaczęłam ryczeć w poduszkę. Jestem zdruzgotana i czuję jakby zabrali mi wszystko...
    Wiem, że zamiast tych wypocin o moim nędznym życiu, wolelibyście jakąś atrakcję, którą wam obiecałam. Zaczęłam już ją nawet przygotowywać. Jednakże przykro mi, to się nie uda, ze względu na zaistniałe okoliczności. Jadę teraz do babci, będę kompletnie odcięta od całego świata, więc obiecane 'coś' pojawi się dopiero ok. 1 marca. Wybaczcie mi.
    Mam nadzieję, że po tym co właśnie przeczytaliście, pozbędziecie się wszelkich podejrzeń, że jesteście pechowi.

Kocham was, moi ludkowie.
Zostaniecie moimi walentynkami, czy już za późno?
Jeśli macie jakieś ciekawe wydarzenia związanie z tym dniem, chętnie posłucham, bo sama nie miałam na co liczyć, haha ;)

PS Zostawiam wam mojego starego imagina o Larrym dla rozrywki. Taaa, na pewno się nieźle ubawicie xd
PS 2 Może za tydzień wrzucę jego drugą część ;)


„See” you soon! xxxxx

*

-Harry, robię jajecznice, zjesz?-Usłyszałem krzyk mojej mamy z kuchni.
-Nie.
-Przecież lubisz.
Owszem, lubię, ale kiedy Louis mi ją robi i kiedy razem ją jemy, niekiedy rzucając nią... Ubrałem w błyskawicznym tempie spodnie, zmieniłem bluzkę oraz zarzuciłem płaszcz.
-Wychodzę.-Zakomunikowałem sztywno.
-Czapka, szalik i rękawiczki. Dzisiaj jest wyjątkowo zimno...
Nie wezmę... Zrobię jej na złość. Trzasnąłem drzwiami i ruszyłem do parku. Wiem, że nie powinienem zachowywać się tak w stosunku do mojej mamy, ale naprawdę mnie wkurzyła.     Właściwie wszystko zaczęło się od mojego niedoszłego pocałunku z BooBear'em, miesiąc temu... Zauważył nas menadżer, ale nic nie powiedział. Właściwie milczał tylko przed nami i naszym mamom nawciskał, że lepiej będzie, jak chwile od siebie odpoczniemy, w rodzinnych miastach, bo może wyniknąć z tego coś niedobrego... Zaśmialiśmy się mu w twarz, kiedy zrozumieliśmy o co chodzi. Jednak nikt nie ustępował. Po tygodniu zatruwania nam życia, usłyszałem od Loui'ego "Może pojedźmy do tej rodziny, tak tylko na chwile, żeby dali nam spokój... Moje siostry dowiedziały się, że przyjeżdżam i teraz mi już nie odpuszczą...". Zabolało mnie trochę, że chce im tak po prostu ulec, ale zgodziłem się. I tak już tkwię w tym Homles Chapel ok. 2 tygodni... Nie, właściwie nie około. Odliczam dokładnie. Nie widziałem już go 15 dni i 13 godzin... Pierwsze trzy doby jakoś zniosłem, ale potem zaczęły się schody. Już tyle nocy nie słyszałem jak idzie do kuchni, tylko po to, żeby otworzyć lodówkę, pogapić się trochę i ją zamknąć... Tak dawno już nie krzyczał na mnie, bo zostawiałem wszędzie bokserki. Tak dawno nie przypominał mi żebym nie pił za dużo koktajli, bo źle działają na mój pęcherz w nocy... Tak dawno nie bawił się moimi lokami, powtarzając, że są cudne... Oraz tak dawno nie usłyszałem od niego "Dobrych snów! Kocham cię!". Zawsze wtedy odpowiadam "W takim razie przyśnij mi się. Kocham cię!". Łzy zaczęły napływać mi do oczu. Po części z zimna... Mama miała rację, ale nie mogę jej się ciągle słuchać!
    Wieczorem wzięła mnie na rozmowę. Podała herbatę... Kiedy LouLou mi ją robi, zawsze dodaje miód. Czasami też soku malinowego. Wie, że nie lubię takiej z cukrem, a tym bardziej kwaśnej, od cytryny. Pamiętam, jak kiedyś, dla żartu przed koncertem zafundował mi herbatę, tyle, że z prądem, a ja w nerwach, wypiłem ją całą... Miałem mały problem z choreografią i się potykałem co jakiś czas... Później dostałem niezły opieprz...
-Harry, chyba czas porozmawiać...-Wyrwała mnie z zamyśleń rodzicielka.-Nie trzymam cię tu na siłę, jednak wiesz, że wolałabym, żebyś tu został. Nie dawno wprowadzili się obok mili ludzie. Mają przepiękną córkę, rok młodszą od ciebie, moglibyście się zaprzyjaźnić...
-Może i moglibyśmy się polubić...-Zacząłem na co ona się uśmiechnęła.-Ale nie zrobimy tego. Wy naprawdę jesteście nienormalni. Na co wy liczycie, rozdzielając nas? Jeśli już musisz wiedzieć, to jestem zakochany! Kocham Louisa i kilka dni bez niego tego nie zmieni! Mogłabyś oddać mój telefon?
-Kochanie nie mogę. Jest dobrze strzeżony, nie bój się, nic się z nim nie stanie...
-Mamo, każdego dnia, cierpię coraz bardziej... I to nie tylko dlatego, że za nim tęsknię, ale dlatego, że mnie nie rozumiesz...
Zawiedziony poszedłem na górę.
    W nocy nie wytrzymałem. Spakowałem swoje rzeczy i wybiegłem z domu, aby jeszcze zdążyć na pociąg do Doncaster. Całą podróż próbowałem sobie wyobrazić minę Tomlinsona i szczerzyłem się do siebie. Prawie biegiem ruszyłem w stronę jego domu. Tymczasowego domu. Zatrzymałem się i mina mi zrzedła, kiedy zauważyłem moją miłość z jakąś blond ślicznością... Pożegnali się buziakiem i on już miał naciskać na klamkę, by wejść do środka.
-Ej, ty!-krzyknąłem.
Obrócił się rozglądając i kierując po woli w moim kierunku. Im był bliżej tym szybciej się poruszał.
-Harry!-wrzasnął szczęśliwy i rzucił się na mnie.-Tak bardzo tęskniłem! Moje siostry nie rozrzucają bokserek po całym mieszkaniu... Nie miałem się na kim wyżywać!
-Co to była za dziewczyna?-zapytałem.
-Dziewczyna? Aaa mówisz o Eddim... To transwestyta...-zrobiłem zapewne bardzo głupią minę.-Żartuję, to Ellie, przyjaciółka z dzieciństwa.-jakoś ulżyło mi na tą wiadomość.
-Też za tobą tęskniłem, idioto!-wyznałem, ciesząc się jak mały chłopiec.
    Nienawidzę tego uczucia, kiedy śnię i nagle 'spadam', budząc się... Tak, tak naprawdę nie sprzeciwiłem się matce i nie jestem w Doncaster z nim... Kolejny dzień cierpienia, bólu...
I know you've never loved the sound of your voice on tape 
You never want to know how much you weigh 
You still have to squeeze into your jeans 
But you're perfect to me
Podśpiewywałem moją zwrotkę w Little Things, która była praktycznie o nim... Ciekawe co on teraz robi... Czy myśli o mnie... Czemu się nie odezwał? Rozumiem, że nie mam telefonu, ale list... Niee... Lou i list?! A może... Wczoraj popołudniu był listonosz, ale nikt jeszcze nie wyciągał poczty...
    Mimo zimy, wybiegłem w piżamie na ulicę. Wyciągnąłem plik kopert. Rachunek, rachunek, coś z pracy... Jest! O mój boże, nie wierzę! Naprawdę trzymam w ręku list od niego! Złapałem płaszcz i po chwili byłem w parku.
Kochany Haroldzie!
Czemu nie odpowiedziałeś na poprzedni list? Nie doszedł? Wiesz, że nie jestem dobry w tym sposobie porozumiewania się, ale twój telefon jest stale wyłączony. Próbowałem z budki, bo... wstyd się przyznać, ale mi zabrali.
Jak się trzymasz? Ja czuję się okropnie. To przez strach... Boję się, że list doszedł, a ty już się rozmyśliłeś... 
Tęsknota mnie zabija... Nie śpię w nocy. A kiedy jednak usnę to nagle się budzę, dziwiąc się, że nie chrapiesz, ani nic nie gadasz... Potem orientuję się, że cię ze mną nie ma... Dlaczego cię ze mną nie ma? Po ostatnim liście znasz już moje uczucia... 
Jeśli to czytasz, to błagam odpisz! Chociaż napisz, że tam zostajesz, zrozumiem.
Kocham cię, twój Loui.

Muszę przeczytać poprzedni list! Czemu ona go przede mną ukryła?! Jutro mi go odda, nie będzie miała wyjścia...
    Rano obudziło mnie pukanie do drzwi. Nie czekała na proszę. Weszła.
-Dzień dobry, kochanie. Śniadanie już na stole!-cała w skowronkach mnie powitała i zleciała na dół, a ja za nią.
-Gdzie list?
-Co?
-Louis wysłał mi list, ty go wyjęłaś ze skrzynki, gdzie on jest?
-Ale je nie wiem o żadnym liście...
-Nie kłam, mamo...
-Harry to dla twojego dobra... Menadżer mówił...
Prychnąłem rozbawiony i zacząłem wszystko wywracać.
-Co ty wyprawiasz?
-Szukam listu. Nie spocznę, póki nie znajdę...
-Przestań! Sprzątałam.
-Nie masz prawa przetrzymywać cudzej korespondencji! Nawet więźniowie są lepiej traktowani! Jeśli mi go nie oddasz...-wziąłem nóż do ręki.-zrobię coś sobie. Nie żartuję.
-Dobrze! Masz go!-wyjęła z zamrażalnika i rzuciła we mnie.
Zamrażalnik? Serio? Papier był cały w lodzie, a jak się roztopi to będzie mokry i się podrze... Niedobrze...

Kochany Haroldzie!
Co u Ciebie? Jak sobie radzisz?
W Doncaster przyszedł czas na przemyślenia... Strasznie za Tobą tęsknie! Już nie mogę tu wytrzymać! 
Mama chce mnie z kimś zeswatać. Ma na imię Ellie. Czemu ona nic nie rozumie?
Nawet napisałem kawałek piosenki. O Tobie, o nas... Tak! O NAS! Baardzo długo zbieram się, aby ci to powiedzieć. Prawda jest taka, że nawet gdyby zabrali mi powietrze, przeżyję, bo będę oddychać uczuciem do ciebie! Kiedy budzę się rano, lecę do twojego pokoju. Zauważyłeś, prawda? Zawsze mówisz zaspanym głosem:"Loui, kładź się obok, albo spadaj, bo chcę spać!". To najlepszy możliwy początek dnia! Dziś żałuję, że nie tuliłem się z tobą za każdym razem, chociaż miałem na to ochotę. Nie chciałem żebyś coś podejrzewał... Teraz natomiast chcę. Czuję się zajebiście wolny... Wiesz, że ciężej mi pisać taki list do chłopaka niż do dziewczyny, z wiadomych względów. Zawsze powtarzasz "Prawdziwa miłość jest jak słodzenie soli.". Cały czas zastanawiam się co masz na myśli. Najpierw sądziłem, że to znaczy, że ta miłość jest bezsensu. Że prawdziwie kochają tylko idioci. Teraz uważam, że może chodziło ci o to, że tylko wyjątkowi ludzie słodzą sól. Tylko wariaci to robią, a tak kochać, potrafi tylko wariat. Jeśli ktoś nie słodzi soli, myśli że to głupie (jak już to zrobi pewnie jego zdanie się nie zmienia, ale nic nie mówię, bo jeszcze tego nie robiłem). Nie rozumie tego. Człowiek nie zakochany, również nie zrozumie potęgi uczucia. 
Jestem gotowy posłodzić sól.
Mam ochotę uciec z tobą gdzieś daleko. Oderwać się choć na moment od rzeczywistości. Jeśli czujesz to samo co ja, zrób to ze mną! Odpisz, proszę Cię!
                                                                                                            BooBear xx

Zorientowałem się po chwili, że cały się trzęsę. Nie docierało do mnie trochę, że on naprawdę mnie kocha! Co robić? Muszę szybko odpisać.

Kochany Louisie!

Mi też zabrali telefon i na dodatek chowają przede mną listy! To jakiś koszmar! Dlaczego nas to spotyka? Brakuje mi ciebie. Twoich nadzwyczajnie delikatnych rąk oraz zapachu. Tak jakby trochę wanilii, czasami wymieszanej z jabłkami z cynamonem. Kocham to. I te wszystkie małe rzeczy; mieszając kawę drapiesz się po nosie lub za uchem, kiedy wyciągasz pranie zawsze musisz włożyć rękę do pralki, pokręcić, wyobrazić sobie kosmos i dopiero idziesz je powywieszać. To niedorzeczne, ale to nadaje sens mojemu szaremu czasem życiu. 
Niech ludzie mówią co chcą. Pewnie teraz robisz wielkie oczy, bo wiesz, że bardzo przejmuję się opinią innych. Otóż przy tobie wszystko się zmienia. Jestem opętany miłością i teraz liczysz się tylko ty!
Jak najszybciej chcę wyjechać. Pogadamy jak się spotkamy. Będę czekał w MilkShake City w Londynie 24.11.
Kocham cię bardzo!
PS Wiesz... właśnie śpiewam sobie 'Gotta be Lou'. Szkoda, że tego nie słyszysz...
                                                                                                          Curly xx

    Spakowałem torbę i położyłem się do łóżka. Zdecydowałem, że prześpię te kilka dni, bo nie wytrzymam z podniecenia. Jak się przywitamy? Co powiemy sobie kiedy się spotkamy? Wyznamy chłopcom prawdę? A fani? Za dużo tego, nie usnę... I mój plan diabli wzięli...

*kilka dni później*
    Zamówiłem kolejny koktajl. 
    Myślałem, że z wyjazdem będzie trudniej... Mama pojechała na zakupy, ojciec jak zwykle w pracy... Doskonały moment aby się wymknąć i go wykorzystałem. 
Nie przychodzi. A może był wcześniej? Nie, przecież czekam niemal od otwarcia...
-Temu panu proszę już nie robić koktajlów. Nie zdaje sobie pan sprawy jak on po tym sika w nocy!-Usłyszałem znajomy mi głos.
-Louuui!-Wydarłem się nareszcie szczęśliwy.
On cały w skowronkach poprowadził mnie do jakiegoś hotelu. Rzuciłem się na miękki materac.
-To gdzie jedziemy? Himalaje, Rumunia, Majorka, Miami czy Wybrzeże Kości Słoniowej?-zapytałem.
-Z tobą-wszędzie.
-Tęskniłem. Brakowało mi twojego pocałunku na dobranoc, sposobu w który mnie dotykasz. Przechodzi mnie bardzo przyjemny dreszcz. Powiedz, że już mnie nie zostawisz! Czułem się taki... niepełny kiedy ciebie nie było. Po prostu część mojego serca należy do ciebie...
-A ja miałem niepełny brzuch. Bo nie chciałem grzanek od mojej mamy. Tylko ty możesz mnie nakarmić, kochanie...
-Chyba musimy wyjaśnić sobie pewne kwestie...-rzekłem nieśmiało.
-Pewne to jest słodzenie soli, czyli to, że cię kocham. Hazz, mamy całe życie! Wyobrażasz sobie?! Calutkie życie czystej miłości!

***

Niestety życie nie zawsze okazuje się być piękne. Wakacje kiedyś się skończyły i menadżer zabronił chłopcom ujawnienia się całemu światu. Dodatkowo, kazali jednemu z nich mieć udawaną dziewczynę.
-Więc który chcę zostać chłopakiem Eleanor?-pytał.
-Ja mogę...-Po dłuższej chwili odezwał się Tommo.-To chyba nie będzie aż takie straszne!-W jego głosie dało się zauważyć nutkę niepewności. Brał pod uwagę, że będzie go to dużo kosztować i będzie cholernie bolało ich oboje.Ile wiąże się z tym wyrzeczeń, ile kłamstw musi zapamiętać... Podnosił się na duchu słowami "Będzie dobrze". W głębi duszy wiedział, że to zniszczy jego życie...
-Robię to dla ciebie.-szepnął do siedemnastolatka.

niedziela, 9 lutego 2014

80. Bichees rlly be like life.

(Przeczytajcie notkę pod postem, postaram się rzeczowo)

*Alice*
    Siedziałam między nogami Zayna, plecami przytulona do jego klaty, bo inaczej bym upadła. Byłam wykończona, a te dzieci myślały tylko o jedzeniu. Brakowało tu jeszcze teściowej, która gadałaby, że mam złe cycki, źle trzymam syna, czy że powinnam ją obudzić, a ona powiedziałaby mi jak to zrobić. Fajnie. Chyba bym ją zabiła, bo już jestem pełna frustracji.
-Spokojnie, kochanie, zaraz usną.
-A weź mnie nawet nie denerwuj…-mruknęłam, ziewając przeciągle.
-To nie moje wina.
-Oczywiście, sama se te dzieci zrobiłam.
-Och, i tak cały czas mówisz, że to nie moja sprawka.-zaśmiał się krótko, bo również był wyczerpany.
-Odłożysz Jamesa do łóżeczka? Nie mam siły się ruszyć.
-Już idę…-puścił mnie i odebrał synka, aby go opatulić do snu.
Popatrzyłam na niego. Jej, rodzicielstwo naprawdę musiało mu się podobać. Był taki podekscytowany, że z chęcią sam zajmowałby się nimi 24h na dobę. Trzeba również uwzględnić fakt, że Zayn kocha spać. Nigdy nie można go dobudzić. A tu nagle wstaje, pełen optymizmu.
-Kocham cię najbardziej na świecie.-mruknęłam, wtulając się w niego i kołdrę.
-Wiem, Alice. Zdarza się.
    Nie wiem która godzina. Nie wiem. Może trzecia w nocy, a może to już południe? Wstawaliśmy co dwie godziny, bo tak jadają dzieci. Teraz chyba znów zgłodniały, skoro coś mnie obudziło. Starałam się wyszukać ręką Zayna, żeby powiedział mi co i jak, tyle że on spał jak zabity. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Wobec tego, niewiele myśląc, przytuliłam się do niego najmocniej jak potrafiłam.
-Chyba nie ma dzieci…-usłyszałam ciche mruknięcie.
-Jak to nie ma?
-Płakały, ale już nie płaczą. Więc albo uspokajały siebie nawzajem, albo ich po prostu tu już nie ma.-mówił to tak spokojnie, a ja zaczynałam denerwować się coraz bardziej.
Nie ma, nie ma… Więc gdzie są? Liczyłam, że Malik doprowadzi mnie do porządku, ale jego seksowny, poranny głos jeszcze bardziej mnie rozproszył. Nie mogłam się ruszyć, sama nie wiem czy z bólu, czy ze zmęczenia, ale wobec tego postanowiłam chociaż ogarnąć myśli.
    Okej. Dzieci prawdopodobnie zniknęły. Muszę być silna i wstać. Zobaczę czy są w łóżeczkach, a jak nie, to poszukam na dole. I tak już nie usnę. Otworzyłam jedno oko intensywnie je mrużąc. Więc… Na raz dwa trzy wstanę. Raz… Dwa… Trzy… I bum! Jak szybko wstałam, tak szybko opadłam z powrotem na materac. Ten gnojek nawet nie drgnął. Westchnęłam tylko i spróbowałam jeszcze raz. Gdy już udało mi się ustalić, że będę zmuszona wyruszyć w długą, ciężką i karkołomną podróż byłam przerażona. Jak uda mi się tam trafić na ślepo i z bólem towarzyszącym przy najmniejszym ruchu? W sumie mieszkam tu już tyle lat, że znam tą drogę na pamięć.
    Dojście do schodów dodało kilka siniaków do mojej pięknej kolekcji, a zejście po nich trwało chyba kilka dni. Jednakże, byłam tam! I co dalej?
-Jest tu kto?-spytałam, próbując rozszerzyć powieki za pomocą rąk.
Zero odzewu. Gdzie się wszyscy podziali? Porwali moje dzieci i tak po prostu wyszli sobie, nie zostawiając żadnej wiadomości! Dobra, nie wiem czy nie zostawili, ale jakby była, to bym ją zauważyła. Zdesperowana usiadłam na schodku i zaczęłam lamentować. Rozbudziłam się już do reszty i wbiegłam na górę zanim o tym pomyślałam. Obleciałam jeszcze wszystkie pomieszczenia, w nadziei, że gdzieś się znajdą, lecz wszystko na nic. Wleciałam do naszej sypialni i zaczęłam intensywnie trząść Zaynem.
-Wstawaj idioto! Zgubiliśmy dzieci!
-Uspokój się, do cholery! Nie mogliśmy ich zgubić… Na pewno się znajdą…
-A jeśli… A jeśli je porwali?!
-Dom jest obstawiany przez ochroniarzy, pamiętasz?
-Ale jakoś teraz ich nie widzę!-krzyknęłam dramatycznie, spoglądając za okno.
-Może porywacz wyświadczył nam przysługę i zabrał je żebyśmy się wyspali… Chodź tu…
-Ciebie do końca popierdoliło! Wyprowadzam się stąd, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! Dzwonię na policję!-wyszłam, próbując trzasnąć drzwiami, lecz miałam za mało siły nawet by je zamknąć.
-Ej, czekaj!-wołał za mną, ale olałam go totalnie.
    Biegałam z góry na dół i w kółko każdego pomieszczenia łącząc się z centralą. Byłam przerażona, ale jednocześnie sama nie ogarniałam co się dzieje. Podejrzewam, że nawet nie byłabym w stanie określić bieżącego miesiąca.
-Dzień dobry, słucham.-usłyszałam miły kobiecy głos.
-Moje dzieci!
-Co się stało?
-Zniknęły! Nigdzie ich nie ma! Ale były! A ten palant śpi! A one były i płakały, ale już ich nie ma!
-Słucham?
-Nie ma! Porwali je! Ochroniarzy też porwali! Wszyscy zniknęli! Zostałam sama! Nie ma ich! Gdzie mam ich szukać?! Pomóżcie mi!
-Spokojnie, proszę powiedzieć po kolei co się wydarzyło.
-Jak ja mam być kurwa spokojna! Byłam spokojna kiedy nie mogłam odebrać mojej pierwszej i najważniejszej nagrody Brit! Byłam spokojna kiedy Demi Lovato chciała mnie zabić! Teraz nie mam zamiaru, bo chodzi o moje dzieci, okej?!
-Więc co się wydarzyło?-spytała ponownie, jak gdyby nigdy nic.
-Nie spałam całą noc, bo dzieci ciągle się budziły i płakały. Parę minut przed pobudką również słyszałam ich płacz, ale nagle ucichł, bo one po prostu zniknęły!
-Niech się pani upewni, że nikt z rodziny się nimi nie zajął.
-Macie ich po prostu poszukać!
-Niech się pani upewni, mamy swoje procedury…
-Mam wyjebane na wasze procedury!-darłam się do słuchawki.-O, chyba właśnie wróciły… Dowidzenia pani.
    Widząc Range Rovera podjeżdżającego pod dom poczułam ulgę, ale też wstyd. Jednak po minucie wszystkie uczucia przemieniły się w złość. Wybiegłam z domu na boso i w samym szlafroku. Z samochodu wysiadali Louis, Harry i Trisha, którzy zaśmiewali się, trzymając nosidełka z Jamesem i Jessicą.
-Wchodź do środka, przeziębisz się!-poleciła mi teściowa, co tylko wzmogło moje zdenerwowanie.
-Jak mogliście?-wykłócałam się, stąpając po mokrym trawniku. Wtedy zorientowałam się, że przez cały ten czas byłam zbyt zszokowana, żeby uronić łzę. Za to teraz to nadrobiłam…
-Ej, spokojnie.-Harry zbliżył się do mnie z zamiarem przytulenia, czy coś, lecz od razu go odepchnęłam.
-Porwaliście moje dzieci. Dzwoniłam na policję i prawie umarłam ze strachu!
Cała trójka spojrzała po sobie ze zdziwionymi minami.
-Pogadajmy w środku, nie jest zbyt ciepło.-zaproponowała Trisha.
-Nigdzie nie idę!
Kłóciłam się bezsensu, właściwie nie wiedząc co się dzieje. Poczułam tylko, że Hazz wnosi mnie na siłę do mieszkania, zatrzaskując drzwi.
-Zabije was wszystkich, kurwa!
-Nie krzycz, bo ich obudzisz… Może najpierw nas posłuchaj.
-Okej, słucham. Byle było to coś sensownego.
-To bardzo sensowne. Nie spaliście całą noc, a oni ciągle płakali, więc zabraliśmy ich na przejażdżkę. Mówiliśmy o tym Zaynowi, miał ci przekazać.
-Gdzie mój tata?
-Musiał coś załatwić w pracy, tak jak Yaser.
-A kiedy wraca?
-Na obiad już będą, a co?
-Tata kiedyś powiedział mi, że jak jakiś facet zrobi mi coś strasznego to mam mu powiedzieć. I on wtedy się nim zajmie albo pokaże mi chwyt, który zaboli bardziej niż kastracja.-odpowiedziałam spokojnie.
I faktycznie już byłam w miarę opanowana… Do momentu w którym ów zły mężczyzna nie zszedł do salonu. Nie wiele myśląc rzuciłam się na niego z pięściami.
-Ty idioto! Jakim prawem mnie tak okłamałeś?! Nigdy ci tego nie zapomnę!
-Cicho, kobieto!-w odpowiedzi przycisnął mnie mocno do siebie, co miało postać przytulenia.-Idź i się po prostu wyśpij, co?

*Louis*
    Mama Zayna obiecała zrobić coś dobrego do jedzenia, ale zabrakło jej kilka produktów w związku z czym wysłała nas do sklepu. Lecz ja obstawiam, że po prostu chciała się nas pozbyć na moment, żeby nikt jej nie przeszkadzał, więc wyruszyliśmy do marketu położonego kawałek drogi od domu. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo kochałem jeździć autem ze Stylesem. Tam było jakoś tak… fajnie. Nikt nam nie przeszkadzał, wykrzykiwaliśmy teksty piosenek, oczywiście nie do rytmu i myląc się co chwile, a najlepsza była zabawa w zaskakiwanie ludzi. Otwieraliśmy okna i machaliśmy do wszystkich, a kiedy staliśmy na światłach, pukaliśmy im w szyby. Ich miny były bezcenne, szczególnie jeśli mieliśmy do czynienia z fanami.
    Ale dziś było jakoś tak poważniej… Najpierw rozmawialiśmy o pogodzie, potem o harmonogramie nadchodzących koncertów czy też o tym kto będzie wiózł wózek w sklepie. Zawsze była o to kłótnia z niemałymi docinkami, lecz dziś po prostu mi ustąpił. Coś było nie halo.
-Naprawdę mi przykro, Loui.-Harry nagle przerwał ciszę.
-Dlaczego?
-No wiesz… Ja zawszę będę chciał twojego szczęścia i byłbym gotów dać ci nawet gwiazdkę z nieba, ale jest jedna rzecz której zwyczajnie dla ciebie nie zrobię.
-O co chodzi?-zastanawiałem się co właściwie jest na rzeczy i o co powinienem być obrażony.
-Nie urodzę ci dziecka i dobrze o tym wiesz.
-Gadaliśmy już o tym.-odpowiedziałem, tracąc resztki humoru.
-Ale ty nadal masz o to żal.
-Czy coś mówiłem? Nie wspominałem ani słowem!
-Tym gorzej. Masz żal i nawet nie możesz mi tego powiedzieć.
-Może ci o tym nie mówię, bo nie mam żadnego żalu!-zdenerwowałem się. Dlatego, że miałem żal.
-Zastanawiam się czy to kłamstwo w słusznej sprawie, czy raczej powinienem się zdenerwować.
-Po prostu powiedz, czego chcesz.
-Widziałem jak na nie patrzysz. I wiem, że chciałbyś mieć kiedyś dziecko. To twoje marzenie. Być ojcem. A najlepiej to mieć syna, prawda?
-To nie ważne. Wybrałem ciebie i nigdy nie będę tego żałować.
-Masz jeszcze szanse na normalne życie.
-Dobrze, masz rację. Chciałbym móc nauczyć go chodzić, mówić, grać w nogę, a potem oglądać jego pierwsze mecze. Na święta składalibyśmy kolejkę z ciuchcią w zestawie, a gdy dostałby pałę na semestr to groziłbym szlabanem na konsole i fife. Ale zaraz sam chciałbym w nią grać i to właśnie z nim, więc to ty musiałbyś być tym srogim i odpowiedzialnym ojcem. Ale życie nie jest po to, aby wszystko układało się po naszej myśli. Czasem trzeba dokonać wyboru.
-Mylisz się. Gdy nie masz tego, co chcesz, zwyczajnie musisz o to zawalczyć.
-Jak mam zawalczyć o dziecko, które nie ma prawa zostać poczętym?
-Może zawalcz o dziecko, które już jest poczęte.
-Co? Co ty właśnie powiedziałeś?-zamarłem w bezruchu, tępo wpatrując się w zielonego gruchota, który wlekł się przed nami.
-To co usłyszałeś.
-Czy to znaczy…
-Byłbym skłonny zaadoptować dziecko. Albo dwunastkę dzieci. Nie mówię, że od razu teraz, w tej chwili… Mamy dopiero po dwadzieścia parę lat…
-Kiedy ktoś śmieje się, że jestem gejem, mam ochotę opowiedzieć mu o tobie. O całym tobie. Zrozumiałby, że nie jestem gejem, ale szaleńczo zakochany w drugim facecie, który jest najcudowniejszy na świecie.
-Masz w zanadrzu jeszcze jakieś komplementy?-spytał, gdy zatrzymaliśmy się na sklepowym parkingu.
-Żeby cię za bardzo nie rozpuścić, dodam, że nie umiesz nawet prosto zaparkować auta.-zaśmiałem się wskazując na kąt ustawienia wszystkich pozostałych wozów i naszego, który różnił się znacząco.
-Zamknij się, to może kupię ci lizaka.
-Ale jeśli mi go nie kupisz, stanę na samym środku, przy dziale z warzywami i krzyknę, że gdy ściągasz buty, twoje stopy tak śmierdzą, że trzeba używać wentylatora!
-Tyle że wszyscy wiedzą, że to twoje stopy śmierdzą!-wytknął mi, gdy już zbliżaliśmy się do wejścia.
-Ale za to jeszcze nikt nie widział filmiku w którym biegasz nago, udajesz małpę, a na koniec dławisz się bananem. A ja mogę zmienić ten fakt.-odgryzłem się z satysfakcją, że mocno go zagiąłem.
-Wtedy nie pograsz z synem w fife. Bo już nigdy nie zobaczysz tej gry na oczy!
-Nie boje się ciebie, panie ‘udaje, że mam dużego’.
-No tak, ty przynajmniej jasno przedstawiasz smutną prawdę.
-Mów do ręki!-rzuciłem dość głośno zagłębiając się w regał ze słodyczami.

*Zayn*
    Odetchnąłem z ulgą, gdy ta sfrustrowana dziewczyna wreszcie poszła się wyspać. W dodatku do mini pokoju gościnnego, wielkości garderoby, który był umieszczony na strychu. Tak w razie czego, żeby nikt jej nie przeszkadzał. Ale z drugiej strony… Mama gotuje, Larry na zakupach, Niall u Chris, a Liam prawdopodobnie z Dianą w zoo, wnioskując po jego tweecie, który w ciągu sekundy obiegł cały Internet. Cóż, zdjęcie gdy karmił czymś delfina przy tabliczce „nie dokarmiać” było dość kontrowersyjne. Podejrzewam, że nie jeden zajmuję się właśnie zgłaszaniem tego do władz.
    Wracając do lekko stresującej sprawy, jestem sam na sam z bliźniakami. Od ich urodzenia, do tej pory chyba jeszcze tak nie skończyłem. Póki co śpią, ale czuję, że za chwilkę Jess się obudzi, bo wierci się niemiłosiernie od 15 minut, a gdy ona zacznie ryczeć, obudzi brata. Podejrzewam, że ten dźwięk byłby w stanie obudzić niedźwiedzia ze snu zimowego, będąc od niego jakieś kilka bilionów lat świetlnych… Cóż, taka jest cena rodzicielstwa.
    Siedząc i wpatrując się w śpiące z pozoru aniołki, obmyśliłem plan działania. Będąc przezornym wziąłem już córkę w ramiona i bujałem ją trochę, podśpiewując coś cicho. Wtedy, jeśli się obudzi może od razu się nie rozpłacze, ja ją nakarmię i będę mógł spokojnie zająć się Jemmym, który też będzie głodny. Okej, to nie może być takie trudne. Słyszałem o przypadkach z ośmioraczkami, więc dwójka to jeszcze nic…
    Szczerze mówiąc byłem już trochę zmęczony czekaniem na ich pobudkę. Ręce mi odrętwiały, a w gardle zaschło od ciągłego koncertowania na mojej najważniejszej trasie-Lullaby Tour (Lullaby czyli kołysanka jak coś c;). I wtedy stało się coś na co oczekiwałem. No, tak jakby… Usłyszałem ostry płacz. Tylko… nie dochodził od Jessici, lecz od jej brata. Szybko odłożyłem ją do łóżeczka, wyjmując Jamesa. Podtykałem mu butelkę pod nos, ale chyba nie do końca ogarniał. Tym samym obudził młodszą siostrę. Zajebiście.
    Zdecydowałem się odłożyć go na materac, a wziąć drugiego krzykacza. Na szczęście ona szybciej załapała i zaczęła ciągnąć co nie co ze swojej butelki. Ale ten drugi nie dawał za wygraną. Nie uspokoił się ani trochę, a wręcz miałem wrażenie, że pogłębił swój płacz. Do tego, chyba próbował się przemieścić i bałem się, że spadnie. Musiałbym zostawić na chwilkę Jessy i odłożyć go do łóżeczka, lub rozwiązać problem, czyli prawdopodobnie przebrać pieluchę. Robiłem to już. Raz. Nie jest tak źle…
    Opanowałem taki chwyt, że jedną ręką podtrzymywałem dziecko i butelkę, a drugą uspokajałem drugie. I takim oto sposobem zdołałem nakarmić córkę. Również położyłem ją na łóżku. Pieluchy… Zaraz… Gdzie one są? Ah, leżą pod łóżeczkiem. Boże, jak oni to napychają, że nie da się wyciągnąć? Debile, chyba nigdy dzieci nie mieli. Gdy się z tym rozprawiałem, Jessica wyprostowała rączkę, uderzając Jamesa, co tylko go podkręciło. Ale ja nadchodziłem z pomocą. Rozpiąłem mu body, jak i przemoczoną pieluchę. Myślałam, że jest tylko przemoczona. Jednak smród roznoszący się po całym pomieszczeniu był tak okropny, że chciałem umrzeć. I chyba miałem to gwarantowane, gdybym się nie sprężył.
-Stary, musiałeś mi to zrobić?-jęknąłem, czego i tak nie było słychać w towarzystwie członków klubu kochamy głośno ryczeć.
    Tego się naprawdę nie spodziewałem. Muszę do wszystkiego podejść spokojnie i profesjonalnie, inaczej wszyscy polegniemy. Przygotowałem sobie kilka, bądź kilkanaście chusteczek nawilżanych, jakiś krem i zabrałem się do roboty. Wstrzymywałem oddech, a powietrze wciągałem co jakiś czas ustami, co i tak nie było przyjemne. Nie pocieszał mnie fakt, że… Nie będę owijać w bawełnę; miałem całe ręce w kupie! Boże, za co?! Przepraszam, będę dobry, ale oszczędź mnie następnym razem!
    Mimo braku śmierdzącej bomby, mojemu kochanemu dziecku dalej coś nie pasowało. Zresztą oboje miało jakieś sapy co do mnie. Wtedy kolejno; nakarmiłem syna, uśpiłem Jessicę, potem jego i na końcu, po dokładnym umyciu rąk, walnąłem się plackiem na brzuchu, mając wszystko w dupie. Czułem się jak bohater. Właściwie to byłem bohaterem. Pierwsza poważna akcja za mną! Dałem radę, zdałem test! Test wstępny, oczywiście. Jeszcze jakieś kilkanaście lat. Szybko zleci…

*Alice, miesiąc później*
    Gdy otworzyłam oczy, on był koło mnie. Wpatrywał się, myśląc o czymś. Zdziwiłam się trochę faktem, że nie usłyszałam płaczu, ani nic takiego, ale nie narzekałam.
-Długo spałaś.-stwierdził cicho.
-Byłam wykończona.
-Jutro czy pojutrze będzie to samo.
-Chcesz mi powiedzieć, że powinnam się ogarnąć i przestać myśleć tylko o sobie? Wiem, ty też nie spałeś całą noc i pewnie teraz się nimi zajmowałeś.
-Rozumiem cię.
-Och, nie, nie rozumiesz. Ty radzisz sobie lepiej. A ja czuje się jak nastolatka. Ciężko mi nagle przestać być egoistką, byłam nią całe życie! Wygląda na to, że musisz sam wychować trójkę dzieci. Tak mi przykro!
Chciałam jeszcze coś dodać, ale poczułam jego usta na moich.
    To dziwne, ale w tym momencie przypomniało mi się nasze pierwsze spotkanie. Płakałam, bardzo mocno. To miał być dzień w którym spotkam swoich idoli. Bilet na koncert od kilku miesięcy wisiał w ramce nad łóżkiem. Zaraz obok wielkiego plakatu. Był tylko jeden, ale wyjątkowy i czasem nawet do niego gadałam.
Szalałam. Dosłownie krzyczałam do utraty tchu. Nie czułam się osamotniona, było ich tam pełno. Wszystkie takie podekscytowane. Każda wyglądała inaczej. Jedna miała piegi, druga okulary, jeszcze inna, to dziewczyna o blond włosach sięgających za tyłek. Ale one były dla nich takie same. Ja też. To trochę dołująca myśl, ale dało się przetrwać. Tym bardziej, że posiadałam bilet M&G. A w ciągu tamtej minuty na zdjęcie, uświadomiłam sobie bardzo ważną rzecz. Mianowicie to, że to zwykli ludzie. Nie są nieosiągalni. Nie ma rzeczy niemożliwych.
    Dzisiaj leże obok jednego z nich. I jestem dumna z siebie, bo potrafiłam w to uwierzyć.
-Tęsknie za tobą.-szepnął kilka centymetrów ode mnie.
-Ciągle tu jestem.
-Jesteś tu, ale nie dla mnie.
-Bo mam też dzieci.
-I masz też mnie.
-Ale kim ty dla mnie jesteś?-warknęłam, choć nie miałam prawa. Skoro nie chce się żenić to nie. To jego wybór. Nie powinnam się tym tak przejmować.
    Chyba trochę go zatkało. Korzystając z tego wstałam i poszłam do kuchni, wcześniej przelotnie zaglądając do dzieci. Chciałam sobie zrobić kawę, ale przytrzymał moją rękę.
-Zbudowałem ci dom.-odpowiedział lekko zirytowany.
-Tak, jest ładny.-potwierdziłam, rozglądając się wokół.-Dorzuć jeszcze drogi samochód, to będzie prawie jak sponsoring.
-To będzie jak sponsoring, bo jesteś ze mną, choć wcale nie masz na to ochoty.
-Na nic nie mam tak wielkiej ochoty jak na ciebie!-krzyknęłam, chcą dalej się kłócić, ale najpierw powiedziałam, a potem pomyślałam.
-Mam to traktować jak propozycję?-zachował powagę, lecz śmiał się w duchu.
-Właściwie to… tak.-rzekłam, ściągając bluzkę.
-Okej.-odpowiedział, robiąc to co ja.
-Kiedy jadły dzieci?
-Tuż przed twoją pobudką.
-Czy będziesz obrażony aż do momentu, w którym pierwszy raz krzykniesz moje imię?-spytałam, składając usta w lekki dziubek, by się nie roześmiać.
-Sądzę, że dopiero zadowoli mnie fakt, kiedy to ty będziesz krzyczeć moje.
-Więc gdzie idziemy?
-Może do mini Sali kinowej?
-Dobrze, to… Kto pierwszy ten lepszy!-pisnęłam i rzuciłam się biegiem w stronę schodów prowadzących na dół.

-A kto drugi ten szybciej majtki zgubi!-odparł głupkowato i ruszył za mną.
_______________________________________________________________________

Więc dotrwaliśmy do tego momentu, tak? To chyba czas na małe ogłoszenia parafialne:

1. To ostatni rozdział, ale pierwszej części bloga. Za jakiś czas (może jakiś miesiąc, idk) pojawi się druga część, która będzie o wiele krótsza od tej. 
2. Druga część będzie pod innym adresem, oczywiście podam tu link.
3. W ramach niespodzianki dla was, co tydzień, tak jak dodawałam rozdziały, będę wstawiała jakieś dodatki. Nie wiem, może imagin, jakiś konkurs, zobaczymy ;)
4. Poza tym, dla zabicia czasu, właźcie na mojego drugiego bloga theblackcup.blogspot.com
5. Każę wam tęsknić. 

Kocham was, dziubki. A teraz idę na mały urlop, choć ferie mam dopiero za tydzień. Właśnie, co robiliście/robicie/będziecie robić w ferie? Ja jadę do babci, do Kielc, bo to jedyne miejsce na świecie, w którym wypocznę na maksa.

Postnę coś w przyszły weekend, więc będziemy w kontakcie.

Love ya xx

poniedziałek, 27 stycznia 2014

79. Babieees madness! cz.II.

*Alice*
    Kiedyś myślałam, że jestem wykończona po koncercie, czy całonocnym nagrywaniu. Albo po sprzątaniu po imprezie na kacu. Wtedy przyszło mi rodzić. I poznałam nową definicję tego słowa. Lecz poród to pikuś w porównaniu do opiekowania się bliźniakami. I użerania z teściami i ojcem.
    Oczywiście nasz nowy dom nie był jeszcze skończony. Wszyscy musieliśmy się zmieścić w jednym. To znaczy w zasadzie Niall zaoferował, że będzie pomieszkiwał u Chris. Liam powoli przeprowadza się do swojego nowego, przytulnego mieszkanka, ale widzę, jak opornie mu to idzie. Jeszcze nigdy nie mieszkał sam. Najpierw z rodzicami, a potem od razu z chłopcami. Nie dziwię się , że ciężko mu tak po prostu wejść do pustych czterech ścian. To chyba jeszcze za wcześnie, aby zamieszkał z Dianą.
    Dzień powrotu był zdecydowanie najgorszy… Przed szpitalem czekały miliony dziennikarzy, prawie jak przy Royal Baby! Wszyscy próbowali się na nas rzucać, mimo ograniczających bramek i ochroniarzy. Krzyczeli, śpiewali, a niektórzy nawet pluli, w niewiadomym dla nas celu. Może chcieli je ochrzcić, na swój sposób…
-Dzieci mi zaraz zdziczeją, rusz ten tłusty tyłek!
-Nie mogę iść szybciej, potknę się.-zwrócił się do mnie Zayn, który dumnie niósł owiniętego w kocyki Jamesa.
    Niektórzy chyba zaczynali się mnie bać, bo na nich warczałam. Normalnie na nich warczałam. Malik śmiał się, że jestem jak lwica broniąca swoich kociąt, ale to nie było zabawne. Nie wtedy, gdy nie mogłam dostać się do samochodu i bezpiecznie przewieść ich do domu. Do domu w którym pożrą ich nasi ‘bliscy’.
-Czuję się jak Michael Jackson. Kiedy urodził się Blanket pokazał go całemu światu, wszystkim fanom, będąc niesamowicie dumnym.-mruknął, gdy już wtopiliśmy się w skórzane fotele jakiejś limuzyny. Lans musi być nawet pod szpitalem, eh…
-Po pierwsze, nie pokazywałeś im dzieci. Sami przyszli i je zobaczyli wbrew naszej woli. Ah i Michael był wtedy oskarżony o to, że chciał wyrzucić dziecko przez okno, a nie go pokazać.-prychnęłam, przeciągając się.
    Czuję, że to będzie naprawdę ciężkie kilkanaście lat. Już nic nie będzie takie jak kiedyś. Nieprzespane noce, czy przebieranie śmierdzących pieluch są niczym przy wychowaniu. Nie mam o tym zielonego pojęcia. Mój ojciec również. Nawet moja mama. Chyba musiałabym doradzić się jednej z moich licznych nianiek, które były kiedyś wszystkim. Ja się do nich przywiązywałam, pokochiwałam i traktowałam jak rodzinę. Ale w chwili zerwania kontraktu, zrywały też ze mną wszelkie kontakty. Odchodziły, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby nie były moimi przyszywanymi mamami.
    Nigdy nie było lekko. Ale to jest właśnie życie.
    Westchnęłam. Stanęliśmy przed domem, dzwoniąc dzwonkiem. Co tam zastaniemy? Na podjeździe stały jakieś samochody, nawet nie wiem, który był czyj. Okej, spokojnie. Jeśli ja zachowam spokój, dzieci też. A przynajmniej mam taką złudną nadzieję…
-Już są! Już są! Mike, bierz ten tort!-wyrwało się zza drewnianej powłoki.
-Ja… Ja nie wiem. On stał na blacie. Przecież pamiętam, stał tu…
-Schowałam go do lodówki. Szybciej!-rozbrzmiał kolejny damski głos.
Kopnęłam w drzwi ze zniecierpliwieniem. Gdybyśmy oboje nie mieli na rękach dzieci, już dawno byśmy tam weszli. No pospieszcie się do cholery!
-Kochanie, nie bulwersuj się.-zaśmiał się chłopięco, co było budujące w tym momencie.
    Nareszcie się doczekałam i mogliśmy wejść do środka. Ale od razu chciałam stamtąd wyjść. Taak… Pełno jakiś balonów, ozdóbek, jedzenia i oczywiście ludzi. Cały dom w ludziach. Do naszego ogromnego stołu w jadalni dołączono jeszcze mniejszy, aby pomieścić wszystkich. Naprawdę przegięli. Nie prosiłam o żadne przyjęcia powitalne! Co najwyżej poszłabym spać…
-O mój Boże, jakie maleństwa!-pisnęła Trisha, przyglądając się nam z bezpiecznej odległości. Chyba wyczuwała moją niechęć, wynikającą ze zmęczenia. Dobra, może powinnam wyluzować. Fajnie, że możemy się wszyscy spotkać. Napiję się jakiejś kawy i będzie okej.
-Upiekłam tort waniliowo-malinowy.-zaćwierkała moja przyjaciółka.-Mogę potrzymać?
Oddaliśmy dzieci, a wszyscy przekazywali je sobie z rąk do rąk. Larry, Niall, Liam, Chris, Diana, rodzice i siostry Zayna, mój tata i Alex… Co się tu dzieję?!
    Po jakiejś godzinie rodzinnych rozmów, Zay szepnął mi coś do ucha i pociągnął w stronę schodów.
-Dzieci są chyba głodne i senne. Zaraz wracamy.-rzucił w stronę gości, zabierając nas na górę.
    Gdyby kurczowo nie ściskał mojej dłoni, raczej nie weszłabym tam tak szybko. Prawdopodobnie w ogóle bym nie weszła i zaczekała, aż zamontują windę.
    Z każdym krokiem byłam coraz bardziej ciekawa, jakie kupił im łóżeczka. Mam nadzieje, że jednak nie od je wybierał, bo jeśli nikt mu nie doradził, to może być katastrofa. Otworzył przed nami drzwi naszej sypialni i… było dobrze. Było naprawdę dobrze. Drewniane i solidne z niebieskimi czy różowymi elementami na pościeli. Uśmiechnęłam się do niego lekko, opadając na wyprofilowany materac.
-Sam je składałeś?
-Wiesz… Nie, nie powiem ci, będziesz się śmiać.
-Nie będę! No weeeź!-jęknęłam przeciągle.
-Bo… Planowałem je złożyć od razu po kupnie, ale stwierdziłem, że to zbyt czasochłonne i zostawiłem rozgrzebaną robotę, wracając do szpitala. Dni mijały, a ja wciąż nie miałem wolnej chwili. Wszyscy zjechali się tu wczoraj wieczorem. Kiedy poszłaś spać, wróciłem do domu, a nasi ojcowie i Alex zdecydowali się pomóc. Zresztą tak jak Louis i Hazz. O trzeciej w nocy dalej nic nie było ruszone. Czuliśmy się jak ostatni debile, nie mogąc dać sobie rady z kilkoma deskami. I wtedy przyszła moja mama, przyniosła nam kawę. Gdy na to zerknęła, uświadomiła nam, że kilka elementów wynieśliśmy na dół, robiąc sobie coś do jedzenia… Siedzieliśmy z tym kilka ładnych godzin, a nad ranem wróciłem, żebyś się nie zorientowała.
-Oj, nic dziś nie spałeś, biedaku.-zaśmiałam się, kończąc karmić zniecierpliwionego Jamesa.-Uśpij go. Zaśpiewaj jakąś kołysankę, czy coś.
-Dlaczego nie mogłaś nakarmić dwoję na raz?-spytał, ostrożnie chwytając syna w silne ramiona.
-Odpieprz się.-warknęłam.-Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób!
-Ja mówię tylko… Myślisz, że po co ci dwie piersi, hm?
Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Co za debil! Nawet nie byłam wstanie zdobyć się na porządną ripostę.
-Faceci mają jednego penisa, żeby trzymać się jednej kobiety. Jak już pewnie zauważyłeś, też olewają te znaki od matki natury.
Również się zaśmiał, mimo że to dodatkowo miało wydźwięk ‘uważaj sobie!’. Popatrzyliśmy na siebie. My chyba nigdy nie dorośniemy do bycia poważnym. Powaga jest dla sztywniaków, którzy są jedną nogą w grobie od chwili narodzin.
    Trochę odetchnęłam z ulgą, gdy oboje smacznie spali w nowych łóżeczkach. Powinniśmy już iść na dół, bo usypianie dzieci zajmuję nam zdecydowanie za dużo czasu. Złapałam go za rękę, ciągnąc lekko w stronę wejścia. Jednak spotkałam się z oporem.
-Nie. Czekaj.-szepnął.
Przycisnął mnie do drzwi, jednocześnie zatrzaskując je, z charakterystycznym szczęknięciem.
-Ej, bądź ciszej.-skarciłam go w obawie, że znów czeka nas kołysanie.
-To ty się wreszcie zamknij.-nieoczekiwanie złożył pocałunek na moich ustach.
Również musnęłam go delikatnie, po czym poczułam jak wsuwa swój język. Uśmiechnęłam się mimowolnie, ginąc w jego objęciach. W nim. Wsunęła ręce pod szary podkoszulek, czując ciepło jego wyrzeźbionego ciała. Lecz gdy tylko on chciał zrobić to samo, powstrzymałam go.
-Wydaje mi się, że musisz jeszcze trochę poczekać.-mruknęłam, wtulając się w zagłębienie jego szyi.
-Dobrze.-pocałował mnie w ucho, co zawsze budziło motyle w mojej wątrobie. Czy innym narządzie.-Ale dlaczego nie mogę cię dotknąć?-zapytał z wyczuwalną pretensją w głosie.
-Nie wiem…-odparłam, sama zastanawiając się nad odpowiedzią.
-Więc mogę?
-Nie.
-Dlaczego?-ponowił pytanie.
-Może dlatego, że teraz wyglądam okropnie i nie chcę, żebyś to widział.-rzekłam z bólem i łzami majaczącymi w oczach.
Po prostu wyrwałam się z jego objęć i ruszyłam w stronę schodów, zostawiając go bez możliwości szczerej rozmowy, na którą zwyczajnie nie mam ochoty.
    Dotarłam do jadalni, gdzie dalej panowała radosna atmosfera. Spojrzałam na każdego po kolei, siadając powolnie. Doprawdy, nie wiem, jaki był powód mojego doła. Kompletnie nie miałam ochoty na jakieś integracje społeczne. Miałam ochotę na płakanie przy pudełku lodów czekoladowych, co z reguły nie było w moim stylu.
-Kogoś mi tu brakuje…-stwierdziłam ochryple i smutno.
Wszyscy przetwarzali moje słowa, zastanawiając się, kogo mam na myśli. Z chwilą nadejścia tej złotej myśli, milkli. Atmosfera zrobiła się ciężka jak głaz, wszystko dzięki mnie. Nie mieli pojęcia, jak się zachować. Trisha szukała w głowie odpowiednich i mądrych słów, ale wahała się z wygłoszeniem czegokolwiek.
-Więc… O kogo chodzi?-Safaa odezwała się niespodziewanie.
-O moją mamę.-rzuciłam jak gdyby nigdy nic. Głosem bez wzruszenia emocjonalnego. Tak bardzo emocjonalnego, które teraz siedziało we mnie. Głęboko w środku. W zasadzie to nie wiem, jak głęboko można schować uczucia. Ale robiłam to znakomicie, gdy tylko przyszła potrzeba.
    Po jakimś czasie dom opustoszał. Opustoszał, ale w dalszym ciągu było w nim sporo osób, jak dla mnie. Nasi rodzice, oraz Larry, którzy planowali wyjście do kina.
    Pstryk. I już ich nie było. Ale starsi zostali, oczywiście.

*Zayn*
    Więc, tak. Pierwsze kąpanie. To dopiero wyzwanie. Wykąpać dwójkę dzieci. Położne starały się dawać nam jakieś wskazówki, ale nie wiele to pomogło. Potrzebne jest doświadczenie, którego nie posiadamy za grosz.
-Sądzę, że zrobimy to w łazience na górze. Bezsensu tłuc się jeszcze po tych schodach.
-Tak, skarbie, tyle że w łazience na dole jest cieplej. Tam będzie lepiej.-odezwała się moja mama. Może trochę to wkurzyło Alice, lecz tylko przytaknęła, nie gubiąc sztucznego uśmiechu.
    Gdy już wszystko było przygotowane, oczywiście po kilkunastu minutach szukania każdej osobnej rzeczy, nie mieliśmy pojęcia, jak się do tego zabrać.
-No, więc… Kto?-spytałem.
-To ty jesteś ojcem.-prychnęła moja dziewczyna.
-A ty matką!
-Tak, a my jesteśmy dziadkami…-zaśmiał się tata.
-Ciągniemy słomki czy wyliczanka?-spytała Lena.-Albo może jednak znajdzie się ochotnik…
-Niech sami zdecydują!-zwróciliśmy się do dzieci.
W odpowiedzi mogliśmy tylko usłyszeć coś na kształt ‘mgh’ od Jessici, bo James już trochę przysypiał.
-Pospieszmy się, woda już stygnie.
-Właśnie, woda…-mruknąłem.-Kochanie-słowo które wyrwało się z moich ust, zmroziło ją na moment.-mogłabyś przynieść gazetę, którą czytałaś w szpitalu?
-Ale…
-Proszę. To jedyne i dość nierozsądne rozwiązanie naszego problemu.-uśmiechnąłem się nieśmiało. Jej ulubionym uśmiechem. Wyglądałem reakcji w mimice twarzy, lecz ponura aura nie opuściła jej na krok. Cholera, to coś poważniejszego.
    Gdy już dostałem kawałki papieru w swoje ręce, zacząłem bawić się w orgiami, ku zdziwieniu wszystkich obecnych. Nie domyślali się, co zamierzam zrobić. Pewni spodziewali się po mnie większego ilorazu inteligencji… Cóż, to właśnie ja!
-Będziemy puszczać statki. I w nie dmuchać.-wyjaśniłem głupkowato, nie mogąc pozbyć się pustych i zabawnych myśli.
-I… kto ostatni ten kąpie?
-Nie. Nie zgadzam się.-wygłosiła Lena srogim tonem.-Nie chcę żeby kąpanie ich, było karą.
-Więc kto pierwszy, ten kąpie.
-Nie. Nie może tak być.-wtrącił jej ojciec.-Wtedy nie będziemy się starać i to będzie bezsensu.
-Dobra, spokój.-uniosłem otwartą dłoń politycznym gestem.-Kto trzeci ten kąpie. To moja gra i moje zasady.
    Statki mimo że papierowe, to solidnie złożone, były już gotowe do walki. O… każde miejsce oprócz trzeciego. Wszyscy bowiem mieli ochotę to zrobić, szczególnie ja, lecz strach wyrósł ponad wszystko. Nie chciałem myśleć co by było, gdyby przez moją nieuwagę, wyślizgnęły się do wanienki.
    Pięć karteczek już dryfowało po tafli wody. Zaczęliśmy w nie dmuchać i mogę przysiąc, że jeśli wtedy ktoś by nas na tym nakrył, wezwał by miłych panów z kaftanami. O ile wcześniej nie musiałby wrzucić tego na You Tube, by pośmiać się z moich żałosnych pomysłów w większym gronie.
    Moje płuca miały chyba mały powietrzny kryzys, lecz mimo tego nie poddawałem się tak szybko. Pragnąłem być pierwszy, co zapewniłoby mi spokój. Niestety, to nie było takie proste…
    To była chwila, ale miałem wrażenie, jakbym wracał z 30 letniej wojny. Wyłoniliśmy zdobywcę brązu, którym okazał się mój kochany teść. Sam nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej miał w ręku bobasa, lub coś na kształt.
    Wyprostował się, poprawiając rękawy koszuli. Wyglądał bardzo pewnie, co trochę nas uspokoiło. Jego córka najwyraźniej odebrała to jako odwrotną emocję. Nic bardziej mylnego.
-Okej, tato, koniec żartów, ja to zrobię.
-Sądzisz, że sobie nie poradzę?
-Proszę cię, to nie króliki doświadczalne, tylko moje dzieci!
-Właśnie dlatego nie powinnaś na nich testować swoich umiejętności. Które są zerowe, zgadłem?
-A ciekawe jakie są twoje…-mruknęła niezadowolona. Jak zbuntowana nastolatka.
-Pozwólcie, że przytoczę wam pewną historię, sprzed dwudziestu paru lat.-zatarł ręce i wpatrywał się przez chwilę w ziemie, jakby szukał tam początku swojej wypowiedzi.-Otóż pierwsze kąpanie Alexa. Wszystko było gotowe, tak jak teraz, brakowało tylko kogoś, kto się podejmie. Twoja matka odpadała. Kochała go, ale niepewnie podchodziła do każdej podstawowej czynności. Nie dorosła do tego. Też byłem szczylem, ale musiałem chronić swój honor. I między innymi dlatego, twój brat nie poszedł spać brudny. Chwyciłem go, zanurzyłem w ciepłej wodzie, posmarowałem mydłem, opłukałem i wyciągnąłem. Wszystko trwało dwie, góra trzy minuty.
-Okej, okej droga wolna.-odetchnęła głęboko, oddając mu w opiekę syna.
Na jego twarz wkradł się uśmiech zwycięscy i postąpił zupełnie tak samo, jak w swojej opowieści. Wszyscy przypatrywali się z szeroko otwartymi oczami, czy aby nie popełni jakiegoś błędu. Ale, kurwa, to przecież tylko kąpanie. Czekają mnie jeszcze takich miliony.
-Czekaj tato… A mnie? Kto mnie kąpał?
-Ja. Pierwszy i ostatni raz.-rzucił trochę ozięble.-Proszę córeczko, wykąpany i gotowy do spania.-wręczył jej Jamesa, całując obojga w czoło.
-Wiecie co… To nie może być takie trudne… Dajcie mi Jessicę.-wyrwało się mojemu ojcu, co trochę nas zadziwiło, lecz ja tylko się roześmiałem. Nie wiem, czy naprawdę chciał to zrobić, czy to tylko taka manifestacja i jeśli nie pokazałby jaj, to by umarł.

***

    Słowa do Little Things wypływały z moich ust, skierowane do córeczki wielkości… Małej wielkości. Tak dobrze znałem każdy wers, a tak dziwnie było śpiewać kwestie chłopców. Jej mama siedziała w łazience. Zbyt długo jak na mój gust, ale nie chcę być zasztyletowany, więc lepiej nie będę pytał ile jeszcze jej to zajmie. Mam przynajmniej nadzieję, że zanim padnie wykończona życiem, zdołamy porozmawiać. Bo coś czuję, że przez następne kilka, jeśli nie kilkanaście dni, czeka nas zero prywatności. Może nawet w naszej sypialni. Ziewnąłem, zastanawiając się nad kolejną piosenką. Zanim pomyślałem o Your Song Eltona Johna, pierwsza zwrotka rozbrzmiała w pokoju, tworząc przytulny nastrój. Ciekawe, czy noworodki czują takie rzeczy. Bezpieczeństwo… Myślę, że tak. Może i cały czas śpią, ale gdybym teraz nie opatulał jej mocno moimi ramionami, nie usnęłaby tak chętnie.
    Mrugała coraz częściej i wolniej. Już nawet wypluła smoczka, który był dla niej ciut za duży i przez to pewnie niewygodny. Pocałowałem ją w główkę, kończąc wieczorne koncertowanie. Ślicznie pachniała. To pewnie to mydło, które wybrał dla niej Styles.
On tak bardzo chciałby mieć swoje dziecko. Może jeszcze nie teraz, ale myśl, że to nigdy nie nastąpi, niesamowicie go przytłacza. Nawet nie wiem, jak powinienem go pocieszyć. Nie ma takich słów. Nie istnieje chyba też taki uścisk. Być może chodzi o uśmiech, lub spojrzenie. Sam nie wiem.
    Od chwili odłożenia maleństwa do łóżeczka, siedziałem na swoim, z twarzą skrytą w dłoniach. Podniosłem się, nie do końca zdecydowany. Chyba jednak powinienem sprawdzić co się z nią dzieje. Ruszyłem chwiejnym krokiem, w kierunku łazienki i zapukałem lekko. Nic nie odpowiedziała, lecz wyszła stamtąd, twierdząc, że właśnie miała taki zamiar. Może nie brzmiała zbyt wiarygodnie, ale nie to miałem teraz w głowie.
-Jesteś tak bardzo wykończony jak ja?-spytała, rozkładając się na materacu.
-Tak… Ale czekaj. Musimy pogadać.
-Koniecznie teraz?-koniecznie to ona chciała zmienić temat, licząc na to, że o nim zapomnę.
-Tak. Mamy 5 minut spokoju, więc warto byłoby to wykorzystać.
-O co chodzi?
-O to co mi dziś powiedziałaś.
-Mianowicie?
-Nie udawaj. Nie chcę się kłócić, dobrze wiesz.
Coś ścisnęło mnie w gardle i nie mam pojęcia co powiedzieć dalej. Ale muszę to zrobić. Teraz.
-Nie wiem co cię dziwi.
-Zapewne twoje słowa.
-Kiedy mnie poznałeś byłam szczupła. Chyba dobrze to pamiętasz. Teraz nie jestem. Mimo że nie mam już dzieci w brzuchu, on nie powrócił do normy. A zapewne spodziewałeś się, że w chwili porodu stanę się taka sama jak przed ciążą.
-Może to cię zdziwi, ale wiem jak to działa.-burknąłem, bojąc się spojrzeć jej w oczy.
-Więc czemu jeszcze mnie nie rzuciłeś?-powiedziała pół żartem, ale zabrzmiało dość dramatycznie.
-Kochanie, nie przeginaj. Jeśli ty nie chciałabyś na mnie spojrzeć, gdybym przytył parę kilo to mi przykro.
-Faceci są inni.
-Nie wyjeżdżaj mi tu z feministycznymi tekstami.-zaśmiałem się lekko, próbując rozładować napięcie.
-Dobra, ale ja sama nie chcę na siebie patrzeć, więc tym bardziej nie rozbiorę się przed kimś innym.-stwierdziła, nakrywając się kołdrą. Chyba uznała rozmowę za zakończoną. Ale ja tak szybko nie odpuszczam…
-Dziwne, bo jesteś najpiękniejsza na świecie.
-Mhm.
-Każdy ma prawo do własnego zdania. I wiesz? Patrzyłbym na ciebie do końca życia. Ale wtedy zabrakłoby mi czasu na rozmowę z tobą, przytulanie, czy całowanie…
-Ale z nas dwojga to ty jesteś bogiem seksu, a ja jestem tym czymś co się do ciebie przypałętało.-odparła, już bardziej pogodnie.
-Okej, masz rację. Jestem bogiem seksu.-westchnąłem.
Oboje wybuchliśmy śmiechem, natychmiast przyciszając go do „szepczącego śmiechu”, ze względu na maluchy 2 metry obok.
-A każdy bóg ma swoją boginię, prawda?
-Która potem rodzi mu dziecko. I oboje są spróchniałymi dziadami.
-Którzy kochają się jak nigdy wcześniej.-dodałem.
-Racja…
-Więc mogę cię po prostu przytulić?-odważyłem się odezwać i oczekiwałem na potwierdzenie.-Oh, no proszę, widziałem cię bez makijażu. Skoro mimo tego, dalej tu jestem, to zniosę już wszystko!-zażartowałem, co kosztowało mnie kuksańca w bok.
-Na szczęście ty dbasz o make-up dzień i noc, więc oszczędziłeś mi tego widoku.-rzekła z odsieczą.
Oplotłem ręce wokół jej talii, wtulając głowę we włosy. Pachniały niesamowicie. Zresztą jak zawsze. Moje dłonie znalazły się na jej brzuchu. Który był taki jak kiedyś. I ta cała afera była o to, że zniknął jej zarys kaloryfera? Prychnąłem z uśmiechem. Choć to wcale nie było zabawne, bo wiem kto wpędził ją w te kompleksy. Ta cała sława. Show biznes. I moi fani, którzy oczekiwali, że skoro już mam z nią być, to powinna być idealna. W każdym calu. Jeśli tylko przytyłaby kilogram, obrzucono by ją surowym mięsem. Dobra, może nie dosłownie surowym mięsem. Ale wszelkimi wulgaryzmami.
-Zayn, jest jeszcze coś?-szepenęła tak cicho, że wywołała u mnie złudzenie, jakby tylko to pomyślała.
-Hm?
-Nie zostawisz nas?
-Kocham cię najbardziej na świecie. A do tego dałaś mi dwójkę wspaniałych dzieci. Nie odważyłbym się o tym pomyśleć. Musiałbym umrzeć.
-Ale nie umrzesz, prawda?
-Nie, na pewno was nie zostawię.

***
    Zerwałem się na równe nogi, z nieznajomych dla mnie przyczyn. Rozejrzałem się w konsternacji, lecz nie byłem wstanie ujrzeć prawie nic, ze względu na egipskie ciemności. Było coś jeszcze, o czym mój mózg nie potrafił mnie poinformować. Jeszcze nie teraz.
-Więc?-usłyszałem niewyraźnie. Jej głos zagłuszał taki hałas, taki straszny dźwięk.

    Ah. Tak. Dzieci. Starałem się jakoś ogarnąć, klepiąc po nieogolonym policzku. Wymacałem w końcu włącznik lampki nocnej. Więc które się tak drze? O ile nie oboje. Właściwie to było bardzo prawdopodobne. Bo jeśli jedno się obudzi, jego niesamowity ryk zaprosi do siebie drugiego. Nie wiele myśląc przetransportowałem oboje do naszego dużego małżeńskiego łoża, mając nadzieję, że to zadziała kojąco. Nadzieja matką głupich, czy jakoś tak…
__________________________________________________________

Nie wymyślę nic mądrego czy sensownego bo padam, a jutro do sql.
Napiszę tylko, że to przedostatni rozdział. Jeszcze 80 i koniec tej części.
Co do drugiej części bloga dowiedzie się pod następnym postem, czy cuś.
Ah i nie wiem czy pojawi się ten 80 za tydzień czy za dwa, bo nie może być on napisany od czapy. 
W razie jakiś pytań nie krępujcie się. 
Kocham was.
Dobranoc xxx

sobota, 18 stycznia 2014

79. Babieees madness!

*Alice*
-Okej, mamy je. Mamy ją. To dziewczynka!-rzekł doktor.
    Moje powieki odcięły mnie od rzeczywistości. Poczułam niesamowitą ulgę. Oczywiście ból nie przeszedł tak od razu. Ale najgorsze mam już za sobą. Dałam radę. Uśmiechnęłam się w duchu. Dałam radę!
    Poczułam jego usta na czole. Momentalnie wróciłam myślami do tej sali i spojrzałam na niego. Trzymał naszego synka. Właściwie zdołałam zobaczyć tylko niebieski kocyk, a resztę sobie dopowiedziałam. Czy to naprawdę moje dziecko?
-Kochanie, trzymaj Jamesa.-szepnął słodko.
-Zaraz… Jamesa?
-Tak mi się jakoś powiedziało… Oczywiście możemy go nazwać inacz…
-Nie, jest świetnie.
Podniosłam się na łokciach, by być w stanie go utrzymać. Wyciągnęłam ręce i poczułam jego ciężar. A właściwie zaledwie 2kg. Był malutki i taki... Znajomy?
-Jest podobny do ciebie…-stwierdziłam.
-Jasne, oczywiście. To jest ten tekst, aby uśpić czujność faceta i odwieść go od podejrzeń, że dziecko jest listonosza.-zaśmiał się cicho.
-Spójrz w jego oczy. One mówią wszystko.-zignorowałam jego żart.
    Znów odpłynęłam, tym razem do naszego świata. Mojego i mojego synka. Wpatrywałam się w niego jak w obrazek. Jego duże ślepia powoli się zamknęły, a oddech spowolniał. Czułam bicie jego serduszka. Więc to on mnie tak kopał! James był niepojęcie śliczny. Króciutki meszek pokrywał jego główkę. Podejrzewam, że będzie blondynem, jak ja. Włoski są bardzo jasne, niemalże niewidoczne. Paluszki są jak zapałki! Takie malutkie, cieniutkie... Na wszelki wypadek je przeliczyłam. Zdarzają się różne przypadki, w których nie jest ich równo… Pięć wszędzie! Odwinęłam lekko tkaninę, żeby zobaczyć go dokładniej. Nie miał za wiele ciała, był maciupki. Nie zdążył jeszcze do końca się rozwinąć, ale mimo tego jest najpiękniejszym stworzeniem jakie w życiu widziałam.
To niesamowite. To dziecko. Mieszanka Zayna i mnie. Która połączyła nas na resztę życia. Łzy zamajaczyły w moich oczach. Nie wiem, co się dzieje. Mam pustkę w głowie. Ważne, że on jest przy mnie.
    Jednakże, to nie koniec! Mam jeszcze córeczkę. I już nie mogę się doczekać, kiedy tylko ją przytulę. Wtedy z powrotem nadszedł lekarz z asystą pielęgniarek.
-Wszystko wskazuje na to, że chłopiec jest zdrowy, jednak zabieramy go jeszcze na podstawowe badania.-wyjaśnił, a jedna z długonogich kobiet zaczęła się ze mną szarpać o Jamesa.
-Możemy wreszcie zobaczyć córeczkę?-uśmiechnął się, mój… Zayn.
-Właśnie… Ona jest bardzo słaba. Leży teraz w inkubatorze. To dla niej za wcześnie… Jest o wiele mniejsza od chłopca. Musimy podtrzymywać jej czynności życiowe, sama nie dałaby rady…
-Co jej jest?-warknął i mocniej ścisnął moją dłoń.
-Po prostu jest wcześniakiem. I prawdopodobnie ma drobne problemy z żołądkiem. Przez najbliższy tydzień będzie żywić się z kroplówki, a potem zobaczymy.
-Ale… Jak to? Chcę ją natychmiast zobaczyć!-również się zdenerwowałam.
-Teraz jest na badaniach, a pani powinna się przespać. Urodzić bliźniaki, to trochę męcząca sprawa. Będziemy informować.-posłał mi uprzejme spojrzenie i odszedł.

*Zayn*
    Miałem wielką gulę w gardle i zmagałem się z połknięciem jej. Jak to w inkubatorze? Nie zdawałem sobie sprawy z konsekwencji zbyt wczesnego porodu. Dłonie zaczęły mi dygotać. A do tego wszystkiego, musiałem ukrywać to przed Alice, która była już wystarczająco wykończona psychicznie i fizycznie.
-Połóż się koło mnie.
-Nie, posiedzę na krześle, albo wyjdę na korytarz, musisz się wyspać, kochanie.
-Połóż się koło mnie.
-Dobrze.-westchnąłem, układając się bokiem i przytulając jej plecy do swojego torsu. Brzuch zniknął. Niesamowite…
-Boję się.-pociągnęła nosem.
-Przestań, wiesz ile dzieci po porodzie przeżywa takie coś? To codzienne realia.
Nie odezwała się już. Zostawiła mnie z tą sprawą samego, odlatując gdzieś w swoją krainę wewnętrznego cierpienia, której doprawdy nienawidzę. Walczę z nią każdego pieprzonego dnia, odkąd ją poznałem. Chciałbym, żeby jeszcze bardziej się otworzyła, zaufała mi, nie wiem.
-Bardzo cię bolało?-zmieniłem temat.
-Ja po prostu nie chcę o tym gadać.-mruknęła oschle, nakrywając nas kołdrą.
Okej, przyznaję, mogłem go zmienić na jakiś inny. Ale po prostu chciałem, żeby się wygadała. Powiedziała cokolwiek, żeby troszkę jej ulżyło. Sam nie wiem, co robić. Przytuliłem ją mocniej, czule odruchowo masując brzuch.
-Tak, bolało. Bardzo bolało. Nigdy nie zrozumiesz, jak matki poświęcają się dla swoich dzieci.-zdecydowała się odpowiedzieć, chyba wyczuwając moją konsternację.-Dalej wszystko mnie boli, nie jestem w stanie się ruszyć.
    Tym razem ja zamilkłem. Co miałem jej odpowiedzieć? Nie, nie zrozumiem. A ona nie zrozumie miłości ojca do dzieci. Ale gdybym to powiedział, mógłbym już odejść. A w zasadzie oddalić się w bardzo szybkim tempie. Nie była wkurzona. Ale smutna. Albo i była wkurzona. Na siebie samą. Tylko, że teraz gdy powiem, że to nie jej wina, to pomyśli, że pomyślałem, że ona pomyślała, że to jej wina, więc przeszło mi przez myśl, że to mogła być jej wina. W życiu nie pomyślałbym, że kiedykolwiek zacznę tak analizować każde słowo…
-Która godzina?
-Dochodzi trzecia w nocy. Chłopcy przyjadą nad ranem i przywiozą ci jakieś rzeczy. Teraz idź spać, naprawdę.
-Zdajesz sobie sprawę, że nie zdążyliśmy nic kupić? Musisz jutro pojechać do sklepu. Nie mamy nic. Nawet żadnych ubrań, ani pieluch. Nie wspominając o łóżeczkach i takich tam…
-Nie zaprzątaj sobie tym teraz głowy. Wszystkim się zajmę.
-Ale wiesz, że jeszcze trzeba wziąć coś dla mnie. Nie wiadomo ile tu spędzimy. Może ja zrobię ci li…
-Śpij. Wiem, że jesteś śpiąca. Musisz rano mieć siłę, żeby zobaczyć się z…
-Jessicą.
-Tak, właśnie. Ładnie.
-Wiem. Ona pewnie też jest śliczna.-szepnęła, a głos jej się załamał.
    Zamyśliłem się na chwilę. Hej, mam dwójkę dzieci. I to już nie są żarty. Póki siedzą w brzuchu, to człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy. Ale teraz tu są! Zmaterializowały się na ten świat! A ja… Muszę się nimi zająć. Począwszy od przebierania pieluch, poprzez uczenia mówienia i chodzenia, skończywszy na zapewnieniu im należytej przyszłości.
Boże, ja mam dzieci… Poczułem dziwne ściśnięcie w brzuchu, a moje oczy zaczęły nieprzyjemnie piec. To wszystko nie mieściło mi się w głowie. Liczyłem chociażby na kwadrans snu, ale chyba na marne… Chyba nie usnę póki nie wydorośleją i nie wyprowadzą się z domu. Myślę już o ich wyprowadzce, podczas gdy nawet się tam nie wprowadzili! Zapowiada się ze mnie świetny ojciec!
    Gdy wróciłem myślami, tam, na sale, zdałem sobie sprawę, że chyba usnęła. Nie dawała 'znaków życia', a jej oddech znacząco zwolnił. Nareszcie chwilę odpocznie. Po 8 miesiącach… Radzę jej się dobrze wyspać, bo przez następne kilkanaście lat będzie miała mnóstwo roboty…
    Wtedy usłyszałem coś niepokojącego. Ciemny pokój rozjaśnił się, lecz raczej nieznacznie. Lekki skrzyp podłogi i już wiedziałem, że ktoś tu wtargnął bez pukania. Jednakże nie raczył się odezwać. Fajnie…
-Przepraszam, ja… Przeszkadzam?-usłyszałem cieniutki i cichy głosik.
Nie miałem za bardzo możliwości zobaczyć oblicza tej pani, bo leżałem tyłem do drzwi, wtulony w Lene. Zmiana pozycji byłaby trudna…
Mimo tego ostrożnie poluzowałem uścisk, wysuwając swoją rękę i nogę. Omal nie spadłem na podłogę, ale ostatecznie stanąłem na równe nogi przed drobną blondynką.
-Nie, skądże. Nie spałem.
-Jeśli pan chce, zorganizujemy jeszcze jakieś łóżko…-uśmiechnęła się, co sprawiło, że poczułem się lepiej w tej całej sytuacji. Tacy ludzie są potrzebni w szpitalach. Jak cholera. Gdybym miał zatrudniać kadrę, nie patrzyłbym na kwalifikację, ale na to, czy jest miły i samą swoją osobą umie pocieszyć pacjenta, lub jego bliskiego. Okej, może luknąłbym na kwalifikacje, ale nie zatrudniłbym jakiejś wrednej rumpy.
-Nie, jest dobrze. Coś się stało? Co z Jessicą?
-O córce jeszcze nic nie wiadomo. Przychodzę w sprawie syna. Płaczę, bo…
-Co się stało? Gdzie on jest?-podeszłem bliżej niej, spinając wszystkie mięśnie ze zdenerwowania.
-Jest głodny.
-Pójdę po niego.-pewnym krokiem wyszedłem z sali.
-Nie!-zaśmiała się lekko, łapiąc mnie za łokieć.
Rzuciłem pytające spojrzenie.
-Lepiej będzie, jeśli ja po niego pójdę, a pan obudzi…
-To moja dziewczyna.-dopowiedziałem przygaszonym głosem.
-Tak, właśnie. Niech pan obudzi pańską dziewczynę.
Skinąłem, wracając z powrotem.
Nie chcę tego robić. Dopiero co usnęła. Urodziła dwójkę dzieci, do cholery! Dajże jej trochę pospać, mały. Nie da się nakarmić go jakoś bez niej? Nawet jeśliby się dało, to nie chcę wysłuchiwać o poranku jej wrzasków na cały korytarz, z pretensjami, że jej nie obudziłem w takim znaczącym momencie.
    Usiadłem powoli obok niej. Nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Odkąd sypiamy razem, budziłem ją różnorako. Oblewając wodą, łaskocząc ją, dmuchając w nią, śpiewając coraz głośniej jak najgorzej umiałem, czy układając jedzenie na brzuchu lub twarzy. Lecz w takim momencie, muszę zrobić to jakoś delikatnie, nie wiem…
-Kochanie…-szepnąłem.-Kochanie, obudź się na chwilę.
Nawoływałem ją, ale ani drgnęła. Dołączyłem do tego lekkie szturchanie w ramię, też na nic. W końcu zdecydowałem złożyć mały pocałunek, na jej policzku. Odetchnęła tylko głośniej. Jeśli jest zmęczona, to ma tak głęboki sen, że nie wiem jak zdołam to zrobić. A syn się zbliża…
    Usłyszałem jakby trochę tłumiony płacz. Właściwie nie płakał tak strasznie jak potrafią płakać dzieci. Może to kwestia wieku. Ale to było takie trochę ciche, takie jakby nie chciał budzić mamy. Jednak jemu jedynemu udało się tego dokonać…
-Co się dzieje?-podniosła się na łokciach, rozglądając nerwowo.
-Dziecko ci płacze, chce jeść. Tak mówi ta pani.-wskazałem z uśmiechem na pielęgniarkę, która właśnie podawała mi dziecko.
Mimo zmęczenia, dawno nie czułem czegoś takiego. Prawdopodobnie nigdy. Trzymałem właśnie swojego syna. Okej, Malik, przywyknij do tego, stary…
-Serio?-również starała się unieść kąciki ku górze, lecz było jej ciężko. Widziałem to. Gdybym to ja coś chciał, opieprzyłaby mnie nieźle.
-Mam pani jakoś pomóc? To pierwsze karmienie…
-Tak, proszę zostać. Ale ty wychodzisz.-wskazała na mnie.
Spojrzałem lekko urażony, chwiejnym krokiem opuszczając pomieszczenie. Pff. Niech sama se wyjdzie.
-Zayn!-zawołała, na co obróciłem się szybko.-Oddawaj Jamesa, ciołku.
Mruknąłem niezadowolony.
-Zaraz cię zawołam.-dodała na odchodne.
    Stwierdziłem, że tę chwilkę wykorzystam na tweetnięcie czegoś. Pewnie wszyscy usychają z ciekawości. Ha, dobrze im tak, ale nie będę aż taki chamski. Ze zdjęciem czy bez? Nie no, nie będę szaleć. Bez.

„Spać mi się chce.”

Zaśmiałem się, przyglądając się temu tweetowi. Cały świat czeka na jakąkolwiek informację o dzieciach. A to się zdziwią. Dobra, w konsekwencji i tak wyszedłem na chama. Może coś jeszcze dopisać…
-Proszę pana, może już pan wejść.-usłyszałem Panią Jestem Uprzejma.
-Chwilkę, mam pytanie.
-Słucham?
Zapewne była przygotowana na coś o dzieciach. Jak ja dziś zadziwiam ludzi!
-Myśli pani, że ta z rejestracji ma Twittera?
-Nie wiem.-nie kryła ubawienia.-Mogę zapytać.
-Nie, nie… Tak sobie tylko wcześniej myślałem, że… Nie ważne. A czy jest miła?-„Jej kitka na pewno jest”-dodałem w myślach.-Nie, nie ważne. Wracam do rodziny…-mruknąłem pod nosem, odchodząc. I właśnie zdałem sobie sprawę, że chyba upiłem się tym dzisiejszym szaleństwem, bo nawet już nie byłem w stanie przejść prosto i uderzyłem w futrynę.
-Ałć!-syknąłem, ale szybko uciszyłem się, widząc, jak Alice jeszcze go karmi. A mały w zasadzie zasypia przy jej piersi…

*Alice*
    Są różne rodzaje poranków. Takie zwykłe, w których musisz wstać, umyć się, przegryźć coś szybko i lecieć do pracy czy szkoły. Albo takie leniwe, gdzie leżysz pół godziny po przebudzeniu. Chyba najlepsze to te, gdy budzisz się z ukochaną osobą u boku. Myślałam, że będzie tak też tym razem. Ale nie było. Ze zdziwieniem rozejrzałam się wokół. Łóżeczko, które wczoraj tu dostawili, było puste. Co jest, do cholery?
-To jest drzewo. Widzisz je? Hej, jak masz widzieć, skoro znów usnąłeś! Och, kiepski z ciebie uczeń…-usłyszałam głos Zayna, lecz nie potrafiłam skojarzyć faktów. Z kim on gada?
    Chciałam to sprawdzić, ale gdy tylko podjęłam próbę siadania, poczułam ból. Wszędzie. Policzyłam do pięciu, po oddychałam głęboko i spróbowałam jeszcze raz. Moje nogi teraz zwisały z dość niewygodnego łóżka, a ja przecierałam oczy, nie mogąc nic zobaczyć.
    Mój wzrok nareszcie się wyostrzył. Stał przy oknie. Dalej nie wiedziałam o co chodzi. Wtedy się obrócił, wszystko mi objaśniając. Gadał z Jamesem. Ziewnęłam, uśmiechając się.
-Dzień dobry, kochanie! Byłem w drogerii naprzeciwko i kupiłem ci kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Idź do łazienki. Chłopcy będą za moment i dowiozą resztę.-wytłumaczył mi wszystko, jednak trochę zajęło mi układanie tego w głowie. Mam po prostu iść i się umyć, tak? Więc idę.
    Wstałam delikatnie, zważając na to, że prawie nie mogę się ruszyć. Przeciągnęłam się i podeszłam do nich na chwilę.
-Mam jeszcze jedno pytanie.-zaczął.-Co wczoraj działo się z Chris?
-Nawet nie wiem, gdzie jestem. Odpowiem ci za jakieś 15 minut.-miauknęłam, odbierając kosmetyki i gnając do łazienki.
    Wszystko łączyło się w logiczną całość. Wczoraj urodziłam. Jamesa i Jessicę. Właśnie, co z nią? Ukróciłam przyjemność, czyli prysznic ciepłą i kojącą wodą, aby jak najszybciej się tego dowiedzieć. Wytarłam się w duży flanelowy ręcznik i ubrałam w szlafrok, który otrzymałam wczoraj. Boże, czuję się trochę jak bezdomna, przygarnięta przez jakiś ośrodek… Nie ważne.
    Wróciłam do pokoju, z trochę mniej naburmuszoną miną. Trochę. Ale nie mogłam wyprzeć się tego, jak coś ściskało mnie w sercu, gdy widziałam Malika bujającego śpiącego, małego… Malika!
-Chris tu ze mną przyjechała. Potem wzięli mnie na moment na badania, a jak wróciłam… Właśnie wtedy zniknęła. Bez słowa. Nie wiem, może musiała gdzieś jechać? Albo kazali jej gdzieś pójść… Boże, serio, nie wiem. Nie myślałam wczoraj o tym, gdzie się podziewa. Zaraz po tym ty przyjechałeś…
-Przyleciałem.-poprawił mnie.-Helikopterem. I lądowałem tu, na dachu.-rozpromienił się, wciąż chodząc w kółko.
    Coś miałam zrobić… Zaraz… O Matko. Jak mogłam zapomnieć o własnej córce? Dałam sobie mentalnego liścia i bez słowa ruszyłam do jakiegoś lekarza. Pełno tych okropnych bab. Takie wychudzone, wypindrzone i po prostu ładne… Pielęgniarka nie powinna być zbyt ładna. Wkurza mnie ich perfekcja na tyle, że wole poszukać sama tego lekarza. Na moje szczęście, jeden z ‘białych’ stał na recepcji. Podeszłam najszybciej jak mogłam, czyli w mojej sytuacji bardzo, bardzo wolno.
-Co z Jessicą?-spytałam drżącym głosem.
-O, ładne imię. Jej stan jest stabilny. Śpi teraz w inkubatorze.
-A ten żołądek?
-No jest z nim mały problem, to się czasem zdarza u wcześniaków. Przynajmniej przez tydzień musi leżeć pod kroplówką. Potem się zobaczy.
-Ale… To… My też tu mamy zostać?
-Myślę, że będzie pani mogła wyjść z synem najwcześniej pojutrze, ale to też może się przedłużyć. Szpital nie jest taki zły…-uśmiechnął się uprzejmie.
Był ok. pięćdziesiątki i wyglądał na świetnie wykształconego i doświadczonego w swoim fachu. Do wszystkiego podchodził z takim spokojem… Podobało mi się to. Mówił do mnie powoli, popijając kawę, co mnie też troszkę uspokoiło.
-Więc mogę teraz ją zobaczyć?-spytałam podekscytowana.
-Zobaczyć. Niestety nie dotknąć. Prosto i po prawej będą przeszklone drzwi.
     Podziękowałam mu, ruszając przez siebie, lecz zatrzymałam się po dwóch krokach. Chyba powinnam iść najpierw po Zayna. Zastanawiałam się dosłownie 10 sekund, gdy moją uwagę przykuł głos jednej z tych dziuni.
-To winda tylko dla pacjentów i personelu. Jeśli już musieli panowie skorzystać z windy, trzeba było wejść do tamtej.-wyjaśniła, lekko poirytowana.-Poza tym, lepiej byłoby nie odwiedzać w tyle osób.
-Dziękuję za cenne rady.-do moich uszu dotarł lekko zachrypnięty i chłopięcy dźwięk.
Odwróciłam się powoli, spodziewając się kogo za chwilę ujrzę. Lou niby powiedział coś grzecznego, ale i tak wiem, że to wyrażało ‘spierdalaj’. Oto cały Louis!
    Podbiegłabym do nich, ale… No, nie mogłam. Więc stawiałam tip-topki, by dotrzeć bliżej. Natomiast oni ruszyli jak w maratonie, gdy tylko mnie rozpoznali. Kto pierwszy ten lepszy… Najpierw wtuliłam się w Harrego, który był na drugim miejscu najlepiej przytulających ludzi, oprócz Zayna.
-Ślicznie wyglądasz.-rzucił mi do ucha.
-Kocham nieszczere komplementy o poranku.-zaśmiałam się krótko.
-To, prawda. Prawda, chłopcy?-czekał na potwierdzenie od reszty, z którą witałam się po kolei.
-Tak, jasne.
-A jak się czujesz?-zagaił Liam.
-Źle.-jęknęłam.-Powiedzcie, że w tej torbie są jakieś normalne ciuchy, które mogłabym włożyć, zamiast tego czegoś!
Wskazałam na szlafrok, a oni zarechotali. Bardzo śmieszne. Naprawdę. Ha, ha, ha. Wlekliśmy się wzdłuż korytarza, milcząc. Czułam, że mieli tyle pytań, że aż nie wiedzieli od czego zacząć.
-A fajnie było?-rzucił Lou.-Ciekawe jak to jest rodzić…
-Wyrwę ci jądra, potem będę boksować podbrzusze, a penisa wcisnę do środka. Wtedy zobaczysz.
Chyba moja z deka chaotyczna wypowiedź, zrobiła na nich wrażenie. Albo wszyscy wyobrażali sobie, jak można by zrobić to ostatnie. Eh…
Po pozornie długim spacerze (niecałe 10m), nareszcie stanęliśmy przed moją salą.
-Dobra, teraz poznacie dziedzica nazwiska.-westchnęłam głęboko, otwierając drzwi.
Dziedzic nazwiska aka kulka zawinięta w koc, dalej spoczywała na rękach taty. Ten widok był budujący, po informacjach z przed chwili. Mogło być gorzej. Oboje mogli być chorzy. A to by było serio ciężkie. Zbyt ciężkie.
    Wtedy zaczęły się jakieś gratulacje, krzyki szeptem, żeby nie obudzić Juniora i jakieś męskie rozmowy, a ja odpłynęłam w swój świat. Znowu. Uhm, chyba powinnam przygotować tą listę zakupów, bo on kompletnie stracił głowę…
-A gdzie drugi syn?-spytał Horan, gotów szukać go pod łóżkiem, czy też w szufladzie.
-Nie mamy drugiego syna.-odpowiedziałam z lekkim zdziwieniem.
-Jak to… Przecież mieliście mieć bliźniaki… Oszukaliście mnie czy… Tak mi przykro!
-Niall, oboje żyją.-Lou przewrócił oczami i pokręcił głową.-Mają syna i córkę. Córkę. Rozumiesz?
-Dość logiczne…-przyznał ciszej.
-To znaczy… Żyją, tak?-spytał Loui, co nie byłoby zbyt delikatne, w razie jakiejś tragedii.
Zayn spojrzał na mnie jakby pytająco, doszukując się jakiś informacji.
-Jessica na razie leży w inkubatorze. I nie może normalnie jeść, przynajmniej przez tydzień.-odpowiedziałam, właściwie tylko do niego, ale to oczywiste, że oni też słyszeli. I zaraz posypały się pytania… „Jak to?” „Co jej jest?” „Dlaczego?”. Ale najlepsze było pytanie Nialla; „Kto to ta Jessica?”. Zachichotałam cicho. Chyba mało spał. Zwykle jest trochę bardziej rozgarniętym dzieckiem…
-Możemy nareszcie ją zobaczyć?-spytał z nadzieją w głosie Zay.
-Jeszcze jej nie widzieliście?
-Ale możemy iść z wami?
-Jejku, pewnie jest jeszcze mniejsza…
-Ale o kim mówimy?-dopytywał Irlandczyk.
Wybuchnęłabym śmiechem, gdybym miała siłę na takie rarytasy…
    Mieli rację. Była tycia. Wielkością przypominała może arkusz a4. Malutka. Przyjrzałam jej się dokładnie. Również miała włoski. Ciemne. Byłam ciekawa oczu, lecz skoro śpi, nie będę jej przeszkadzać. Na rączce widniała różowa opaska z nazwiskiem „Collins” co trochę uraziło dumę Zayna. Zaczął się zamartwiać, widziałam to po jego wyrazie twarzy.
-Dlaczego tu nie ma mojego nazwiska…?
-Zawsze w szpitalu dają nazwisko matki. Potem możesz to zmienić, nie martw się.
-Mogę to zmienić, prawda?
-Spokojnie, twoje dzieci będą się nazywać Malik.
„Szkoda tylko, że ja nie.”-pomyślałam, lecz szybko skupiłam się na czymś innym. Nie mogę ciągle o tym myśleć. To bezsensu.
    Boże, to dla mnie za wiele… I naszło mnie jakieś takie dziwne uczucie. Pierwszy raz od śmierci mamy tak bardzo zapragnęłam, żeby tu teraz była. Pomogła mi udźwignąć to wszystko. Powiedziała, jak mam być matką. Skąd miałam wiedzieć takie rzeczy? Nawet nigdy w życiu nie przebierałam dziecku pieluchy! Poczułam się niesamowicie żałośnie. Mogłabym się z nią nawet pokłócić, ale niech tu wpadnie. Na momencik. Może nawet nic nie mówić, ale mnie przytulić i tym wyrazić wszystko, co potrzebne.
    Oczy zaszły mi łzami, a Zorro przycisnął mnie do swojego rozgrzanego ciała, co było przyjemne.
-Powinniśmy przenieść się do prywatnej kliniki.-stwierdził.
-Oh, pieprzysz głupoty.
-Wcale nie. Czemu mamy tego nie robić? Tam są lepsze warunki. Zresztą tak planowaliśmy, nie pamiętasz?
-Plany uległy zmianom. I zostajemy tu. A ty sobie idź do prywatnego szpitala, proszę!
-Ej, nie wkurzaj się. Dobrze, jak wolisz.
-Wybierz ty się lepiej po zakupy, bo dzieci nawet nie mam w co ubrać. Chłopcy ci pomogą. Zapisałam ci najpotrzebniejsze rzeczy na telefonie.
-Gdzie mam jechać?
-Skąd mam wiedzieć? Wymyśl coś!

*Zayn*
    Błądziłem między regałami, szukając ubranek dziewczęcych, rozmiar… bardzo mały. Tak. Najmniejszy jaki jest. Dla Jamesa już coś wybrałem, ale Harry od razu to odrzucił, warcząc coś, że to brzydkie, niemodne, albo niepraktyczne. Więc zdałem się na niego. I widząc ogrom wyboru tych bluzeczek, spódniczek i sukieneczek chyba też poczekam na niego.
    Stojąc tak bezczynnie, kilka rzeczy zwróciło na mnie swoją uwagę, więc bezmyślnie wpychałem je do koszyka. To różowe coś, świetnie komponuje się z dżinsową spódniczką. Może Hazz nawet będzie dumny. Albo też skrytykuje to, że pasek ozdobny jest zbyt wyzywający jak na dziewczynkę która ma kilka godzin. Boże…
-Co ty robisz?-wskazał na koszyk.-Planujesz swój strój na kolejny koncert?
-Nie, to dla Jess.
-Oszalałeś?-chwycił je do rąk, oglądając lepiej.
-No co ci znów nie pasi?-zirytowałem się lekko. To moje dzieci. Niech się zajmie swo… Okej, może zająć się moimi, skoro tak mu zależy…
-Miałeś kupić coś praktycznego, do szpitala. Nie na roczek, czy dwa latka. To rozmiar 86*! Och, co ty byś beze mnie zrobił.
-Prawdopodobnie zakupy w 15 minut. A siedzimy tu już dobrą godzinę. Muszę tam wracać, Hazz…
-Jeszcze moment. Chcesz pozwolić na to, żeby córka wyglądała jak…
-Jak?-uniosłem jedną brew.
-Jak w jakiejś beznadziejnej komedii o modzie! Kilka dodatkowych minut cię nie zbawi!
    Tiaaaa… Kilka dodatkowych minut, które z pewnością zamienią się w godzinę. Albo kilka dodatkowych godzin. Westchnąłem głęboko, uśmiechając się mimo wszystko. No, bo hej! Co ja bym bez nich zrobił?
    Kwestie ‘ubraniowe’ zostawiłem im, a sam aby się nie nudzić przeszedłem na łóżeczka i grzechotki. Nawet fajny sklep… Duży, ale wszystko jest w jednym miejscu. Teraz, jako ojciec, będę myślał tylko o tym. Boże, w co ja się wpakowałem! Zaśmiałem się sam do swoich myśli, nucąc wesoło jakąś piosenkę.           Wtedy coś przyprawiło mnie o dreszcze. Mianowicie… Ten głos. Głos którego najmniej bym się teraz spodziewał. Przez chwilę mogłem połudzić się, że coś mi się uroiło, lecz nagle wyszła zza regału z wózkami i fotelikami samochodowymi. Miałem ochotę jak najszybciej uciec, ale gdzie? Rozejrzałem się nerwowo, co tylko pokazało mnie w gorszym świetle.
-Gratuluję!-pisnęła, ściskając moją rękę, obiema dłońmi.
-Co tu robisz?-warknąłem, nawet nie próbując patrzeć jej w oczy.
-Tak jakoś przechodziłam i pomyślałam, że pewnie robisz tu zakupy. Wiesz, te paparazzi… Czasem są uciążliwi, ale czasem też się na coś przydadzą, prawda?
-Po prostu wyjdź, bo zadzwonię na policję.-odwróciłem się na pięcie, by odejść i szukać chłopców.
-Czekaj. Pogadajmy. Chłopcy, dziewczynki? Zdrowe? Jak się nazywają? Wiesz, może chodźmy lepiej na kawę, tu jest mało kameralnie i źle się rozmawia. Za rogiem jest kawiarnia. Więc?-krzyczała za mną, ale ja zlałem ją zawodowo.
Udając, że nie istnieje, nie odwracałem się, grożąc jej, czy coś. Tylko na to czekała. Więc nie, to byłoby głupie. Nie mogę pozwolić wplątać się w te gierki.
-Okej, zostawię cię w spokoju. Ale tylko wtedy, jeśli będę wiedziała, że jesteś zaręczony, bądź żonaty. Póki co, formalnie jesteś wolny. Równie dobrze mój. Pamiętaj o tym.
    Powoli przetwarzałem każde jej słowo. Ona coś wie… Cały czas mówi mi o ślubie. Zupełnie jakby wiedziała i chciała mnie podrażnić. Poza tym, cała reszta wskazuje na jej chorobę psychiczną. Mam dziewczynę, więc jestem wolny, więc jestem jej. Aha. Pozdrawiam jej psychiatrę, ale nie radzi sobie z tą fuchą.
    Przyspieszyłem kroku, gdy usłyszałem śpiew Louiego. To było coś w stylu „Zayn, Zayn, tato, gdzie jesteś? Gdzie jesteś? Tatusiu, gdzie jesteś? Szukamy cię. Szukamy cię. Gdzie jesteś, tatusiu?”. Zaśmiałem się głośno, słysząc to. Czy on zawsze musi wymyślać głupie pioseneczki, zamiast po prostu mnie zawołać?
Za to kocha się Louisa Tomlinsona.

I gdybym nie miał Alice, sam mógłbym zostać gejem dla tak cudownego człowieka.

***
(10 dni później)
-Mamuuuś!-krzyknąłem z góry.-Widziałaś gdzieś komplet tych ręczników? Tych kolorowych. Nigdzie nie mogę ich znaleźć... 
-Zayn, przecież tyle razy ci powtarzałam, żebyś mnie słuchał! Schowałam je do najniższej półki w waszej szafie w sypialni. Sam mnie o to prosiłeś...-odpowiedziała moja rodzicielka, lekko poirytowana. 
Zbiegłem na dół, z ręcznikami w dłoni. Lecz gdy już się tam znalazłem, zapomniałem, że miałem wziąć jeszcze jakiś balsam, czy coś dziwnego, w żółtawym opakowaniu. Nie wiem. Wiem tylko, że bardzo długo nie spałem i kolejny raz muszę pokonywać tę odległość. Wywlokłem się na górę. Zgarniając potrzebny płyn, chciałem już wracać gdy coś mnie tknęło. Jeszcze coś miałem wziąć. Tylko co... Aha! Wanienki, no tak. Ale gdzie one...?
-Tatoooo!-zawołałem.
-Co?-odezwały się dwa męskie głosy z dołu. 
Od dziś mieszkam w cyrku. Z poważaniem, Zayn Malik.
______________________________________________________________

*tą rozmiarówkę wzięłam polską, bo nawet nie wiem jakie dzieci mają rozmiary w UK, ale wut ewa prawdaa?

W ogóle to jak myślicie, o co chodzi z tymi zaręczynami i ślubem?

PS Będzie jeszcze 79 rozdział cz. II i 80 i koniec (tak przy najmniej mi się wydaje). Tzn nie koniec, ale koniec tej części bloga ;)

PS2 Kiedy macie ferie, kotki? Ja ostatni termin aka 15.02-03.03 ;) Pewnie wtedy dopiero będzie normalna zima i potrwa sobie do Wielkanocy ;oooo ;)